Prawo do celu

0

Rozmowa z Aleksandrą Jakubowską – radcą prawnym, zastępczynią rzecznika dyscyplinarnego przy Okręgowej Izbie Radców Prawnych we Wrocławiu i pasjonatką strzelectwa sportowego, dla której zapach prochu to synonim relaksu.

Aleksandra Jakubowska

Radca prawny, zastępczyni rzecznika dyscyplinarnego przy OIRP we Wrocławiu. Pochodzi z Wałbrzycha, ale większość życia spędziła w Żarach. Do Wrocławia przyjechała na studia: najpierw administracyjne, później prawnicze. Pokochała to miasto i tam została. Jest właścicielką kancelarii, współpracuje ze spółkami i prowadzi szkolenia. W wolnym czasie, poza strzelectwem, lubi czytać kryminały, spacerować i nagrywać edukacyjne rolki o tematyce prawniczej pod szyldem „Zapytaj radcę”. Chętnie angażuje się w życie wrocławskiej izby.

Zacznę stereotypowo. Kobieta prawniczka kojarzy się z dobrze dopasowanym kostiumem, okazjonalnie togą… Rano kancelaria lub sąd, wieczorem wyciszenie. U pani jest inaczej, bo togę zamienia pani na słuchawki ochronne i broń. Skąd pomysł, żeby zająć się strzelectwem sportowym?

Jestem typowym zodiakalnym Baranem: konkretna, porywcza i głośna, więc ta broń idealnie wpasowuje się w mój charakter. Część osób pewnie się nawet zastanawia, dlaczego dopiero teraz się tym zainteresowałam (śmiech). Nawet w firmie miałam opinię „miotły” do zamiatania wszelkich problemów i faktycznie dostawałam trudne sprawy, które trzeba było wyprowadzić na prostą. Z kolei w kostiumach raczej nie chodzę, preferuję sukienki lub styl sportowy. W sądzie też ostatnio rzadko bywam, czego w sumie żałuję, bo lubię dużo mówić. A strzelanie wzięło się zupełnym przypadkiem, paradoksalnie trochę przez adwokatów.

Adwokaci namówili panią na strzelnicę?

W zeszłym roku zobaczyłam na profilu facebookowym naszej izby zaproszenie. Okręgowa Rada Adwokacka organizowała we Wrocławiu zawody strzelectwa sportowego dla zawodów prawniczych. Nie było ograniczeń, mógł w nich wziąć udział każdy, niezależnie od tego, czy posiadał uprawnienia, czy pierwszy raz trzymał broń w ręku. Pomyślałam, że to mogłoby być fajne, zwłaszcza gdyby udało się zdobyć wysoki wynik, ale niestety termin pokrył mi się ze szkoleniem pionów dyscyplinarnych.

To był dla pani rok dużych zmian, prawda?

Tak, ubiegły rok był pełen wyzwań. W styczniu dostałam propozycję objęcia funkcji wspólnika w kancelarii, ale w Lublinie, na drugim końcu Polski. Podjęłam decyzję o przemeblowaniu życia i przyjęłam ofertę. Akurat zbliżały się moje okrągłe urodziny, więc uznałam, że to dobry impuls do zmian. I tak zaczęłam żyć w rozkroku między dwoma miastami – na szczęście w tym roku wróciłam na stałe do Wrocławia, również zawodowo. W Lublinie czułam się nieco osamotniona. W pewnym momencie zobaczyłam ogłoszenie strzelnicy. Pomyślałam: co mi szkodzi? Pójdę, postrzelam, może poczuję się lepiej. Kupiłam pakiet, żeby popróbować różnych rodzajów broni. Tak się zaczęło. Było to dokładnie 30 kwietnia.

Pamięta pani swój pierwszy raz na strzelnicy?

Oczywiście. Przyszłam na strzelnicę wcześniej, wypełniłam dokumenty i siedziałam, chłonąc atmosferę. Pamiętam, że pisałam do siostry, że chyba się boję, bo tam jest strasznie głośno. Ale potem wyszedł instruktor, przeprowadził szkolenie z teorii i zasad bezpieczeństwa, dostałam okulary oraz słuchawki ochronne i się zaczęło… Najpierw była broń małego kalibru, z najmniejszym odrzutem. Było niesamowicie. Mogę z czystym sumieniem przyznać, że przepadłam. Już podczas tej pierwszej wizyty zaczęłam dopytywać instruktorów o uprawnienia i możliwość posiadania własnej broni.

Coś panią wtedy szczególnie zaskoczyło?

Spokój. Kiedy tam szłam, wydawało mi się, że będzie dynamicznie, a było zupełnie odwrotnie. Aby oddać celny strzał, trzeba się bardzo mocno skupić i wyciszyć myśli. To pomaga się zrelaksować. W tamtym czasie chodziłam na strzelnicę dwa do trzech razy w tygodniu i faktycznie przez tę godzinę byłam w stanie zapomnieć o całym świecie.

Droga do własnego patentu jest dość sformalizowana. Jak to wyglądało u pani?

Do egzaminu na patent strzelecki podeszłam w grudniu. Trochę to trwało z dwóch względów. Po pierwsze, logistyka. Egzaminy są w weekendy, a ja musiałam zdawać w tym województwie, w którym przynależałam do klubu. W moim przypadku był to Zamość. Po drugie, chciałam naprawdę „wychodzić” swoje na strzelnicy, żeby mieć opanowane odruchy prawidłowego obchodzenia się z bronią.

Mówi pani o „odruchach”. To kluczowe w tym sporcie?

Absolutnie. Chodzi o to, by automatycznie wiedzieć, że kiedy nie strzelam, palec wędruje poza język spustowy. Że nie wolno obracać się z bronią w stronę innych osób, że zawsze trzeba sprawdzić rozładowanie: czy magazynek jest odpięty, czy nabój nie został w komorze. Nasłuchałam się historii o osobach, które mają uprawnienia, a mimo to są zagrożeniem, bo nie mają tych nawyków. Dla mnie bezpieczeństwo to podstawa.

A co w samym strzelaniu do tarczy okazało się najtrudniejsze?

Uspokojenie emocji. Zazwyczaj jechałam na strzelnicę prosto z pracy. Po ciężkim, stresującym dniu na początku miałam duży problem ze skupieniem. Miałam jednak szczęście do świetnych instruktorów. Dawkowali mi wiedzę po kolei, dzięki czemu nauczyłam się odpowiednio oddychać, pracować na przyrządach i na spuście, by wyrobić w sobie powtarzalność.

Wiele osób myśli, że po egzaminie po prostu kupuje się pistolet i wkłada do kabury. Czy po zdaniu patentu może pani już nosić broń przy sobie?

Nie, to kolejny krok. Pozwolenie wydaje Wydział Postępowań Administracyjnych Policji. Przede wszystkim trzeba wskazać cel posiadania broni, ja wybrałam cel sportowy. Wymaga to członkostwa w klubie strzelectwa sportowego podlegającego pod PZSS, przynajmniej miesiąca stażu, zajęć teoretycznych i praktycznych oraz zdania egzaminu. Sam egzamin składa się z teorii: 10 pytań, gdzie można popełnić tylko jeden błąd w określonej części testu, oraz praktyki.

Jak wygląda taki egzamin praktyczny?

Zdaje się na trzy rodzaje broni: pistolet sportowy, karabin i strzelbę gładkolufową. Z każdej oddaje się pięć strzałów i co najmniej cztery muszą być w odpowiednim skupieniu, w przypadku strzelby trzeba trafić w tzw. popper. Kiedy obie części są zaliczone, uzyskujemy bezterminowy patent. Potem występuje się o licencję na dany rok, którą trzeba „utrzymać”, startując w minimum czterech zawodach rocznie. Dopiero z patentem i licencją idziemy na policję.

To koniec biurokracji?

Skądże! Potem są badania: psycholog, psychiatra, okulista, optometrysta, orzecznik, a nawet badanie glukozy. Śmieję się, że jestem przebadana jak nigdy w życiu. Badania są ważne trzy miesiące i z nimi składa się wniosek. Ja na swoje pozwolenie jeszcze czekam. Potem jeszcze wizyta dzielnicowego, wywiad środowiskowy i zakup sejfu. Dopiero wtedy będę mogła kupić broń i legalnie chodzić z nią po ulicy.

Co pani daje strzelectwo poza „uspokojeniem głowy”?

To czysty relaks i wejście w bardzo otwarte środowisko. Ostatnio, mając chwilową przerwę od strzelania, poszłam do sklepu z bronią tylko pooglądać sprzęt. Spędziłam tam godzinę, a sprzedawca był tak zaangażowany, że czułam się jak dziecko w sklepie z cukierkami. To nie jest chwilowa pasja. Planuję nieco zarazić kolegów z izby i zintegrować nasze środowisko zawodowe.

Sekcja strzelecka przy izbie to pani inicjatywa?

Tak, stworzyłam już regulamin i czekam na zatwierdzenie. Mam wstępną zgodę dziekana i rady. Chcę również uzyskać uprawnienia prowadzącego strzelanie. Wtedy będę mogę zabrać na strzelnicę osobę bez pozwolenia, by mogła strzelać z mojej broni i pod moją opieką. To bardzo ułatwia sprawę.

Zajmuje się pani głównie prawem cywilnym, gdzie trzeba szybko reagować i szukać niuansów. Czy strzelectwo pomaga w pracy radcy?

Myślę, że tak. Strzelając, musisz wyregulować oddech i zgrać przyrządy w ułamku sekundy. Najmniejszy błąd decyduje o chybieniu. Podobnie jest w pracy prawnika. Sprawę można wygrać dzięki jednemu szczegółowi, ale trzeba go najpierw wyłapać. Prawnicy często pracują pod presją czasu, a w strzelaniu też nie można zwlekać za długo, bo ręka zaczyna drżeć i strzał nie będzie celny. No i powtarzalność: im więcej spraw prowadzisz, tym większą zyskujesz pewność. Na strzelnicy każdy oddany strzał buduje twoje doświadczenie.

Kobieta z bronią wciąż budzi emocje. Jak reagują koledzy i koleżanki po fachu?

Na początku było duże zaskoczenie. Prowadzę profil w mediach społecznościowych i kiedy zaczęły się tam pojawiać rolki ze strzelnicy, posypały się pytania: po co mi to, czy to fajne? Zdarzały się też żarty, ale raczej wynika to z pozytywnej ciekawości.

Czy poleciłaby pani strzelectwo młodym prawnikom jako szkołę charakteru?

Zdecydowanie. Uczy ono odpowiedzialności, dbałości o szczegóły i opanowania. To cechy niezbędne w naszym zawodzie. Do tego dochodzi zdrowa rywalizacja i możliwość zgłębienia tematów, które mogą być pomocne przy prowadzeniu spraw o specyficznym profilu.

Rozmawiała Marlena Felisiak