Kyokushin- droga ku prawdzie

0

Rozmowa z Karolem Korczyńskim, radcą prawnym, mistrzem karate.

Karol Korczyński

Radca prawny, prowadzi Kancelarię Radcy Prawnego „Veritas” w Drawsku Pomorskim. Przez trzy kadencje radny Rady Powiatu Drawskiego. Sportowiec – judoka i karateka, wielokrotny mistrz Pomorza, wicemistrz Polski z 1992 r. i reprezentant kraju w Pucharze Europy „Oyama Cup’93”. Instruktor karate kyokushin, prezes MUKS „OYAMA”. Sędzia krajowy i międzynarodowy karate KWF. Przez trzy kadencje sędzia Wyższego Sądu Dyscyplinarnego przy KRRP. Odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Jest pan radcą prawnym, ale zaczęło się od aplikacji sędziowskiej…

Tak, jestem spod znaku Wagi i zawsze ceniłem sobie poczucie sprawiedliwości. Zdawałem egzaminy na aplikację sędziowską w Koszalinie, gdzie zaplanowano 10 etatów, ale skończyło się na pięciu, a ja miałem szósty wynik. Podjąłem ostatecznie decyzję o rozpoczęciu aplikacji radcowskiej. W czasie trzyipółletniej aplikacji pracowałem i orzekałem w kolegium ds. wykroczeń przy sądzie rejonowym. Uprawnienia radcy prawnego zdobyłem w 1997 r.

Fascynacja sportem zaczęła się wcześniej?

W trzeciej klasie liceum plastycznego trenowałem jednocześnie judo i karate. Nieraz nie miałem siły, ale długo nie wiedziałem, którą dyscyplinę wybrać. A w judo trenował mnie Marian Tałaj – nasz słynny olimpijczyk. Miałem też epizod z kick-boxingiem i fascynację Markiem Piotrowskim, polskim mistrzem świata w tej dyscyplinie. Aż zachłysnąłem się – ku rozczarowaniu Mariana Tałaja – karate. Byłem predestynowany do tej dyscypliny: wysoki, szczupły, rozciągnięty i szybki. Pierwsze sukcesy przyszły… na pierwszych zawodach. Jeden z zawodników nie dojechał na mistrzostwa Pomorza, a mój trener wypatrzył mnie na trybunach. Dali mi za ciasne kimono i za wąskie spodnie, które zresztą pękły. Pierwszą walkę wygrałem, potem drugą, dopiero w trzeciej uległem. Ale zostałem dostrzeżony. Były tytuły mistrza Pomorza, wygrywałem zawody. Aż trafiłem do kadry Polski i we Włocławku, w 1992 r., otarłem się o tytuł Mistrza Polski. Po trzech dogrywkach ciągle był remis i decydowały niuanse regulaminowe. Dlatego nie wygrałem, lecz zająłem drugie miejsce. Później, w 1993 r., w katowickim Spodku po raz pierwszy w Polsce rozgrywany był Puchar Europy – zawody nawet wyższe rangą od mistrzostw Europy, gdyż startowali w nich zawodnicy spoza naszego kontynentu. Reprezentowałem Polskę w wadze ciężkiej. Zostałem sklasyfikowany na 5.–6. miejscu w Europie. Potem startowałem jeszcze w wielu turniejach i niejednokrotnie wygrywałem. Aż przyszła aplikacja radcowska, dzieci – które zresztą odnosiły sukcesy w sporcie – i nadeszła pora na zajęcie się trenowaniem innych.

Czyli?

Po studiach prawniczych założyłem w Drawsku Pomorskim uczniowski klub sportowy OYAMA, który dochował się już kilku zawodników z tytułami mistrzostw Europy w kyokushin karate. Dzięki temu dwoje moich zawodników mogło reprezentować kraj na mistrzostwach świata w Japonii, które odbyły się w 2014 r. w Tokio. Tam spełniłem marzenie karateki – odbyłem międzynarodowe seminarium karate wśród klasztorów Mitsumine i zdałem kurs na sędziego międzynarodowego. Pozwoliło mi to sędziować walki na następnych mistrzostwach świata w Kazachstanie. W aspekcie sportowym sukcesy podopiecznych dają mi ogromną satysfakcję trenerską w myśl zasłyszanego powiedzenia „jaki mistrz – taki uczeń”. Słowo „kyokushin” tłumaczone jest najczęściej jako „ekstremum prawdy”, „dążenie do poznania prawdy”, również jako „droga ku prawdzie”. Dlatego nazwałem swoją kancelarię Veritas.

Jest pan posiadaczem czarnego pasa w karate. Jak dochodzi się do takich wyników?

Karate na początku było przygodą. Później stało się odskocznią od stresu i problemów dnia codziennego. Treningi karate uczą kształtowania charakteru, radzenia sobie z przeciwnościami życiowymi, pokonywania samego siebie – swojej słabości. Karate zawiera elementy medytacji (zen), dynamicznej jogi i ćwiczeń oddechowych oraz techniki szybkościowo-wytrzymałościowe. Droga do czarnego pasa jest długa, wymaga wielu lat treningów i zdania wielu egzaminów na stopnie KYU, oznaczone kolorem pasa, który symbolizuje stopień wyszkolenia. W karate kyokushin jest 10 stopni uczniowskich, a potem stopnie mistrzowskie od czarnego pasa 1 dan w górę. Do tego potrzeba czegoś więcej niż tylko zwykłych treningów. Trzeba mieć prawdziwe zamiłowanie do karate, pasję i upór, cierpliwość
w pokonywaniu własnych słabości, wytrwałość w dążeniu do dalekosiężnego celu w postaci marzeń o czarnym pasie. Czarny pas jest ukoronowaniem drogi każdego początkującego karateki i przejściem ze statusu ucznia sempai w status sensei – mistrza, symbolem siły fizycznej i siły ducha. Stanowi początek drogi karate w samodoskonaleniu – przed mistrzem czarnego pasa dopiero otwiera się etap najtrudniejszy – utwierdzanie w przeświadczeniu, że aby być prawdziwym mistrzem, trzeba na zawsze pozostać uczniem. Ciekawostką jest to, że w Japonii tytuł sensei przysługuje dopiero posiadaczowi stopnia 3 dan (czarny pas z trzema złotymi pagonami ‒ taki mam). Karate można uprawiać jako sztukę, rekreację lub sport. Jest też bardzo skuteczną formą samoobrony, którą wdrażamy z udziałem dzieci i rodziców.

Działa pan w samorządzie. Był pan sędzią Wyższego Sądu Dyscyplinarnego KRRP, został odznaczony… To sprawia satysfakcję?

Na szkoleniach radcowskich poznałem ludzi chcących działać aktywnie nie tylko na niwie zawodowej, ale także dla środowiska i prestiżu zawodu radcy prawnego. Poznani pasjonaci i zaangażowani radcowie prawni jak mec. Barbara Wiśniewska czy wieloletnia Dziekan Rady Sabina Lutomska z OIRP w Koszalinie zainspirowali mnie i tak przez kilka kadencji jako członek OIRP pełniłem funkcje wizytatora oraz – jako delegat KRRP – byłem wybierany na sędziego WSD. Późniejsza nominacja do odznaczenia Srebrnym Krzyżem Zasługi, a także wizyta w Pałacu Prezydenckim pozostawiły niezapomniane wrażenie i dały poczucie spełnienia i satysfakcji z dobrze wykonanej pracy.

Był pan nominowany w plebiscycie na osobowość roku za pracę na rzecz społeczności lokalnej, skuteczne działania w samorządzie powiatowym. Brał pan udział w akcjach Niebieski Parasol. Lubi pan pomagać?

Tak, bardzo satysfakcjonujące jest udzielanie się pro publico bono i pomaganie osobom potrzebującym i często skrzywdzonym przez los, np. ofiarom przemocy domowej. W małych społecznościach, gdzie wszyscy się znają, pozwala to na zbudowanie zaufania do radcy prawnego oraz podnosi jego prestiż. Moją pracę z dziećmi i młodzieżą docenili rodzice, zgłaszając mnie do plebiscytu. Natomiast Rada Miejska w Drawsku Pomorskim uhonorowała mnie tytułem Zasłużony dla Miasta i Gminy Drawsko.

Jak na to wszystko znaleźć czas? W jednym z wywiadów powiedział pan: „Nie masz czasu na nic – weź sobie coś do roboty”. To działa?

Jest to cytat jednego z mędrców chińskich. Podoba mi się też sentencja „Nie możesz zatrzymać żadnego dnia, ale możesz go nie stracić”. Czy to działa? Lubię przewrotnie powoływać się na nie, gdy naprawdę jestem „zalatany”, gdy rodzina i bliscy czasem namawiają mnie, bym z czegoś zrezygnował, bo tyle mnie absorbuje: praca prawnika, treningi, funkcja wiceprzewodniczącego Rady Powiatu Drawskiego, udział w pracach samorządu radcowskiego, rada nadzorcza, akcje społeczne itp. Wówczas przypominam sobie te maksymy i one podnoszą mnie na duchu. Umacniają w wytrwałości i zmuszają do dobrej organizacji.

Rozmawiał Krzysztof Mering