Klincz sądowo-wyborczy, Jakiego jeszcze nie było

0

Te wybory prezydenckie są inne niż wszystkie. Gdy marszałek Sejmu Elżbieta Witek ogłaszała ich datę na początku lutego, wydawało się, że będzie to starcie prezydenta Andrzeja Dudy z pretendentami z opozycji, różnych ruchów obywatelskich plus jeszcze kilkoma lub kilkudziesięcioma osobami, które chcą zaistnieć. Wybory, które urzędujący prezydent może wygrać lub przegrać, po trzymiesięcznej kampanii, wiecach, spotkaniach z wyborcami, konwencjach i telewizyjnych debatach. Wiele do powiedzenia mają też sądy.

Co było w lutym, już w marcu i kolejnych miesiącach straciło znaczenie. Po świecie rozlał się bowiem wirus SARS-CoV-2 i wywrócił nasz świat. Kampania wyborcza przeniosła się do internetu. To tam kandydaci wygłaszali swe odezwy do wyborców, mobilizowali ich, namawiali do aktywności 
i wspierania swych wybrańców. Organizowali sondy, wirtualne spotkania. O ruszeniu w teren mógł myśleć w zasadzie tylko jeden kandydat – prezydent Duda, który – jako ojciec narodu – doglądał, czy dobrze idzie produkcja płynu do dezynfekcji, wizytował ratowników medycznych i inne służby niosące pomoc w epidemii.

Minister zdrowia i rząd ogłosili, że 12 marca prewencyjnie zamknięte zostaną żłobki, przedszkola i szkoły oraz placówki kultury. 14 marca zaczął obowiązywać zakaz organizacji imprez masowych. Zakazano przemieszczania się po kraju i nakazano pozostawanie w domach. Kto musiał wyjść, miał obowiązek utrzymywać „dystans społeczny” i unikać kontaktu z innymi ludźmi.

CO Z TĄ KLĘSKĄ

Tajemnicą pozostaje, dlaczego właściwie wprowadzono wszystkie te poważne ograniczenia w funkcjonowaniu obywateli i prowadzeniu wszelkiej działalności (także gospodarczej), nie ogłaszając na terenie całego kraju stanu nadzwyczajnego – choćby nawet najłagodniejszego 
z nich – stanu klęski żywiołowej. Ta konstrukcja, zgodna z konstytucją, pozwala wprowadzać różne ograniczenia, ale nakazuje, by były one proporcjonalne. Gwarantuje się w tych ramach także odszkodowania dla przedsiębiorców za poniesione szkody (bynajmniej nie są to odszkodowania ogromne, czym straszyli rządzący) i z mocy samego prawa wydłuża się kadencje organów władzy pochodzących z wyborów powszechnych – zatem prezydenta, parlamentu oraz samorządu lokalnego. Na to jednak władza się nie zdecydowała, trwając przy rozporządzeniach wydawanych na mocy ustawy o zwalczaniu chorób zakaźnych i uchwalając kolejne ustawy antywirusowe, zwane tarczami antykryzysowymi.

A co z wyborami? Tu było najbardziej dynamicznie. Najpierw zaproponowano wybory powszechne w lokalach do głosowania, a dla seniorów i chorych na koronawirusa – wybory korespondencyjne, na mocy istniejących już w Kodeksie wyborczym przepisów. Podniosły się głosy, że tak się nie da, że za mało czasu – ale to był dopiero wstęp do dużo poważniejszych zmian. Wkrótce bowiem, dokonując wrzutki do kolejnej tarczy antykryzysowej, postanowiono uchwalić, że całe wybory odbędą się w wersji pocztowej, karty zostaną wydrukowane przez zewnętrzne firmy, spakowane w pakiety wyborcze przez Pocztę Polską i rozdystrybuowane do 30 milionów wyborców przez listonoszy. Ekspresowo uchwalona ustawa długo nie wraca z Senatu, który totalnie ją krytykuje. W końcu 7 maja wraca i jest wysłana do podpisu u prezydenta. W międzyczasie pojawiają się pomysły, że marszałek Sejmu przesunie wybory na 17 lub 23 maja. Pyta Trybunał Konstytucyjny, czy może tak zrobić. Trybunał natychmiast wszczyna postępowanie. Wtedy nogą tupie wicepremier Jarosław Gowin i proponuje krótkotrwały stan nadzwyczajny, by odsunąć wybory. Gdy Jarosław Kaczyński się nie zgadza, Gowin odchodzi z rządu. Wkrótce potem jednak porozumiewa się z prezesem PiS i wspólnie ogłaszają, że wybory 10 maja się odbędą, ale szybko unieważni je Sąd Najwyższy, co pozwoli rozpisać nowy termin głosowania – na tych samych kandydatów (co też jest dyskusyjne). Gdy już się wydawało, że wybory będą, następuje kolejny zwrot akcji – marszałek Sejmu pyta Państwową Komisję Wyborczą, czy może przeprowadzić klasyczne wybory 10 maja. Ta błyskawicznie odpowiada, że nie, bo po tym, jak Sejm pozbawił ją jakiegokolwiek wpływu na cały proces – nie wybrała nawet wzoru karty do głosowania – to po prostu niemożliwe. 10 maja wyborów nie ma, a politycy co i raz zmieniają zasady gry.

CZY MOŻNA POZWAĆ ZA WYBORY?

W mediach dyskusja: czy za organizację wyborów prezydenckich w czasie epidemii ktoś powinien odpowiedzieć? Wiele się mówi o odpowiedzialności politycznej, czasem też i karnej. A cywilna? Czy narażenie zdrowia wyborców, członków komisji i listonoszy, którzy mieli odbierać od chorych i poddanych kwarantannie pakiety do głosowania korespondencyjnego, może być materiałem na pozew cywilny? A kandydaci na prezydenta? Najbardziej prawdopodobną drogą prawną byłoby powództwo o ochronę dóbr osobistych. Katalog tych dóbr jest otwarty i stwarza sądowi możliwość dokonania rozproszonej kontroli konstytucyjności przepisów w kontekście art. 5 Konstytucji RP (o obowiązku zapewnienia bezpieczeństwa obywateli). Eksperci podpowiadali też pozew o tzw. zaniechanie legislacyjne – o ile powód zdołałby udowodnić, że rząd miał obowiązek wprowadzić stan nadzwyczajny, a tego nie uczynił, czym wyrządził szkodę powodowi.

Tą drogą postanowił pójść jeden z kandydatów na prezydenta, Szymon Hołownia – dziennikarz prasowy 
i telewizyjny, który stworzył komitet wyborczy i wystartował w zmaganiach. 17 kwietnia pozwał on Skarb Państwa reprezentowany przez Marszałka Sejmu i Radę Ministrów, 
o nakazanie odwołania wyborów zaplanowanych na 10 maja. Chciał też zobowiązania pozwanych do tego, by dopóki obowiązuje w Polsce stan epidemii i towarzyszące mu zakazy, nie wyznaczać innego terminu głosowania. Na wypadek gdyby wybory jednak przeprowadzono, złożył wniosek alternatywny: by sąd nakazał rządowi i premierowi publikację na ich stronach internetowych przeprosin za naruszenie biernego prawa wyborczego Hołowni, który z powodu tych ograniczeń nie mógł prowadzić kampanii wyborczej. Tekst oświadczenia miałby wisieć na tych stronach przez tydzień.

Razem z pozwem pełnomocnik Hołowni złożył kluczowy w tej sprawie wniosek o zabezpieczenie powództwa. Było to w zasadzie powtórzenie pierwszego żądania pozwu – o odwołanie wyborów – i miało stanowić zabezpieczenie dobra powoda rozumianego jako jego bierne prawo wyborcze. Pełnomocnik kandydata, mec. Maciej Ślusarek, wywodził, że nieuwzględnienie tego wniosku wywoła nieodwracalne skutki w postaci przeprowadzenia wyborów (jak napisał, „z wypowiedzi pozwanego wynika takie niebezpieczeństwo”) oraz to, że jeśli sąd zabezpieczenia nie udzieli, wydanie wyroku przynajmniej w części okaże się bezprzedmiotowe. Pisał jeszcze, że mimo stanu zagrożenia epidemicznego i stanu epidemii władze nie zdecydowały się ogłosić stanu nadzwyczajnego, gdy wyborów nie wolno przeprowadzać, a kadencja prezydenta zostaje wydłużona. Według powództwa wprowadzone przez rząd ograniczenia wynikłe z zakazów związanych z epidemią uniemożliwiły kolportaż ulotek czy spotykanie się z wyborcami. Tutaj konkurencji nie miał prezydent Duda, którego wizyty i spotkania telewizja obszernie relacjonowała.

WNIOSEK PRZEPADŁ, ALE NIE CAŁKIEM

Prowadzący sprawę sędzia Paweł Duda wniosku Hołowni nie uwzględnił, ale powód nie może się czuć przegrany. Sąd przedstawił bowiem szeroki wywód o tym, że wybory nie powinny się odbywać w okresie epidemii. Ze względu na ogłoszony na terenie RP stan epidemii wirusa SARS-CoV-2 istnieją uzasadnione wątpliwości co do możliwości przeprowadzenia w maju 2020 r. wyborów na Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej w warunkach odpowiadających standardom ustrojowym z art. 2 i 127 Konstytucji RP – czytamy w postanowieniu.

– Standardy te wymagają zorganizowania i przeprowadzenia przez właściwe organy państwowe wyborów wolnych i demokratycznych, których warunkiem jest zapewnienie wyborcom możliwości dokonania rzeczywistego wyboru, w warunkach nieskrępowanej konkurencyjności kandydatów, a także zapewnienie im wolności słowa, zgromadzeń, swobodnego poruszania się, stworzenie jednakowej możliwości prezentacji ich programów w mediach – dodawał sąd, uzasadniając swą decyzję.

Kluczowe jednak dla sądu okazało się, że określone w art. 127 Konstytucji RP prawo do bycia wybranym na prezydenta nie może w realiach tej sprawy być uznane za dobro osobiste w rozumieniu art. 23 Kodeksu cywilnego. – Nie jest prawem immanentnym, związanym z jednostką ludzką, towarzyszącym jej przez całe życie, mającym bezwzględny charakter – uznał warszawski sąd.

Czy to koniec tej sprawy? Zapewne nie. Postanowienie o udzieleniu zabezpieczenia będzie jeszcze zaskarżone, a czy i kiedy wybory się odbędą, i co z nimi zrobi Sąd Najwyższy – to już zupełnie inna historia…