Urzędniczy upór

0

Nie ma takiego miasta Londyn. Jest Lądek, Lądek Zdrój…
Stanisław Bareja, „Miś”

Pani Anna, właścicielka posesji w jednej z podpoznańskich wsi, długo próbowała przekonać różne urzędniczki, że na jej posesji rośnie sad, kwiaty, krzewy ozdobne, a nie las.

Sprawa zaczęła się kilka miesięcy wcześniej. Późnym popołudniem, w porze obiadu, przy wjeździe na jej posesję zaparkował osobowy samochód.

Może pani tu do mnie na chwilę podejść? – zwrócił się do niej szczupły mężczyzna. – Reprezentuję starostę powiatowego – zaczął w urzędowym tonie – i z jego upoważnieniaproszę pani, przeprowadzam kontrolę prawidłowości zalesień na prywatnych działkach leśnych. Sprawdzam, w jaki sposób pani uprawia las na swojej posesji.

– Ale ja nie mam lasu – wskazała trawnik przed domem.

Taaak – ucieszył się – a ja pani mówię, że pani ma tutaj las. Według moich map, za które sporo zapłaciłem, ma pani dwie działki o charakterze leśnym. I ja mogę panią, proszę pani, zmusić, żeby pani na tych działkach posadziła las. – Ale mogę też, i to ode mnie tylko zależy, napisać, że tu jest coś innego, na przykładno nie wiem, sad. Albo, że jest tu na przykład łąka, albo tereny rekreacyjne. Ode mnie to zależy. – Przerwał na chwilę i zaraz dodał – Ale jeżeli ktoś jest dla mnie w porządku, to ja też jestem w porządku. Rozumie pani.

Pani Anna pomału odzyskała zimną krew. – A ma pan może jakieś upoważnienie, legitymację służbową lub cokolwiek…?

Tak oczywiście, oczywiście. – Mężczyzna wyjął z kieszeni niewielkie zaświadczenie na małej złożonej karteczce. Okazał też dowód osobisty i dał wizytówkę. Z tego zaświadczenia wynikało, że działa w imieniu prywatnej firmy T. sp. z o.o. w Poznaniu specjalizującej się w wykonywaniu usług przyrodniczo-leśnych na zlecenie Starostwa Powiatowego. Przeprowadza aktualizację mapy z zaznaczonymi na niej prywatnymi lasami i wykonuje uproszczony plan urządzenia lasów prywatnych.

Następnie przedstawiciel Starostwa przedstawił siebie jako osobę, od której bardzo wiele zależy. Mówił, że się nigdy nie myli w swoich opiniach i decyzjach. Oświadczył, że może nałożyć na nią obowiązek zalesienia działki leśnej, ale nie musi tego robić…

Wreszcie zakończył kontrolę stwierdzeniem, że w tych fragmentach działki, w których na jego mapie zaznaczony był las, on zaznaczył sad.

– I to zwolni Panią z obowiązku nasadzeń lasu uśmiechnął się. – Taka przysługa dla pani ode mnie.

Pani Anna zwróciła mu uwagę, ze na łące poniżej domu rośnie pół hektarowy młodnik, którego nie ma na mapie. Może warto byłoby to zaznaczyć na przyszłość – dodała.

– To jest pani prywatna sprawa, że posadziła pani młodnik świerkowy na swojej łące. Mnie to nie interesuje.

Wkrótce się pożegnał podkreślając raz jeszcze, że czyni pani Annie przysługę. Wydawać by się mogło, że wszystko zostało wyjaśnione. Na posesji pani Anny znajdował się sad i rośliny ozdobne, a nie las. Nic bardziej błędnego. Okazało się, że opinia wyżej opisanego przedstawiciela Starostwa, chociaż była elementem postępowania związanego z przygotowywaniem w Starostwie uproszczonego planu urządzenia lasu, nie została w ogóle wzięta pod uwagę. Przez wiele następnych miesięcy pani Anna odwiedziła urzędy w gminie i starostwie bezskutecznie tłumacząc, że na jej posesji nie było i nie ma lasu.

– W uproszczonym planie lasu z 2003 roku na pani posesji znajdował się 35-letni młodnik brzozowy – oświadczyła urzędniczka. – I dla mnie to jest dowód, że ten las tam jest.

Przeprowadzono wizję lokalną na posesji pani Anny. Sporządzono zdjęcia. W końcu organ wydał decyzję, w której odrzucił zastrzeżenia pani Anny uznał bowiem, że z przeprowadzonych w toku postępowania ustaleń i oględzin wynika, że na przedmiotowych działkach „stwierdzono roślinność drzewiastą, a także krzewy ozdobne”, co ma przemawiać za istnieniem lasu w rozumieniu ustawy. Dowodem dodatkowo przemawiającym za tą okolicznością dla organu stały się zdjęcia z oględzin, na których widnieją pojedyncze drzewa ozdobne i owocowe oraz krzewy i kwiaty typowe dla ogrodów. Organ nie dostrzegł sprzeczności pomiędzy tymi ustaleniami, a własnymi wnioskami.

Co ciekawe część zdjęć, które sporządzono w czasie oględzin nie przedstawiała działek będących przedmiotem postępowania, lecz działki sąsiednie. Są one własnością męża pani Anny i znajdują się wobec tego w granicach wspólnego ogrodzenia, ale nie są w żadnym przypadku przedmiotem prowadzonego postępowania. Ale przede wszystkim urzędniczki całkowicie bezkrytycznie oparły się dla poparcia prawdziwości swoich wniosków i twierdzeń, na poprzednio obowiązującym uproszczonym planie urządzenia lasu, z którego wynika, że na działkach pani Anny istnieje 35-letni drzewostan brzozowy. Pani Anna od początku kwestionowała prawdziwość tego zapisu, wskazując, że co najmniej od czasu nabycia w 1995 roku przez nią nieruchomości brak było na niej takowych nasadzeń. Urzędniczki jednak uznały, że weryfikacja tych rozbieżności jest niemożliwa. Nie ma takiej możliwości.

Dlaczego? Nie wyjaśniły. Nie ma takiego miasta Londyn.