TO NIE BYŁ FILM

0

Brutalna zbrodnia, w tle splątane emocje, religia i zagadka kryminalna. Za cztery zabójstwa – kara dożywocia. Choć do dziś nie odnaleziono ciał ofiar.

Wojciech Tumidalski
zastępca kierownika działu Prawo w dzienniku „Rzeczpospolita”

O sprawie Mariusza B. w sądowych kuluarach mówi się od dawna. Jest jak gotowy materiał na ponury kryminał, ale to wszystko wydarzyło się naprawdę. Prokuratura długo nie mogła wpaść na trop mordercy, a gdy już Mariusz B. został schwytany, trudno było mu cokolwiek udowodnić, bo nie odnaleziono ciał zabitych. „Ch… na mnie macie” – mówił policjantom mężczyzna, gdy mundurowi przekopywali jedno z miejsc, w którym spodziewali się odnaleźć zwłoki. Był pewny siebie. Nie pomogło. Jego sprawa karna została definitywnie zakończona po 15 latach od pierwszej zbrodni, gdy Sąd Najwyższy oddalił kasacje obrońców. Zabójca jest skazany na dożywocie za cztery morderstwa. O ewentualne warunkowe zwolnienie z odbywania reszty kary może ubiegać się po 40 latach. Będzie wtedy przed osiemdziesiątką.

Ofiary

Sądy przyjęły, że z rąk Mariusza B. zginął mąż jego kochanki i jej córka (w 2006 r.), tancerz, z którym kobieta chodziła na kurs (w 2007 r.), oraz ksiądz (w 2008 r.), który rzekomo miał molestować B. w dzieciństwie. Patologiczny układ w dużej mierze trwał pod wspólnym dachem, a dobiegł końca, gdy B., którego biegli uznali za osobę ponadprzeciętnie inteligentną, nie wytrzymał z zazdrości. Za pomoc w zbrodni udzieloną Mariuszowi B. sąd na sześć lat skazał innego mężczyznę.

Dlaczego sąd wskazał, że patologiczny układ trwał pod jednym dachem? Zabójca poznał małżeństwo Małgorzatę i Zbigniewa D. w parafii, w której służył jako ministrant, i jeszcze jako nastolatek zamieszkał z nimi. Sądy ustaliły, że „doszło do swoistego trójkąta”, co spowodowało, że kobieta odeszła od męża, zamieszkała z B. i urodziła mu córkę.

Sprawę tę badała prof. Monika Całkiewicz, była prokurator, a obecnie radca prawny (i Dziekan Rady OIRP w Warszawie), która wraz z Robertem Ziębińskim opisała ją w książce „Kroniki zbrodni”. Małżeństwo Małgorzaty i Zbigniewa D. miało córkę Aleksandrę. Po pewnym czasie okazało się, że męża interesują nie tylko kobiety. Spotykał się z różnymi mężczyznami, potem zaczął ich przyprowadzać do domu i namawiać żonę do udziału w miłosnym trójkącie. Profesor Całkiewicz podkreśla, że paradoksalnie było to małżeństwo niezwykle silnie związane z Kościołem, praktykujące, mające znajomości wśród księży. Gdy ich córka przygotowywała się do pierwszej komunii, małżeństwo poznało Mariusza B., wówczas szesnastolatka, ministranta w ich parafii. Między Zbigniewem a chłopcem wytworzyła się przyjacielska więź, ważna dla Mariusza, który trudno przechodził okres dorastania. Zbigniew stał się jego powiernikiem, a małżonkowie D. otoczyli chłopaka opieką, zaproponowali mu nawet zamieszkanie z nimi.

– W ciągu kilku miesięcy opiekuńcze relacje przekształciły się jednak w erotyczne, początkowo zarówno z Małgorzatą, jak i Zbigniewem, a potem już tylko z Małgorzatą. Z tego związku urodziła się Wiktoria, która oficjalnie była dzieckiem Zbigniewa D., ale wszyscy zainteresowani wiedzieli, że to córka Mariusza. Możemy się domyślać, jak bardzo relacje w tej rodzinie były skomplikowane, jak wiele rodziły wewnętrznych starć i problemów, tym bardziej że Zbigniew był wobec żony apodyktyczny. Mariusz uzyskał lokal komunalny (kawalerkę) i namawiał partnerkę, żeby z nim zamieszkała, ale ta odmówiła. Po jakimś czasie wyprowadziła się od męża, jednak zamieszkała z obiema córkami u matki. Ostatecznie udało jej się namówić Zbigniewa na wynajęcie dla niej i dzieci mieszkania, za które zgodził się płacić. W mieszkaniu tym coraz częściej pojawiał się Mariusz. W końcu zamieszkał z Małgorzatą, natomiast – z uwagi na coraz trudniejsze relacje z matką i jej konkubentem – z domu wyprowadziła się Aleksandra. Jest w tej historii jeszcze jedna ważna okoliczność: Mariusz zaczął opiekować się swoim młodszym o kilka lat kuzynem Krzysztofem, który nawet przez jakiś czas mieszkał z nim i Małgorzatą – opowiadała prof. Całkiewicz Wirtualnej Polsce.

Tragiczny w skutkach SMS

Mijały lata, a Mariusz postanowił zapewnić Małgorzacie i Wiktorii stabilną finansowo przyszłość. Uznał, że szansą na to jest Zbigniew. 5 kwietnia 2006 r. w nocy Zbigniew dostał SMS od Małgorzaty z prośbą o pilne spotkanie, by porozmawiać o ich sprawach życiowych. Zbigniew miał przyjść do mieszkania, które wynajmował dla żony. Tak wpadł w pułapkę: kiedy podjechał pod blok, zauważył samochód, w którym siedzieli Mariusz i jego kuzyn Krzysztof. Mężczyźni oznajmili, że Małgorzata została zatrzymana i trzeba pilnie jechać do niej na komisariat policji. Zbigniew, zaniepokojony o los żony, realizował posłusznie polecenia, które wydawali, a ostatecznie, już pod wpływem groźby, zgodził się pojechać do własnego domu, gdzie został zakneblowany i związany przez Mariusza i Krzysztofa. Groźbami próbowali wymusić na nim zgodę na rozwód z Małgorzatą, zrzeczenie się praw rodzicielskich wobec Wiktorii i podpisanie polisy na życie, opiewającej na dużą kwotę, bo aż 2 mln zł, której beneficjentką miała być Małgorzata. Mężczyzna nie chciał się na to zgodzić, ale oprawcy znęcali się nad nim i ostatecznie spełnił ich żądanie. Zadzwonił do agenta ubezpieczeniowego, który przyjechał do jego mieszkania jeszcze tego samego dnia. Niestety okazało się, że do skutecznego zawarcia takiej umowy potrzebny jest audyt finansowy i badania lekarskie Zbigniewa. Tak odzyskał wolność, ale tylko na kilka dni, bo został ponownie uprowadzony razem z córką Aleksandrą. Zostali uduszeni. Wszystko wydarzyć się miało w okolicach Pułtuska. Za motyw zbrodni śledczy i sądy przyjęły „skumulowanie się negatywnych emocji B. wobec patologicznego układu” między nim a małżeństwem D.

Z kolei 55-letni Henryk S., tancerz z klubu tanga, zginął, bo B. był zazdrosny i „odczuwał zagrożenie” z powodu wspólnych tańców ofiary z Małgorzatą D., a ponadto liczył na zdobycie jego pieniędzy. Zmusił on S. przed śmiercią do podania numerów PIN do kart bankomatowych oraz próbował wyłudzić od jego rodziny 50 tys. zł.

Ostatnią ofiarą Mariusza B. jest ks. Piotr S. Zginął, jak przyjęto w sądzie, z motywacji „odwetu za wykorzystanie seksualne”.

Biegli psychologowie stwierdzili u B. osobowość psychopatyczną, tendencję do kłamania, niskie poczucie winy i skłonność do narzucania innym swej woli. Według biegłych B. cechuje „ponadprzeciętna inteligencja”.

Wśród dowodów, które wskazywały jego sprawstwo, znalazły się m.in. billingi połączeń telefonicznych, zapisy monitoringu, zeznania przyjaciół i rodzin pokrzywdzonych, opinie biegłych z zakresu psychologii, a także opinia z dziedziny osmologii, która wykazała obecność zapachu B. w porzuconym przy ulicy samochodzie zamordowanego księdza.

Kilka przymiarek

Stołeczne sądy mierzyły się z tą sprawą kilkakrotnie. Mariusz B. w 2014 r., po poszlakowym procesie, został skazany na dożywocie przez Sąd Okręgowy w Warszawie, ale tamten wyrok został uchylony i przekazany do ponownego rozpoznania. Sąd apelacyjny dostrzegł, że w pierwszym procesie doszło do naruszenia prawa do obrony, bo obaj oskarżeni korzystali z jednego obrońcy w sytuacji konfliktu między nimi: R. w śledztwie obciążał B.

W ponownym procesie sąd okręgowy znów skazał mordercę na dożywocie. Składowi orzekającemu przewodniczył sędzia Igor Tuleya. – Mariusz B. nie dostrzega w ludzkim życiu żadnych wartości. Sąd mógł jedynie zdecydować o izolacji tego człowieka od społeczeństwa – mówił, uzasadniając ten wyrok. Obrońcy Mariusza B. znów odwołali się do sądu apelacyjnego, ale tym razem bez powodzenia i sprawa zawędrowała do Sądu Najwyższego, gdzie obrona wysłała kasację.

Ten badał ją od lutego tego roku. Zwykle – nawet na rozpoznanie wielowątkowej kasacji – wystarczy jedno, dwa posiedzenia. Tym razem SN robił to dłużej, bo do rozstrzygnięcia była pewna istotna kwestia – jak traktować grupę kluczowych dowodów winy sprawcy, co do której stawiano zarzut, że zostały wymuszone przez prowadzących śledztwo policjantów. Podczas przesłuchań w sądzie oskarżeni twierdzili, że byli bici i zmuszani do przyznania się – potem wszystko wycofali.

W pierwszym procesie oskarżający Mariusza B. prokurator Przemysław Nowak w ciekawy sposób podszedł do tej sprawy – wygłaszając mowę końcową (żądał dożywocia), oświadczył, że konstruując stan faktyczny, w ogóle nie bierze pod uwagę tych spornych protokołów przesłuchań, i swe żądanie oparł na pozostałych dowodach, a właściwie poszlakach – głównie billingach i śladach zapachowych. Sąd zaakceptował takie podejście do sprawy, ale kwestia prawidłowości tych dowodów powróciła w SN. Podnoszony przez obronę zarzut tortur i wymuszania zeznań badały sądy niższych instancji.

A Sąd Najwyższy – podkreślając, że w niższych instancjach rzetelnie ten zarzut rozpoznano – poszedł dalej. – Gdyby funkcjonariusze wymuszali określoną treść wyjaśnień, to niewątpliwie te wyjaśnienia byłyby znacznie bardziej spójne i nie zawierały tylu luk – mówił w uzasadnieniu orzeczenia SN Antoni Bojańczyk. Jak podkreślił, teza o stosowaniu tortur w celu wymuszenia określonych wyjaśnień jest „fałszywa i nieuprawniona” i znamienne, że taki zarzut pojawił się wiele czasu po rzekomych torturach – i wtedy oskarżeni wszystko sobie przypomnieli z fotograficzną dokładnością, co wydaje się niewiarygodne. Choć tyle już niewiarygodnych rzeczy wydarzyło się w tej mrocznej sprawie…