Trójpodział z przerzutami

0
Judges wooden gavel with EU flag in the background. Symbol for jurisdiction.

Sprawy dyscyplinarne – i karne – sędziów Igora Tulei, Beaty Morawiec czy Pawła Juszczyszyna mają jasno pokazać, kto rządzi u Temidy: nie sąd, lecz prokurator.

Wojciech Tumidalski

zastępca szefa działu Prawo w dzienniku „Rzeczpospolita”

Fot. Ernest Rębisz

Sędzia Beata Morawiec przez wiele lat była ważną postacią wymiaru sprawiedliwości nie tylko
w lokalnym, krakowskim wymiarze, ale też ogólnopolskim. Zasiadała przed laty w Krajowej Radzie Sądownictwa, była prezesem Sądu Okręgowego w Krakowie, kieruje też sędziowskim stowarzyszeniem Themis.

W listopadzie 2017 r. minister sprawiedliwości Zbigniew Ziobro skorzystał z przyznanego mu prawa odwołania prezesa sądu. Przyczyny formalnie nie podał, ale w komunikacie na ministerialnej stronie internetowej zasugerowano, że dymisja ma związek z akcją CBA, które tego samego dnia w ramach śledztwa o korupcję w Sądzie Apelacyjnym w Krakowie zatrzymało dyrektorów sądów z Małopolski i Wrocławia, w tym dyrektora Sądu Okręgowego w Krakowie. Rzekomo chodzić miało o źle sprawowany nadzór nad dyrektorem sądu (abstrahując od zarzutu, dyrektorzy to ludzie powoływani przez ministra, a nadzór nad nimi raczej nie należy do faktycznych).

Sędzia Morawiec nie pogodziła się z zarzutami i pozwała ministra Ziobrę za naruszenie dóbr osobistych. Zażądała przeprosin za treść komunikatu. I nieprawomocnie wygrała, bo w 2019 r. warszawski sąd okręgowy uwzględnił jej powództwo, nakazując ministrowi przeproszenie sędzi Morawiec. Minister Ziobro z wyrokiem się nie pogodził
i złożył apelację. Ale nie to jest największym zmartwieniem sędzi Morawiec, bo wchodząc na wojenną ścieżkę z ministrem, chcąc nie chcąc zadarła zarazem z prokuratorem generalnym… Zbigniewem Ziobrą. I zaczęły się kłopoty. Do akcji wkroczyła bowiem prokuratura, wszczynając śledztwo, a potem sygnalizując, że chce przedstawić Beacie Morawiec zarzuty wyłudzenia w 2013 r. pieniędzy od sądu za analizę, której nie sporządziła, oraz korupcji – łapówką miał być telefon komórkowy, który sędzia miała rzekomo otrzymać od kogoś w 2012 r. w zamian za korzystne orzeczenie.

Sędzia wszystkiemu zaprzecza. Z otwartą przyłbicą pokazuje owo opracowanie, którego według prokuratury nie zrobiła. Zapewnia też, że nigdy nie dostała od nikogo telefonu komórkowego, a swoje zawsze kupuje w salonie, razem z abonamentem.

Poranna wizyta

Aż we wrześniu 2020 r. nad ranem do domu sędzi zapukali agenci CBA i prokurator ze specjalnego wydziału Prokuratury Krajowej do ścigania przestępczości wśród sędziów i prokuratorów. Zażądali wydania laptopa, na którym pisana była ekspertyza, zagrozili przeszukaniem mieszkania. Sędzia Morawiec wszystko im pokazała i zaproponowała kawę. Jak twierdzi pani sędzia, jej niespodziewani goście byli zaskoczeni taką otwartością. Gdy wspomniała, że chroni ją immunitet, a w służbowym laptopie są notatki stanowiące tajemnicę sędziowską, śledczy odpowiedział jej, że czynności, które wykonują, nie wymagają uchylenia immunitetu. „Więc proszę bardzo – bierzcie laptop i go oglądajcie, choć równie dobrze mogliście przyjść po niego, gdy byłam w sądzie” – powiedziała. Analiza, której miało tam nie być, jednak była. Ostatnia modyfikacja – 14 marca 2013 r.

Na nic się to jednak nie zdało, bo prokurator wniósł do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego o zgodę na uchylenie immunitetu sędziowskiego Beacie Morawiec, by przedstawić jej zarzuty. I izba ta, po kilku godzinach posiedzenia, zdecydowała się immunitet uchylić.

Z Izbą Dyscyplinarną utworzoną w Sądzie Najwyższym jest spory kłopot. To – jak udowadnia prof. Włodzimierz Wróbel z UJ (sędzia Izby Karnej SN) – sąd specjalny, który mógłby ewentualnie działać w czasie wojny, a w czasie pokoju istnienie takiego organu jest wręcz zakazane. Unijny Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu w kilku postępowaniach krytykował ID SN, a wydając postanowienie zabezpieczające, zawiesił wręcz funkcjonowanie przepisów, na mocy których działa izba. Ona sama, a także obecna I Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzata Manowska uznały jednak, że zabezpieczenie wydane przez TSUE dotyczy jedynie tego wymiaru działalności izby, który bezpośrednio odnosi się do odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów. Takich spraw więc izba nie prowadzi, ale bez przeszkód orzeka w sprawie immunitetów sędziów, jak również prokuratorów czy kar dyscyplinarnych dla adwokatów lub radców prawnych. Izba problemu jednak nie widzi, choć protestują różne stowarzyszenia i sędziowskie organizacje, tak w kraju, jak i za granicą.

Decyzja w sprawie immunitetu sędzi Morawiec zapadła na razie w pierwszej instancji, zapewne będzie jeszcze odwołanie, po którym – jeśli izba go nie oddali – prokurator będzie miał wolną rękę w dalszych czynnościach śledczych z udziałem sędzi Morawiec jako podejrzanej.

Gdyby tak miało się stać, to trzeba pamiętać, że uchylenie immunitetu wiąże się z obniżką sędziowskiego uposażenia nawet o 25%. I stan ten może trwać, nie wiadomo jak długo – bo obejmuje czas śledztwa i ewentualnego procesu aż do jego prawomocnego zakończenia.

Listy poparcia

Podobną drogę przeszedł olsztyński sędzia Paweł Juszczyszyn. Jako pierwszy w swoim orzecznictwie odwołał się do orzeczenia TSUE, w którym wskazano na wątpliwości co do legalności Krajowej Rady Sądownictwa, obsadzonej niemal w całości przez polityków. Badał apelację od wyroku w sprawie cywilnej, w której w pierwszej instancji orzekała sędzia nominowana przez obecną KRS. Juszczyszyn chciał się upewnić, czy wszyscy sędziowie w KRS mieli wystarczające poparcie, by ich wybrać. O niekompletnej liście sędziego Macieja Nawackiego spekulowano od dawna. Sędzia Juszczyszyn zwrócił się więc do Kancelarii Sejmu o udostępnienie mu tych list. I się zaczęło. Minister Ziobro cofnął sędziego Juszczyszyna z delegacji do sądu okręgowego, a sędziowski rzecznik dyscyplinarny Piotr Schab wszczął postępowanie w sprawie naruszenia godności urzędu przez sędziego. Z kolei prezes olsztyńskiego sądu – a jest nim Maciej Nawacki – zawiesił Juszczyszyna w obowiązkach służbowych. Decyzję podtrzymała wkrótce potem Izba Dyscyplinarna, obniżając sędziemu uposażenie aż o 40%.

Podobnie dzieje się w sprawie Igora Tulei, sędziego z Warszawy, z którym minister Ziobro od dawna ma na pieńku. Ich drogi przecinały się już wielokrotnie. Pierwszy raz chyba w 2003 r., gdy Tuleya – wtedy sędzia Sądu Rejonowego Warszawa-Mokotów – oddalał wniosek sejmowej komisji śledczej do sprawy Lwa Rywina o zwolnienie z tajemnicy dziennikarskiej redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika. Kolejny raz, gdy sędzia Tuleya sądził słynnego doktora Mirosława G., kardiochirurga oskarżonego o korupcję, a podejrzanego także o zabójstwo pacjenta. „Już nikt nigdy przez tego pana życia pozbawiony nie będzie” – mówił w 2006 r. minister Ziobro, a potem musiał za te słowa przepraszać. Zarzut zabójstwa upadł, a z zarzutów korupcji, związanych z przyjęciem dowodów wdzięczności po operacjach, zostało niewiele. Sędzia Tuleya większość ocenił jako niedopuszczalne, ale więcej pretensji miał do metod CBA, które uznał za bliskie stalinowskich – za co minister Ziobro go krytykował, zarzucając Tulei zbyt młody wiek do takich ocen. Skądinąd panowie są rówieśnikami. Ziobro jest starszy o… sześć dni. 

Ostateczny cios

Teraz jednak sprawy potoczyły się dużo dalej, bo prokuratura chce sędziemu stawiać zarzuty za rzekome ujawnienie tajemnicy śledztwa. Chodzi o osławione wydarzenia z burzliwego posiedzenia Sejmu w 2016 r., które – w wyniku protestów opozycji (była nawet blokada mównicy) ‒ marszałek Marek Kuchciński przeniósł do sali Kolumnowej, gdzie w wątpliwych okolicznościach uchwalono budżet państwa i inne ustawy. Prokuratura otrzymała wiele zawiadomień o przestępstwie, ale śledztwa odmówiła, co następnie zaskarżono do sądu, a ten – konkretnie sędzia Tuleya – nakazał wznowienie sprawy. Postanowienie i jego uzasadnienie było jawne – jak wiele innych orzeczeń tego typu. Sąd ostro skrytykował prokuraturę za pominięcie wielu dowodów (przytoczył je, wskazując konkretne zeznania Krystyny Pawłowicz czy Ryszarda Terleckiego, w których przyznawano, że blokowano opozycji możliwość choćby zabrania głosu).

I to się bardzo nie spodobało prokuraturze. Do tego stopnia, że chce sędziemu Tulei stawiać zarzut ujawnienia tajemnicy śledztwa. Tak, tego śledztwa, w którym sama nie widziała przestępstwa w sprawie znanej szeroko z telewizji. Co ciekawe, podczas tego posiedzenia sądu obecny na sali prokurator nie chciał tajności i nie sprzeciwiał się obecności mediów na posiedzeniu.

I prokurator ma już drogę otwartą, bo Izba Dyscyplinarna SN w obu instancjach – choć niejednogłośnie – ale immunitet uchyliła, zarazem zawieszając go w sędziowskich obowiązkach i obniżając uposażenie o 25%. I być może właśnie o to tu chodzi, że już nie sąd ocenia pracę prokuratury, lecz prokurator ocenia sędziego.