Co zaszło między Adamem a Ewą

0

Długi poszlakowy proces w sprawie najcięższej zbrodni – zabójstwa – i… uniewinnienie. Wciąż nie wiemy, dlaczego i z czyjej ręki zginęła Ewa Tylman. Sukces obrony i porażka prokuratury? Czy całego wymiaru sprawiedliwości?

Tą sprawą żyła opinia publiczna w Polsce przez wiele miesięcy. W nocy z 22 na 23 listopada 2015 r. 26-letnia Ewa Tylman, atrakcyjna dziewczyna, bawiła się w Poznaniu na spotkaniu integracyjnym firmy, w której pracowała. Były śmiechy, tańce, owszem, także alkohol. Nawet niemało. Już po północy wyszła z klubu w miasto. Nie była sama, towarzyszył jej Adam Z. – kolega z pracy, którego zainteresowania nie biegły raczej w stronę Ewy ani innych dziewczyn – co będzie jeszcze miało znaczenie w tej sprawie. W każdym razie Adam był ostatnią osobą, która widziała Ewę żywą. Kamera miejskiego monitoringu nagrała ich na ulicy Mostowej, gdy chwiejnym krokiem, ale objęci, kierowali się w stronę mostu św. Rocha nad Wartą. I to jest to, co wiemy na pewno. Dalej bowiem monitoring nie sięgał, więc możemy się opierać tylko na słowach Adama Z., wypowiedzianych w czasie śledztwa i procesu, oraz na poszlakach, które muszą łączyć się w nierozerwalną całość i zarazem wykluczać alternatywne wersje wydarzeń. Taka jest wszak specyfika procesów poszlakowych, gdy bezpośrednich dowodów brak.

Zaginiona

Ewy Tylman szukano osiem miesięcy. Dramatyczne apele rodziny, ogłoszenia w mediach, akcje poszukiwawcze, detektywi, jasnowidz… Imano się każdej metody, bardzo długo bez skutku. W końcu 25 lipca 2016 r. z Warty w podpoznańskim Czerwonaku wyłowiono ciało kobiety. Wiadome więc się stało, że śledztwo musi się toczyć już nie w sprawie zaginięcia, lecz okoliczności śmierci, a najpewniej zabójstwa. Biegli ocenili, że Tylman żyła, gdy znalazła się w nurcie rzeki. Zatem jak zginęła?

Cień podejrzenia od początku padał na Adama Z., towarzysza Ewy Tylman w jej ostatniej drodze. Został zatrzymany przez policję i usłyszał zarzut zabójstwa z zamiarem ewentualnym (takim, gdy sprawca ma możliwość przewidzenia śmiertelnego skutku swych działań lub zaniechań i się z tym godzi). Prokuratura prowadziła śledztwo jeszcze przez pięć miesięcy, aż zakończyła je aktem oskarżenia do poznańskiego sądu okręgowego. Trafił tam pod koniec 2016 r. Proces ruszył w styczniu 2017 r. Towarzyszyło mu wielkie zainteresowanie publiczności i mediów. Początkowo nawet próbowano prowadzić telewizyjną transmisję z rozprawy, ale sąd na szczęście to uniemożliwił. Sprawowanie wymiaru sprawiedliwości to zbyt poważne zajęcie, by urządzać z niego telewizyjne show, w którym wszyscy patrzą w oczy oskarżonemu, świadkom – i pośrednio wpływają na to, że podsądny, choćby podświadomie, koncentruje się na tym, jak wypada przed kamerą.

Prokuratura przyjęła, że po wspólnym wyjściu z klubu Adam pokłócił się z Ewą, zepchnął ją ze skarpy, a potem wrzucił nieprzytomną do wody. 

Adam Z. od początku nie przyznawał się do zarzucanego mu czynu. Co do szczegółów zasłaniał się niepamięcią wynikającą z alkoholu oraz stresu związanego ze śmiertelnym skutkiem całego zajścia.

Nieprotokołowane przesłuchanie

Kluczowe były pierwsze przesłuchania Adama Z. z fazy śledztwa, w których najważniejszą rolę odgrywali policjanci. Według ich wersji Adam Z. miał im powiedzieć, że kiedy w nocy wracał z Ewą z imprezy, pokłócił się z nią, wywiązała się szarpanina. Dziewczyna miała uciec na skarpę nad rzeką. Gdy Adam Z. ją dogonił, Ewa miała stracić równowagę i spaść w dół. Przestraszony tym Adam miał chwycić ją za rękę i podciągnąć w kierunku rzeki, a następnie zanurzyć w wodzie i popchnąć w nurt. 

Te zeznania nie zostały jednak ani zaprotokołowane, ani nagrane. Adam Z. nigdy więcej nie przyznał się do zabójstwa, a jego obrona utrzymuje, że policjanci wymusili przyznanie się do winy, szantażując go m.in. ujawnieniem jego seksualnej orientacji, co miało negatywnie wpłynąć na innych aresztowanych. Ten wątek był nawet badany przez prokuraturę w odrębnym śledztwie, ale sprawa została umorzona – śledczy uznali, że policjanci nie złamali prawa. 

Już jedna z pierwszych rozpraw przyniosła przełom: sąd uprzedził strony o możliwości zmiany kwalifikacji prawnej czynu – z zabójstwa popełnionego z zamiarem ewentualnym na nieudzielenie pomocy. Tym samym zagrożenie karą spadłoby z dożywocia do trzech lat więzienia. W tej sytuacji sąd postanowił zwolnić oskarżonego z aresztu. Odtąd odpowiadał z wolnej stopy.

Proces trwał prawie półtora roku. Przesłuchano 75 świadków. W mowach końcowych prokurator żądał kary 15 lat więzienia i 100 tys. zł nawiązki dla rodziny Ewy Tylman. Prokuratura uznała, że Adam Z. „widział, jak Ewa Tylman tonie w Warcie, stał 2–3 metry od niej, jednak w żaden sposób nie próbował jej pomóc; nie podał ręki, nie próbował jej wyciągnąć, nie wołał o pomoc, nie dzwonił na policję, po pogotowie, chociaż miał telefon. Stwierdził, że bardzo się wystraszył zaistniałej sytuacji, że po raz pierwszy znajdował się w tak ekstremalnej sytuacji, spanikował i uciekł z tego miejsca” – wskazała prokurator, zauważając, że pamięć oskarżonego jest wybiórcza, bo zdradził wiele szczegółów tamtego wieczoru, włącznie z tym, ile i jakiego alkoholu wypił, w co byli ubrani uczestnicy, a także to, że „w ścianę w jednym z lokali rzucił bananem”. 

Ojciec kobiety, występując w charakterze oskarżyciela posiłkowego, żądał dla Adama Z. dożywocia. Obrona konsekwentnie walczyła o uniewinnienie swego klienta, wskazując na brak jednoznacznych dowodów winy i niedomknięcie nierozerwalnego łańcucha poszlak. Mecenas Ireneusz Adamczak podważał zeznania policjantów, zarzucał im, że próbowali wymusić fałszywe przyznanie się do winy, zaś co do kwestii relacji między jego klientem a Ewą Tylman prawnik uznał, że nie mogło dojść do zabójstwa, bo oboje się przyjaźnili. Co więc się stało z Ewą Tylman? – Jest to okryte mrokiem tajemnicy, którego na ten moment nie da się odsłonić – uznał obrońca. 

5 minut i 8 sekund

W końcu wyrok: Adam Z. niewinny zabójstwa, uniewinniony także od nieudzielenia pomocy. Treść orzeczenia tak zbulwersowała ojca Ewy Tylman, że ten nie mógł się powstrzymać od emocjonalnych okrzyków pod adresem oskarżonego. Sędzia zarządziła usunięcie go z sali. Później kontynuowała uzasadnienie.

Sąd doszedł do wniosku, że Adam Z. nie miał powodu, by zabić koleżankę. Z materiału dowodowego nie wynika również, kiedy i w jakich okolicznościach Ewa Tylman znalazła się w rzece: czy był to nieszczęśliwy wypadek, czy ktoś przyczynił się do jej śmierci. Adam i Ewa zniknęli z kamer monitoringu na zaledwie 5 minut i 8 sekund i nie wiadomo, co się wtedy wydarzyło. A jeśli nie sposób tego ustalić – nie można skazywać.

Aby pomóc w rozwikłaniu tej zagadki, prowadzący śledztwo wykonali nawet eksperyment procesowy polegający na próbie rekonstrukcji wydarzeń nad Wartą. Odmierzając czas, próbowano przedostać się nad rzekę z miejsca, gdzie kończy się nagranie monitoringu, pozorować szarpanie i zepchnięcie człowieka do rzeki. Eksperyment doprowadził sąd do wniosku, że przyjęta w śledztwie wersja wydarzeń jest nieprawdopodobna: 5 minut i 8 sekund to za mało, by zrealizować zbrodnię zabójstwa w taki sposób, jak opisała to prokuratura.

Preludium czy dzieło główne

Wyrok jest nieprawomocny i w żadnym wypadku nie kończy sprawy. Prokuratura już zapowiedziała apelację, podobnie jak pełnomocnicy rodziny Ewy Tylman. Zdaniem Wojciecha Wizy taki wyrok to „porażka wymiaru sprawiedliwości”. – O wyroku pierwszej instancji zawsze mówimy, że to jest preludium. Wyrok będzie prawomocny wtedy, kiedy rozstrzygnie sąd apelacyjny – dodał drugi pełnomocnik Mariusz Paplaczyk.

Tak się bowiem w Polsce przyjęło, że wyrok pierwszej instancji jeszcze niczego nie przesądza. Czy to dobrze? Dla zapewnienia stronom prawa do sądu zapewne tak, choć trzeba przyznać, że polskie sądy uchylają stosunkowo wiele orzeczeń w porównaniu np. z sądami brytyjskimi, gdzie sukces w apelacji to duża rzadkość. 

Poznański sąd nie zrobił w sumie nic niezwykłego: przeanalizował i ocenił dowody. I uznał, że te prokuratorskie go nie przekonują, a ów nieszczęsny eksperyment procesowy utwierdza w przekonaniu, że śledczy nie mają racji. Wyrok nie mógł więc być inny – mimo żalu ojca Ewy Tylman. Na dziś jednak nie wiemy, jak zginęła kobieta. Nie mam wątpliwości, że to lepiej, niż gdyby skazywać na siłę, do oceny oskarżenia wykorzystując wiarę, a nie rozum – tak jak było w sprawie niesłusznie skazanego Tomasza Komendy.

Wyroki uniewinniające wzbudzają szczególne zainteresowanie, bo są wielką rzadkością – stanowią do 3% ogółu. O czym to świadczy? Może o tym, że sądy z zasady wierzą prokuraturze, która dobrze zbiera dowody i oskarża właściwe osoby? A może też o tym, że prokuratura z reguły nie ciągnie na siłę do sądów spraw beznadziejnych, w których wyrok skazujący graniczyłby z cudem? Oby nie o czymś przeciwnym.