Świat znika, gdy piszę

0

Rozmowa z Agnieszką Lisak, radcą prawnym, pisarką, poetką,  autorką blogu historyczno-obyczajowego www.lisak.net.pl/blog

Wiele osób marzy o tym, by pisać książki, i im się nie udaje. Pani jest radcą prawnym i ma na swoim koncie już trzy pozycje historyczne. Jak to się robi?

Odkąd pamiętam, interesowałam się historią, a dokładniej mówiąc dawną obyczajowością. W pewnym momencie doszło do tego marzenie, by pisać książki. Martwił mnie jednak mój kierunek studiów. Wydawało mi się, że aby publikować, trzeba skończyć polonistykę, dziennikarstwo lub historię, a nie prawo. Na piątym roku zdecydowałam się na pisanie pracy magisterskiej w Katedrze Historii Państwa i Prawa na temat najstarszych polskich więzień (do XVIII w.). Uznałam, że jest to najbliższe moim zainteresowaniom. Potem zaczęłam pisać pracę doktorską na temat kary śmierci w dawnych rycinach i malarstwie. Była to wspaniała przygoda z historią. Podczas jej pisania przeglądałam dawne ryciny przedstawiające sceny egzekucji, tortur, szubienic i zastanawiałam się, co wnoszą do naszej wiedzy na temat dawnego prawa karnego. 

Czyli rozumiem, że jest pani doktorem prawa?

Nie, nie jestem doktorem. Ze względów losowych pracy ostatecznie nie broniłam. Dzięki niej udało mi się jednak zacząć publikować swoje teksty w takich pismach jak „Wiedza i Życie”, „Gazeta Wyborcza”, „Dziennik Polski”, „Przekrój”. Wszystkie te artykuły następnie zebrałam, zdobyłam się na odwagę, wysłałam do jednego z wydawnictw z propozycją napisania książki… i tak się zaczęło. 

Czego dotyczyły pani książki?

Pierwsza miała tytuł „Miłość staropolska”, druga „Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX wieku”, trzecia „Życie towarzyskie w XIX wieku”. 

Z której z nich jest pani najbardziej zadowolona?

Bez wątpienia z dwóch ostatnich. Do pierwszej mam zastrzeżenia. Gdy ją czytam, wiem, że dziś wiele rzeczy napisałabym inaczej.

Ptaki ćwierkają, że szykuje się kolejna książka.

Tak. Właśnie w wydawnictwie Czarne kończymy prace nad czwartą książką poświęconą życiu codziennemu i niecodziennemu w Zakopanem w XIX w. Tytuł ma brzmieć „Sielankowanie pod Tatrami”. 

Czyli rozumiem, że życie w Zakopanem w XIX w. było sielanką?

Wręcz przeciwnie. Pierwsi turyści spali w góralskich chałupach bez wychodków i jakichkolwiek urządzeń sanitarnych. Jazda góralską furką z Krakowa trwała półtora dnia. W takich warunkach wyjazd w Tatry był prawdziwym wyzwaniem – survivalową rozrywką dla bywalców salonów. Ale z drugiej strony właśnie z tego powodu stawał się modny. Tu cuda goniły cuda. Nie wiem, czy pan wie, że jeszcze w XIX w. łatwowiernym góralom sprzedawano tu pokruszone kości smoka, dobre na wszystko. 

Która z epok jest pani najbliższa?

Bez wątpienia wiek XIX. W bibliotekach jest do tego okresu bardzo dużo materiałów źródłowych, poradników, gazet, dokumentów życia społecznego. W dodatku język z tego wieku jest już „strawny”, tj. łatwy do zrozumienia, czego nie można powiedzieć o pozycjach np. z XVII w. 

Co jest dla pani najbardziej pasjonujące w pisaniu książek?

To, że gdy zaczynam pisać, cały świat znika. Dzięki książkom i artykułom mogę przenieść się w inny wymiar. Mam takie swoje powiedzenie, że najpiękniejszy rodzaj podróży to podróż w czasie. Gdy przychodzą wakacje, znajomi zapraszają mnie na wyjazd do Hiszpanii, inni do Portugalii, a ja wolę swoje wyjazdy do dziewiętnastowiecznego Zakopanego i włóczenie się po górach z Tytusem Chałubińskim, Walerym Eljaszem-Radzikowskim i Stanisławem Witkiewiczem. Nawet czasem w weekend jest mnie trudno wyciągnąć z domu. 

A czy pisarz włóczący się po górach w towarzystwie historycznych postaci ma czasem jakieś współczesne zainteresowania?

Tak. Bardzo lubię pływanie na desce windsurfingowej, narty i grę w bilard. Lubię także chodzić na spacery z moim psem (wziętym z azylu). Czasem w żartach nazywam go mecenasem. 

Skąd pomysł na prowadzenie blogu historycznego?

Bardzo lubię czytać dziewiętnastowieczne książki (np. poradniki savoir-vivre, poradniki matrymonialne, medyczne), pisma satyryczne, wyszukiwać w bibliotece stare dokumenty życia społecznego. Jest to kopalnia humoru, a ja pochylając się nad nimi, czuję się tak, jak gdybym przenosiła się w czasie. Gdy już uda mi się dotrzeć do czegoś ciekawego, dochodzę do wniosku, że fajnie byłoby o tym napisać, pokazać to innym. I stąd właśnie pomysł na blog. Ostatnio np. czytałam do poduszki kodeksy handlowe z XIX w. Płakałam ze śmiechu, widząc słownictwo, jakim wtedy się posługiwano. Można się z nich dowiedzieć np. o „spółkowaniu” (czyli zakładaniu spółek), „kompanistach handlowych” (czyli wspólnikach), „pryncypałach”. Chcę wierzyć, że to, co robię, to jest odnajdywanie starych, ciekawych dokumentów i pokazywanie ich. Kiedyś to po mnie zostanie i będzie służyć innym. 

Co uważa pani za swoje największe odkrycie?

Trudno powiedzieć, bo biblioteki narodowe to prawdziwa Giza. Nie trzeba wyjeżdżać do Egiptu, by znaleźć w nich coś, co potrafi zaskoczyć. W dodatku ich zbiory są obecnie zdigitalizowane. Mamy Federację Bibliotek Cyfrowych, dzięki której można przeglądać zbiory z całej Polski bez wychodzenia z domu. Sądzę, że przy odrobinie szczęścia w ciągu godziny można znaleźć dokument, który przyprawi o zdumienie lub rozbawi do łez. Jednym słowem przy dzisiejszym stanie techniki każdy może zostać odkrywcą w swoim własnym domu (parafrazując jedną z reklam). 

Choć z drugiej strony w takim tradycyjnym przeszukiwaniu zbiorów jest pewna magia. Nieraz w bibliotece pochylam się nad starymi książkami, które mają jeszcze nierozcięte strony. Mam świadomość, że oto zaglądam do czegoś, czego nikt przede mną nie czytał od 150 lat. A do tego ten zapach starego papieru, który można porównać tylko do zapachu starych kościołów. 

A jakiś przykład ciekawych odnalezionych dokumentów?

Proszę bardzo. Do książki o Zakopanem przeglądałam bilety wizytowe, jakie turyści z końca XIX i początku XX w. zostawiali na szczytach. W latach 30. XX w. postanowiono je znieść ze stoków, by ocalić przed zniszczeniem. W Muzeum Tatrzańskim znajduje się ich ponad 800. To ogromna przyjemność trzymać w ręku coś, co zalega w mrokach archiwów i o czym prawie nikt nie ma pojęcia, a potem móc to opisać. 

Czy pisanie blogu przynosi pani jakieś wymierne korzyści?

Jeżeli pyta pan o korzyści finansowe, to nie, bo na blogu nie zamieszczam reklam. Cieszy mnie jednak, gdy piszą do mnie redaktorzy książek historycznych z informacją, że oto pracują nad jakąś pozycją i proszą o pomoc w rozszyfrowaniu słówka, z którym nie mogą sobie poradzić, czy też zagadnienia z XIX w. Zdarza się, że do informacji podawanych na moim blogu odwołują się muzea, zdjęcia z niego są wykorzystywane na wystawach, czasami jestem zapraszana na odczyty na temat życia codziennego w XIX w. Jest to dla mnie ogromna satysfakcja. 

Była pani związana z Piwnicą pod Baranami. Sentyment pozostał?

Na pewno tak. Z Piwnicą pod Baranami byłam związana przez sześć lat, recytowałam tam swoje wiersze. Przyszłam jeszcze za czasów Piotra Skrzyneckiego. Wiedziałam, że gdy skończę aplikację, będę musiała rozstać się z tym miejscem z uwagi na zawód. W tzw. międzyczasie nasze drogi rozeszły się same. Zostały wspomnienia i zdjęcia.

A czy doświadczenie z występów na scenie pomaga pani w pracy zawodowej?

Tak, w kontaktach z ludźmi, jak i podczas występów w sądzie rzadko mam tremę.

Czy pani klienci wiedzą, że pisze pani książki?

Nie. Nie informuję ich o tym. Po pierwsze dlatego, że nigdy nie rozmawiam z klientami o życiu prywatnym. Po drugie czuję pewne obawy, że w ich oczach mogłabym uchodzić za prawnika mniej poważnego od innych, za mało skoncentrowanego na swojej pracy zawodowej. Wydaje mi się, że pokutuje przekonanie, że artysta to taki niebieski ptak, który słabo radzi sobie z życiem i przeżywa problemy egzystencjalne. Tak więc dla przeciwwagi staram się pokazywać, że może być inaczej. Nawet ze znajomymi nie rozmawiam o swoich książkach, chyba że ktoś zapyta. Proszę mi wierzyć, w pracy zawodowej jestem bardzo zasadnicza. 

Jak pani ocenia rynek usług prawnych w naszym kraju? Prawników przybywa lawinowo.

Wolna konkurencja jest częścią nowoczesnej gospodarki i nie wyobrażam sobie, by można było ją zlikwidować. Problemem jest jednak to, że nikt w naszym kraju nie panuje nad zapotrzebowaniem na rynku pracy. Uniwersytety produkują magistrów prawa, filozofii, etnografii, socjologii i nikt nie zastanawia się nad tym, że kiedyś te osoby nie będą mieć pracy. Z drugiej strony natomiast brakuje lekarzy czy inżynierów. Uważam, że należałoby wprowadzić rozsądne limity przyjęć na studia prawnicze odpowiadające potrzebom rynku, a ten niestety jest mocno nasycony. Nie można zapominać o tym, że edukacja pochłania publiczne pieniądze i tym samym powinna być racjonalna. 

Ubolewam też nad tym, że studia, które kończymy, są tak mocno teoretyczne. Student, który zostaje magistrem prawa, nie potrafi napisać pozwu, wystawić faktury, świadectwa pracy, wypełnić PIT-u, zarejestrować spółki… Zna za to orzeczenia Sądu Najwyższego w sprawie zakładania związków zawodowych. Niestety takich absolwentów, którzy prawie niczego nie umieją, rynek z trudem pochłania. Nie łudźmy się więc, że tacy prawnicy znajdą pracę w urzędach czy innych instytucjach. 

Rozmawiał KM