Druga Anna

0

Rozmowa z Anną Moniką Sobczak, poetką, radcą prawnym

Wszyscy wiedzą, że pisze pani wiersze, ale niewiele osób miało okazję je przeczytać. Internet informuje tylko o Annie Sobczak – radcy prawnym. Ani słowa o poezji. Dlaczego?

Wszyscy wiedzą, czyli tak naprawdę nieliczna grupa osób, a jeszcze mniej liczna przeczytała. Czyli praktycznie nikt nie wie i nikt nie czytał. A internet informuje coś tam o Annie Monice Sobczak – poetce. Dlaczego trudno znaleźć mnie jako poetkę i cokolwiek przeczytać? Ano chyba dlatego, że wychodzę z założenia, że dobry poeta to martwy poeta (śmiech) i nie ma większego sensu za życia chwalić się czymś, co nie jest w żaden sposób odkrywcze, a dodatkowo jest niemodne. Bo kto dzisiaj jeszcze czyta poezję, a tym bardziej współczesną?

Kto jest odbiorcą pani wierszy?

Zanim doszło do wydania tomiku, poddałam wiersze ocenie fachowca – językoznawcy i polonisty zarazem. Chciałam uniknąć sytuacji, w której okaże się, że to kompletne grafomaństwo. Opinia była taka, że jest to przykład tzw. poezji kobiecej. A zatem odbiorcami moich wierszy powinny być kobiety. I są. Ale z prawdziwą przyjemnością muszę stwierdzić, że czytają je również panowie i nawet zdarza im się przy nich wzruszyć. A w ogóle to siła rażenia moich wierszy jest na tyle wąska, że trudno tworzyć statystyki, kto jest ich odbiorcą. Jak dostanę literackiego Nobla, to odpowiem na to pytanie (śmiech).

Ja jestem pod wrażeniem utworów z tomiku „Moja druga Anna”. Może już czas dać szansę większej grupie od­biorców?

Jakże mi miło słyszeć, że jest pan pod wrażeniem moich utworów. A co do „dania szansy większej grupie odbiorców” to taką szansę daję… lokalnie – w Małopolsce. W moim życiu nagle zaczęło funkcjonować zupełnie nowe pojęcie: „wieczór autorski”. I – co ciekawe, na takie wieczory autorskie przychodzą ludzie. I mogę sobie z nimi porozmawiać. I nie proszą mnie o poradę prawną, tylko o autograf. A czasami chcą się wygadać, bo przez lata pracy w zawodzie radcy prawnego nauczyłam się słuchać innych i wiem, jakie to jest dla wielu ważne. Więc ja im wierszyk, a oni mnie jakąś historyjkę. Ciekawe jest to, że osoby, które znają mnie od lat, po przeczytaniu „Mojej drugiej Anny” nie mogą uwierzyć, że ja to napisałam, że w poezji jestem całkowicie różna od tej, którą znają. Dla wielu czytelników moje wiersze są smutne, dołujące, a dla nich ja jestem uśmiechnięta i radosna… Brat mojego nieżyjącego Taty przeczytał tomik, po czym natychmiast zaprosił mnie na obiad i z troską zaczął wypytywać, co się ze mną dzieje, jakie mam problemy, bo człowiek szczęśliwy nie jest zdolny do pisania takich ponurych rzeczy (śmiech).

Czytając pani wiersze, czułem klimat Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, a w niektórych utworach także księdza Twardowskiego… Kogo pani ceni najbardziej?

Przyznam się do czegoś. Poza dwoma–trzema wierszami księdza Twardowskiego nie znam jego poezji. Z kolei Maria Pawlikowska-Jasnorzewska jest mi bliska, ale bez przesady. W szkole podstawowej wpadły mi w ręce książki o niej, pisane przez jej siostrę, Magdalenę Samozwaniec: „Maria i Magdalena” i „Zalotnica niebieska”. Zachwyciłam się nią jako osobą i sięgnęłam po wiersze. Przeczytałam, spodobały się, ale rzadko wracam. Gdybym miała wybrać poetę, którego cenię najbardziej, to chyba wskazałabym Juliana Tuwima i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Za piękną tematykę, jaką podejmowali, i poczucie humoru. Z przyjemnością sięgam po „Kwiaty polskie” (kiedyś znałam na pamięć), podziwiam trafność, ponadczasowość i humor „Patosu kabotyna”. Ale nie mogę również pominąć zapominanego Władysława Broniewskiego. Bo pisał przepiękne wiersze, operował słowem jak mało kto, a rymem uderzał jak w bęben.

Pisze pani, że zawsze uwielbiała czytać i to zwykle nieodpowiednie książki. To znaczy jakie?

Ano, począwszy od „W pustyni i w puszczy” czytanego jeszcze nie przeze mnie, ale przez moją ciocię „do śniadania”. Miałam może pięć lat, a jak się ostatnio dowiedziałam, to jest wyjątkowo nieodpowiednia dla dzieci książka. Niestety rodzina, która serwowała mi taką literaturę, już nie żyje, więc nie mam komu zrobić awantury. W wieku 12 lat sięgnęłam na półkę biblioteki po przepiękną okładkę „Nany” Emila Zoli, zachłystywałam się Bułhakowem i Faulknerem. Odkrywałam „Słówka” Boya-Żeleńskiego.

Jak to jest, że zaczyna się pisać? Kiedy powstał pierwszy wiersz? I nie myślę o tym „popełnionym” w wieku ośmiu lat.

W szkole podstawowej przeczytałam książkę „Zośka i Parasol”, bo zaintrygował mnie tytuł. Później trafiłam na wiersze Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i sama zaczęłam pisać o Powstaniu Warszawskim. To nie były dobre wiersze, ale pierwsze lody zostały przełamane. A dalej, jak w życiu – były pierwsze miłości, ocierające się o myśli samobójcze dramaciki związane z okresem dojrzewania, na które napisanie wiersza było lekarstwem. W liceum przestałam rymować.

Motyw przemijania obecny w pani wierszach ma jasny kolor. Takie pogodzenie się ze światem?

Przemijanie to coś naturalnego, czego nie jesteśmy w stanie odwrócić. Można sobie robić operacje plastyczne, kombinować z metryką, pomstować na czasy, które premiują młodych i pięknych (już niestety nie nas), ale to nic nie da. Trzeba po prostu przemijanie oswoić, czasami polubić, bo dotyczy nas wszystkich i każdego z osobna. Ja je nawet polubiłam. Stąd ten jasny kolor. To jest chyba wynik trudnych życiowych doświadczeń, o które wielu mnie nie podejrzewa.

Prostota i oszczędność słowa w pani utworach przyciągają. Ale także operowanie kolorem. To jednak chyba antyteza języka prawniczego. Jak można pogodzić te skrajności?

Według mnie poezja ma otwierać wyobraźnię odbiorcy. Ja wiem, dlaczego napisałam dany wiersz, ale sztuką jest to, żeby czytelnik znalazł w tym wierszu samego siebie, własne emocje, historię, która mu się przydarzyła. W wierszu nie może być wszystko opowiedziane, bo to nie protokół z rozprawy. Dlatego język poezji powinien być oszczędny. To nie czasy baroku. Praca radcy prawnego wymaga większej precyzji w wyrażaniu myśli, logiki. Język prawniczy jest hermetyczny i – tak jak wiele języków specjalistycznych – obrzydliwie naszpikowany terminologią znaną jedynie wtajemniczonym. Z poetyckim „pitu-pitu” nie ma nic wspólnego.

Dźwięk organów

Uderzył w ołtarze

I rozsypał na posadzkach

Ksiądz stał na ambonie

I groźnie patrzył na chór

Jezus niżej pochylił głowę na Krzyżu

Matka Boska lekko się uśmiechnęła

Mszę odprawiał Bach.

Czy ma pani kontakt z innymi piszącymi radcami prawnymi?

Jeżeli chodzi o poezję, to nie, poza jednym wyjątkiem – Alicją Tanew, którą szczerze podziwiam. Ona od lat pisze wiersze, komponuje i wykonuje utwory muzyczne, organizuje interesujące wydarzenia w ramach prowadzonej przez siebie Sceny ATA. Naprawdę warto zainteresować się tym, co robi Alicja, bo ja z tym jednym tomikiem, w porównaniu z nią… Natomiast wiem, że radcowie piszą prozą bardzo ciekawe rzeczy, zupełnie oderwane od skrzeczącej codzienności w radcowskiej praktyce. W ostatnim numerze „Radcy Prawnego” można było przeczytać o Agnieszce Lisak, która według mnie ma już niekwestionowane miejsce w literaturze.

Jak ocenia pani rynek usług prawnych w Polsce?

Rynek usług prawnych w naszym kraju jest według mnie wciąż zbyt mały dla potencjalnych (powtarzam: potencjalnych) potrzeb. I zbyt duży jak na rzeczywiste, uświadomione potrzeby. Taka sytuacja wywołuje wiele niekorzystnych zjawisk. Zasady etyki (i to nie tylko zasady etyki radcy prawnego) przestają się liczyć, bo przecież z czegoś trzeba żyć. I chyba coraz mniej się lubimy…

Czy internet zastąpi radców prawnych, szerzej – prawników?

Takie poglądy głosi wiele autorytetów. Oni wiedzą, co mówią, i ja im wierzę niestety.

Jaką dziedziną prawa interesuje się pani najbardziej?

W życiu zawodowym mam szczęście pracować dla spółek akcyjnych, które powstały 100 lat temu, a nawet wcześniej. I dalej istnieją, prowadzone przez spadkobierców ich założycieli. Uwielbiam grzebać w historii takich podmiotów. To dopiero była kultura korporacyjna! Ciekawe są takie porównania z teraźniejszością. A poza tym prawo zobowiązań i… prawo wekslowe regulowane ustawą z 1936 roku (sic!), której na szczęście, poza nowelizacjami, nikt nie postanowił napisać na nowo.

Czy wprowadzenie RODO znacząco zmieniło sposób prowadzenia kancelarii prawnej?

Trzeba było zrobić rachunek sumienia, wprowadzić szereg procedur, popracować nad „czynnikiem ludzkim”, bo on stanowi zwykle największy problem. I iść dalej, bo przecież poza RODO istnieje inne życie (śmiech). 

Rozmawiał KM