W XIX w. społeczeństwo dzieliło się na tych, którzy posiadali pieniądze,
i tych, którzy tylko mogli o nich pomarzyć. Byli też tacy, którzy starali się brać
los we własne ręce, grając na loteriach fantowych czy też oddając się
z namiętnością „grom azardowym”. A że marzycieli w naszym kraju
nie brakowało, Polska hazardem stała.
Perspektywa dorobienia się majątku wzmagała pomysłowość. Gdzie były karty i kości, wcześniej czy później pojawiali się szulerzy. Jędrzej Kitowicz wspominał, że w XVIII w. serca Polaków podbiła gra zwana faraon zaciągnięta do naszego kraju z Francji. Dla wielu stała się źródłem fortuny, dla innych wręcz przeciwnie – powodem upadku, „gdy w profesję szulerów przedtem wzgardzoną i tylko między małym ludem zachowanie mającą, za pojawieniem się gry faraon weszli ludzie dystyngowani, a nawet najwięksi panowie stali się szulerami, ogrywając jeden drugich nie tylko z gotowych pieniędzy, ale nawet z nieruchomych substancji, z dóbr, z klejnotów i całej fortuny. […] Wielkich panów opanował jakiś szalony honor przegrywać w karty na jednej kompanii [tj. posiedzeniu – red.] po kilka i kilkanaście tysięcy czerwonych złotych. Co zaś najdziwniejsza, że ci, którzy długów swoich płacić nie lubili, przegrane kwoty […] z wielką punktualnością nazajutrz wygrywającym odsyłali”[1].
Zakaz hazardu
Po zaborach na terenie Galicji zaczęły sypać się patenty cesarskie i cyrkularze zabraniające hazardu. Przykładowo w tym z 1803 r. do gier „niebezpiecznych” zaliczono faraona, oko, makao… Kary mieli ponosić nie tylko grający, ale także ci, w których domach odbywały się spotkania. Jednocześnie, by podnieść skuteczność ścigania, przewidziano nagrody dla donosicieli. „Donoszący o zakazanej grze, oprócz zachowania imienia onegoż w sekrecie, otrzyma z zasądzonej kary pieniężnej sto czerwonych złotych jako część trzecią w nagrodę, gdyby zaś kto z liczby [tj. grona – red.] samych grających, albo gry u siebie dozwalających o tym doniesienie uczynił, takowy oprócz darowania zasłużonej kary, nagrody za doniesienie spodziewać się ma”[2].
Patent cesarski z 1803 r. nie rozwiązał wszystkich problemów. Z tego też powodu w 1810 r. wydano kolejny akt adresowany do czeladników, lokajów, stajennych i służących, którym zakazano „tak w domach prywatnych, jako też w publicznych traktierniach i szynkowniach grać o pieniądze”. Ażeby jednak tym „klasom ludzi nieszkodliwego rozweselenia nie zabronić”, dozwolono im gry w kręgle „za pomierną ilość pieniężną” oraz gry w karty i warcaby o zakład postawienia „jakiego napoju”[3].
Kantory loterii liczbowych
Wraz z zakazaniem hazardu zaczął rozwijać się w naszym kraju w XIX w. system kolektur lotto, zwanych „kantorami loterii liczbowych”, gdzie można było kupować losy. Paradoksalnie tu też wygrana zależała od szczęścia, odwiedzanie tego typu miejsc mogło doprowadzać do ruiny, właścicielom przedsięwzięcia przynosiły zaś one bogactwo. Pomimo sporego podobieństwa do hazardu działalność tę traktowano jako legalną.
Kupowanie losów w kantorach było rozrywką ubogich. Loterie dawały nadzieję, że uda się odmienić swój los. W Krakowie „kantor loterii liczbowych” znajdował się m.in. na ulicy Floriańskiej w Hotelu Pod Różą. Szczególnie tłoczno było tu w dni targowe. Murarze, praczki, służące, przekupki wszyscy chcieli spróbować szczęścia. Gromadzili się więc tłumnie na ulicy, obserwując, jakie liczby zostaną napisane kredą na czarnej tabliczce przez właściciela kantoru. Opisywana tu loteria była odpowiednikiem dzisiejszego totolotka. W losowaniu brało udział 90 liczb. Można było trafić ambo (czyli dwa numery), terno (trzy numery) czy też więcej liczb. Prześcigano się w pomysłach, by pomóc szczęściu. Tworzono ciche porozumienia między obstawiającymi, tak by wykupić więcej losów i w razie wygranej podzielić się nagrodą. Wymyślano najrozmaitsze systemy. Łatwowierność prostego ludu była ogromna. Jeszcze inni typowali liczby „na pająka”. W niejednym biednym domu można było znaleźć słoik z pająkiem krzyżakiem zamkniętym w środku, w którym na dnie porozrzucane były karteczki z liczbami. Te, które pająk na pajęczynie wyciągnął do góry, miały niezawodnie paść na loterii. Jeszcze inni starali się gruntownie przygotowywać do gry i nabywali fachowe poradniki informujące o tym, „jak grać na loterii, by zostać bogatym”.
W wielu książkach poświęconych przepowiadaniu przyszłości na podstawie snów znajdowały się rozdziały, w których opisywano niezawodne sposoby „wygrania na każdej loteryi”. Jedną z takich pozycji był „Największy sennik egipski, czyli wykład kabalistyczny snów z przydaniem odpowiednich liczb do stawiania na loteryą…” z 1884 r. W innym senniku czytamy:
- rękawiczki – użytek robić z listu, a jeżeli ktoś gra, to oznacza to numer 18 i 90,
- robactwo widzieć – ostrzeżenie o nieprzyjaciołach, a do tego numer 16, 42, 71,
- lrobaki zabijać – szczęście w grze, 2, 37…
Skuteczność snów zależała także od liczby dni upływających od nowiu. Sen w trzecim dniu po nowiu „żadnych skutków nie pociąga”. Sen w dziewiętnastym dniu po nowiu to tylko przywidzenie po zbyt obfitej kolacji[4].
Obok entuzjazmu i nadziei nie brakowało też podejrzeń
co do oszustw podczas losowań. Mało kto miał świadomość, że przyczyną ciągłych przegranych było bardzo niskie prawdopodobieństwo trafienia, wynikające z zasad matematyki…
Przyszłość w dziobie papugi
Na zakończenie warto nieco miejsca poświęcić losom, które można było kupować u kataryniarzy. Nie była to gra, ale raczej rozrywka, powód do rozmarzenia się czy śmiechu. Wędrowni muzykanci zachodzili na dziedzińce kamienic, by kręcąc korbą, wygrywać swoje Aidy i Traviaty. Jak wspominał Ferdynand Hoesick, jeszcze większą atrakcją dla dzieciaków był Włoch, w aksamitnej kurtce i kapeluszu filcowym, który oprócz katarynki z obrazkiem na frontowej ścianie miał ze sobą jeszcze żywą małpę w czerwonym, sukiennym serdaczku. Zdarzało się, że taka wytresowana małpka lub papuga umiała wyciągać losy. A wtedy z pięter zbiegały się wszystkie służące, aby za jedyne pięć centów poznać swoją przyszłość. Tyle kosztowało kupienie złudzeń, że i im kiedyś odmieni się los. Niestety zazwyczaj niepiśmienne, o odczytanie swojej przyszłości musiały prosić dzieciaki, bawiące się na podwórzu[5].
Kolektury lotto…
…nieraz stawały się tematem obrazów austriackich malarzy tak lubiących przedstawiać sceny rodzajowe. Dziś możemy je oglądać w zbiorach Wien Museum. Chustki na głowach prezentowanych postaci i skromne stroje nie pozostawiały wątpliwości, że nie należały one do wyższych sfer.
Ubodzy bywalcy kantorów loterii liczbowych uwiecznieni zostali także na fotografiach przedstawiających charakterystyczne postaci uliczne, tzw. typy wiedeńskie (wiener typen). Wien Museum
Przy pisaniu tekstu wykorzystano fragmenty książki autorki „Życie towarzyskie w XIX w.”






















