Jak nie zmarnować ferii i karnawału w okresie pandemii

0

Okres pandemii nie daje wielkich możliwości, jeżeli chodzi o spędzanie wolnego czasu. Niczym miecz Damoklesa wisi nad nami widmo nieudanych ferii i zmarnowanego karnawału. Chciałam zaproponować Państwu podróż w czasie i zaprosić do XIX-wiecznego Zakopanego. Zapewniam, że będzie wesoło, karnawałowo, romansowo i w dodatku bezpiecznie dla zdrowia.

Agnieszka Lisak

radca prawny, autorka prowadzi blog historyczno-obyczajowy www.lisak.net.pl/blog/

Fot. Archiwum A. Lisak

Gdy w XIX w. do Zakopanego zaczęli przyjeżdżać turyści, okrzyknięto je „letnią stolicą Polski”, a przyjezdnych „letnikami”. Nie mogli nazywać się inaczej, skoro nadciągali tu w okresie od maja do sierpnia, a wyjeżdżali przed nadejściem jesieni. W miesiącach tych pogoda była najlepsza, by zwiedzać góry i podróżować. Trudno było telepać się góralską furką podczas jesiennych roztopów czy też zimą marznąć na mrozie przez półtora dnia. Bo właśnie tyle zajmowała podróż pod Tatry z Krakowa, w którym wynajmowano wozy. Wszystko zmieniło się w 1899 r., gdy do Zakopanego doprowadzono kolej. Dzięki postępowi techniki zaczęto tu przyjeżdżać przez cały rok, w konsekwencji „letnicy” zostali „letnikami” już tylko z nazwy.

Dla klimatu i w celach matrymonialnych

Powodów, dla których przyjeżdżano pod „samiuśkie Tatry”, było kilka. Do początku lat 70. XIX w. dominowały względy zdrowotne. Przybywano tu, by pić wodę z Morskiego Oka zalecaną na „uciążliwości żołądkowe” oraz żętycę z owczego mleka, „tak walnie pomagającą na choroby piersiowe i ogólne osłabienie organów”. Dopiero za sprawą doktorów J. Dietla i T. Chałubińskiego zaczęto w kraju sławić dobrodziejstwo klimatu mającego leczyć choroby płucne.

Już w pierwszej połowie XIX w. pojawiali się pod Tatrami nieliczni turyści. Wtedy jeszcze nie byli oni zainteresowani mieszkaniem w wiosce, ale raczej jednodniowym pobytem połączonym ze zwiedzaniem Morskiego Oka, Doliny Kościeliskiej czy też huty w Kuźnicach. Pierwszym znanym letnikiem, który w 1856 r. zamieszkał na kilka miesięcy w domu górala pod Gubałówką, był profesor matematyki Jan Kanty Steczkowski.

Zainteresowanie Tatrami wzrosło w 1870 r., kiedy to ukazał się „Ilustrowany przewodnik do Tatr, Pienin i Szczawnic” W. Eljasza-Radzikowskiego. Autor uczył w nim chodzenia po górach i udzielał wskazówek co do pobytu, znalezienia noclegu, wyżywienia. Publikacja miała szczęście – trafiła na podatny grunt. Ludzie zaczęli ją komentować na salonach, kupować, pożyczać. O górach zaczynano rozmawiać i koniec końców dochodzono do wniosku, że trzeba pojechać zobaczyć „to Zakopane” i „te Tatry”.

Do wzrostu popularności Zakopanego przyczyniła się atmosfera, jaka panowała w miastach pod koniec XIX w. W okresie Młodej Polski społeczeństwo spięte gorsetem konwenansów zaczynało się dusić. Młodzi ludzie chcieli być niegrzeczni, robić coś niesamowitego, o czym można by opowiadać z wypiekami na salonach. I właśnie takim szaleństwem był wyjazd pod Tatry wiejskim wozem, spanie w góralskiej chacie owianej zapachem gnojówki, wracanie z gór w zabłoconych garniturach i przemoczonych butach. Po powrocie opowiadano, jak to góral musiał jakiejś modnisi obciąć ciupagą obcasy na szlaku lub też znosić jak barana na plecach, bo zabrakło jej sił.    

Gdy w Zakopanem pobudowano hotele, pensjonaty i restauracje, pobyt stał się wygodniejszy. W konsekwencji zmieniła się struktura odwiedzających. Zaczęło przybywać letników, którzy przyjeżdżali tu dla towarzystwa i dla mody, a nie dla gór. By ich przyciągnąć, w reklamach zakładów wypoczynkowych zaznaczano, że dyrekcja „pilnie czuwa nad spokojnym, towarzyskim życiem kuracjuszów”. Z myślą o nich urządzano pomieszczenia, których dziś już nie znajdziemy w pensjonatach i hotelach, takie jak: biblioteki, sale balowe, fortepianowe, do pisania listów, a także te, w których o stałych godzinach spotykali się goście w celu nawiązania nowych znajomości.

Lista powodów, dla których przyjeżdżano pod Tatry w XIX w., nie byłaby kompletna, gdyby pominięto na niej motyw matrymonialny. Rodzina niby mieszkała w dużym mieście, miała pozycję, bywała w porządnych domach, rozdawała bilety wizytowe na prawo i lewo, a jednak córki nie było za kogo wydać. W takim przypadku ostatnią deską ratunku wydawał się wyjazd „do wód” lub do Zakopanego. Styl życia w tego typu miejscowościach sprzyjał poznawaniu ludzi. Zawsze było na co ponarzekać i o co zapytać. Podczas wycieczek w góry liczących nawet 300 osób (jak wynika z gazet) łatwo było nawiązać nowe relacje. F. Hoesick pisał, że „góry (…) ogromnie ludzi zbliżają do siebie, wytwarzają pomiędzy nimi stosunek naturalny, bezceremonialny, słowem spoufalają. Jedna wspólnie odbyta wycieczka wywiera taki psychologiczny wpływ na dwoje nieznających się przedtem ludzi, iż po powrocie z niej są z sobą na takiej stopie, jakby się znali od dziecka (…).

Nie przypuszczam bowiem, ażeby istniała druga miejscowość na świecie, gdzie by co lata kojarzyło się tyle małżeństw, co tutaj. Takich, co ze swymi żonami poznali się w Tatrach, w Zakopanem, jest już dzisiaj cały legion (…). Stąd pewna sława Zakopanego, sława, która sprawia, iż nigdzie nie spotyka się tak znacznej jak tu liczby panien na wydaniu, z posagiem lub bez, ani tylu młodych ludzi, z pozycjami lub bez, pragnących się ożenić… bogato”.

Do dzisiaj zachowało się sporo zdjęć naszych pradziadków w strojach karnawałowych

Taniec łączył różne stany

Nawiązywaniu relacji towarzyskich sprzyjały także bale organizowane w hotelach i zakładach leczniczych. Niekiedy w prasowych ogłoszeniach wprost informowano o matrymonialnym charakterze spotkania, wskazując, że oto odbędzie się „wieczór panieński”, w nadziei na przyciągnięcie jak największej liczby kawalerów i panienek na wydaniu.

O tym, jak ważnym elementem życia towarzyskiego był taniec w XIX w., świadczą doniesienia zamieszczane regularnie na łamach prasy codziennej, w których ze szczegółami opisywano przebieg zabaw. W „Kraju” z 1900 r. czytamy, że na ostatni wieczór tańcujący w zakładzie wodoleczniczym doktora Chramca przybyło ponad 300 osób.

„Przegląd Zakopiański” z 21 lutego 1901 r. donosił, że oto odbył się „bal nad balami”, na którym spotkały się wszystkie stany: rzemieślnicy, służba, panowie, górale. I oto wysoko urodzeni zeszli ze szczebli swojej hierarchii społecznej, po czym „bawili się pospołu, jak gdyby z jednej ulepieni gliny”.

Życie balowe kwitło ze szczególną intensywnością w okresie karnawału, kiedy to wszystkich dopadał szał tańca. Jedną z ulubionych rozrywek było organizowanie zabaw kostiumowych, podczas których paradowano w przebraniach chłopów, pielgrzymów, ogrodników, opasłych kucharzy, mleczarek… Poważni na co dzień właściciele fraków i cylindrów rzucali się w wir karnawałowej zabawy, czego i Państwu życzę podczas pobytu w Zakopanem sprzed ponad 100 lat.