Wstyd to podstawa cnoty (przysłowie japońskie)

0

Pod koniec lat 90., kiedy już pomału stawaliśmy się gospodarczym tygrysem Europy, a Unia Europejska nie mogła się doczekać naszego członkostwa, modne zaczęło być organizowanie wystawnych przyjęć imieninowo-urodzinowych. Do tej pory doświadczenia w tej mierze zbierali organizatorzy uroczystych imprez związanych z otwarciem nowej siedziby firmy, oddziału banku czy choćby znanej sieciowej kancelarii prawnej. Jeszcze wcześniej były to komunie na 150 osób, których szczyt przypadał na maj, i oczywiście nie mniejsze wesela w miesiącach, w których nazwie występuje litera r. Aż przyszedł czas na imieninowo-urodzinowy show. Kolorowe magazyny rozpisywały się szczegółowo na temat udziału w nich osób znanych z tego, że są znane. Ważne były kreacje i toalety dam i nie mniej ważne marki aut, które gości przywiozły. Analizowano menu baru sałatkowego, jak i potraw podanych na ciepło. Jakie wina do jagnięciny, a jakie do wędzonego sterleta. Czy kawior był irański czy rosyjski. Jaką do niego podano zmrożoną wódeczkę… Kwitło życie towarzyskie high society. 

Byłem na kilku takich imprezach. I w Warszawie, i w Poznaniu. W sali bankietowej gwiazdkowego hotelu i na polu golfowym. Raz nawet w klasycystycznym pałacu, wiejskiej rezydencji starego arystokratycznego rodu. Prawnicy powinni bywać. To leży w zakresie naszych marketingowych obowiązków. 

Było w dobrym tonie, aby solenizant (lub jubilat) w zaproszeniu rozsyłanym do gości zaznaczał dyskretnie, że zamiast prezentów oczekuje datków na jakiś szczytny cel. Najlepiej na dzieci, z sierocińca i niepełnosprawne. Można było oczywiście przynieść bukiet kwiatów lub butelkę jakiegoś szlachetnego trunku, ale centralny punkt witający przy wejściu stanowiła przezroczysta skrzynka, do której należało wrzucić kopertę z datkiem. 

Gospodarze imprezy – lub ich dzieci – witali gości promiennym i prominentnym uśmiechem, gestem wskazując, gdzie należy wrzucić kopertę. I goście wrzucali. Jedni zamaszyście i hałaśliwie, inni nieśmiało i po cichu. Trudno w to uwierzyć, ale wcale niemała część tych kopert była pusta. 

Świat nigdy nie jest taki, jakim być powinien albo jakim chcielibyśmy, by był. Nie możemy o tym zapominać. Zasadę te warto znać, bo przydaje się w naszej codziennej pracy. 

Ileż to razy w mojej prawniczej praktyce wysłuchiwałem obietnic klientów. Ileż to razy musiałem potem z trudem egzekwować swoje wynagrodzenie. 

Każdy z nas wie, że przed rozprawą, w oczekiwaniu na wygraną, liczni klienci deklarują daleko idącą hojność, nie mówiąc już o obowiązkowym wspólnym lunchu czy nawet kolacji. Zjawisko to występuje także w przypadku trudnych negocjacji przed ważną umową, transakcją (dealem) życia, pokoleniową szansą czy inną nie mniej wzniosłą formą interesu. Prawnicy są twórcami niejednego sukcesu. W biznesie czy w sprawach osobistych znajdują sposoby na rozwiązanie wielu nierozwiązywalnych na pierwszy rzut oka problemów. Nasi klienci tygodniami żyją w sferze emocji i własnych wyobrażeń o wyjściu z trudnej sytuacji i gdy pojawia się mecenas znajdujący rozwiązanie, jego pomoc oraz osiągnięty efekt mają dla nich wymiar nieomal cudu. Ale to trwa krótko, jak mgnienie oka. Wystarczy, że sąd ogłosi korzystny dla nich wyrok i już po wyjściu z sądu zapominają o swoich deklaracjach. Wygrali, bo mieli rację. 

Czasami przyniesie jeszcze efekt eleganckie i nienachalne przypomnienie, ale niestety nie zawsze. Dobrze, że zapłacą w terminie fakturę. Ze śmiechem jeszcze wspomną, że muszą nas zaprosić na swój jacht w Chorwacji czy w Łebie, i… przestają odbierać nasze telefony. 

Zachowują się jak ci goście imieninowi, którzy z miną milionera wrzucili do skrzynki pustą kopertę. Nie mają wstydu.

Dlatego tak ważne jest, aby w sprawie naszego honorarium umawiać się z klientami na piśmie. Szczególnie z tymi, którzy na spotkanie przyjeżdżają luksusową limuzyną z kierowcą albo przylatują własnym samolotem. 

A jeżeli okaże się, że mamy do czynienia z uczciwymi ludźmi, którzy nie zapominają o swoich obowiązkach, to tym lepiej.