Janeczka…

0

Nigdy nie przypuszczałem, że będę pisał do NASZEJ wspólnej gazety tekst o Niej. O Jance. To się nie miało prawa zdarzyć. Już tego, co napisałem, nie oceni i nie poprawi. Więc muszę sam…

Pozostał numer w telefonie: Janka – redakcja. I redakcyjne konto mailowe, z którego zawsze dostawałem od Niej dobre wiadomości. No i może jeszcze kilka zdjęć. Choć nie za dużo, bo nie lubiła się fotografować. Tyle.

Ale pozostała pamięć, która dalej intensywnie skanuje chwile i sytuacje, w których toczyło się nasze wspólne redakcyjne życie. I to pozostanie na zawsze, co by to słowo, tak naprawdę, nie znaczyło. Choćby słoneczne zawsze poranki, a przecież pogoda musiała być różna, i chwile zadumy, bo, oprócz rozmowy, trzeba umieć razem milczeć. I to też nam się udawało.

Robiliśmy to, co lubimy i jeszcze lubiliśmy się nawzajem, co w końcu nie zdarza się często. A nam się zdarzyło. Dlatego miejsce Janki w mojej pamięci ma jasne, słoneczne kolory. I tak już pozostanie.

Była wspaniałym człowiekiem, świetnym sekretarzem redakcji. Widziała błędy z odległości kilometra, miała niezwykłe wyczucie, czym jest redakcja. Dlatego wiedziała, że w tej pracy 2+2 nie musi wcale znaczyć 4. Może więcej i może mniej. U niej zawsze było dużo, dużo więcej. Ta wartość dodana brała się z jej osobowości, z uwagi poświęconej każdemu, kto miał frajdę z Nią współpracować i słyszeć jej zdecydowany (powinienem napisać – sorry Janka! – tubalny) głos.

Zawsze usprawiedliwiała spóźniających się z tekstami autorów, dbała, by na czas dostawali umowy. I walczyła o ich honoraria. Mówiła i dbała zawsze o innych. Sama pozostawała w cieniu.

Dziś myślę, że to piękny rodzaj oświetlenia. Widać w nim było wszystkie szczegóły: jej miłość do Adama, dziewczyn i wnuków. Do ulubionego miejsca na Ziemi nad Bugiem. No i sympatię do świata.

Podobno piękne są tylko chwile. Jeśli tak, to było ich z Janeczką bardzo dużo…

Miałem szczęście ich doświadczyć. I za to Jej dziękuję.