KURACJE I ZABAWY W ZDROJACH

0

Ostatni rok nie należał do łatwych. Coraz częściej konkurencją dla prawników był „mecenas Google”. Do tego nieustanne nowelizacje, spory wokół konstytucji, wymiaru sprawiedliwości i covid. Dla podreperowania skołatanych radcowskich nerwów zapraszam na wakacje do miejscowości uzdrowiskowych drugiej połowy XIX w. Proszę zabrać ze sobą koniecznie stroje balowe i nuty do gry na fortepianie. 

Agnieszka Lisak
radca prawny,
autorka prowadzi blog historyczno-obyczajowy www.lisak.net.pl/blog/

W omawianej tu epoce podróżowanie nie było zajęciem dla wymuskanych paniczyków i lubiących pachnieć dam, lecz dla prawdziwych herosów. Do peregrynacji nie zachęcał długi czas spędzany w zakurzonych powozach oraz opłakany stan karczm, w których trzeba było spać w drodze. W dawnych pamiętnikach zachowało się sporo opisów tego typu miejsc noclegowych. Maria Kietlińska tak oto wspominała jedną z żydowskich karczm:

„Wtłoczyliśmy się z powozem w wąską sień zajazdu na rynku, gdzie nam dano »wielką salę«… W »sali« nie było nic prócz starego, krzywego bilardu z potarganym, niegdyś zapewne zielonym, suknem. Przyniesiono dwa brudne stołki i siano na posłanie. […]. Leżąc wszyscy pokotem na ziemi […], usnęliśmy rychło. Obudziło mnie po chwili nie tylko głośne chrapanie kuzynki, lecz także jakieś mrowie, przebiegające po ciele. Zapaliwszy świecę, spostrzegłam z przerażeniem, że dopadło mnie czarne robactwo. Myślałam, że mrówki wypełzły spod brudnej podłogi. Były to – pchły! Takiego roju nie widziałam nigdy. Zerwałam się z posłania i zmieniwszy bieliznę, wlazłam na bilard, gdzie okrywszy się pledem, bez poduszki pod głową się położyłam”[1].

Z opisanych powyżej powodów w XIX w. podróżowanie dla samego zwiedzania uznawane było za rozrywkę osobliwą, a tym bardziej że stan większości miast pozostawiał wiele do życzenia. Jeżeli już, to wyjeżdżano z interesem, do rodziny z wizytą czy też na wakacje, aczkolwiek w konkretne miejsce. Latem chętnie udawano się do wód, tj. nad Bałtyk, a także do miejscowości uzdrowiskowych zwanych „badami” (od niemieckiego Baden-Baden). Można w nich było leczyć skołatane nerwy, „myśli cierpiące”, „zołzy otępiałe”, katary kiszek, „choroby narzędzi trawiennych” i inne niedomogi.

W drugiej połowie XIX w. dość powszechnie uprawiano „kampanię zdrojową”, wzywając do bojkotu „badów” niemieckich, a dokładnie pruskich. Polecano jednocześnie takie miejscowości jak: Ciechocinek, Busko, Rabka, Żegiestów, Krynica, Druskienniki… Dzięki przewodnikom po nich można odtworzyć ze szczegółami spokojne życie kuracjuszy. Szanujące się uzdrowisko powinno było mieć miejsca spacerowe takie jak parki i promenady. Jeszcze lepiej, gdy były wśród nich kryte deptaki dające możliwość paradowania w eleganckich strojach nawet podczas deszczu. W niektórych miejscowościach czuwano nad tym, by spokoju gości nie zakłócały osoby podejrzanej konduity.
W „Przewodniku dla podróżujących do wód szczawnickich” z 1859 r. czytamy, że oto żebrakom zabroniono wstępu do zakładu zdrojowego. W dodatku miejscowi „słudzy” powinni każdego takiego „przyaresztować i do urzędu miejscowego odstawić”[2]. Jednocześnie kuracjuszy przestrzegano przed dawaniem jałmużny, „albowiem to jest środek najpewniejszy przeciw ściąganiu podobnych włóczęgów”[3].

Kuracjuszom przygrywały orkiestry

Ku uciesze gości włodarze zatrudniali orkiestry, które w określonych porach przygrywały spacerującym. W przewodniku po Nałęczowie czytamy o orkiestrze złożonej z 20 muzykantów, grywającej w parku i na wieczorach tanecznych. Natomiast w 1883 r. chorym przybywającym do Krynicy grała od 15 czerwca codziennie orkiestra z Krakowa w pobliżu źródła od 7 do 9 rano i wieczorem od 17 do 19[4].

W omawianym tu okresie potrzeba słuchania muzyki była ogromna. Przygrywano chodzącym po parkach, jedzącym w restauracjach, jeżdżącym na łyżwach, a nawet… zażywającym zdrowotnych kąpieli. Józef Wawel-Louis wspomina, jak to w Cieplicach Trenczyńskich był basen z kamienną galerią, na której grywała muzyka[5].    

W XIX w. większość kobiet nie wyobrażała sobie życia bez fortepianu, który był wyznacznikiem przynależności do wyższych sfer i oznaką wysokiego wykształcenia. Trudno się więc dziwić, że w poradnikach dla kuracjuszy nieraz zamieszczano informacje, gdzie można taki wynająć.
W „Przewodniku dla chorych udających się do Krynicy” z 1883 r. informowano, że jeden fortepian do wynajęcia na godziny znajduje się w domu ogrodnika Titza, w hotelu warszawskim, a także w domu pod węgierską koroną i w Witoldówce[6]

Natomiast reklama zamieszczona na łamach „Zakopanego” z 1908 r. donosiła o możliwości wypożyczenia instrumentu do domu. Usługę taką świadczył Konrad Kaim z Krupówek. Kto nie chciał robić kłopotu właścicielowi willi wnoszeniem tak osobliwego sprzętu, mógł wynająć instrument na miejscu, co było możliwe w niektórych hotelach, księgarniach, a nawet w czytelni Towarzystwa Tatrzańskiego. Kazimierz Bartoszewicz podaje, że w tej ostatniej czytający gazety mogli wysłuchiwać, jak w pokoju obok „rozmaite panny i panienki walą gamy na fortepianie i drą gardła bez upamiętania”[7].

Reuniony do rana

W XIX w. nie mogło być mowy o udanym wypoczynku w uzdrowiskach bez możliwości udziału w balach. W rodzących się dopiero miejscowościach sale do tańczenia odbiegały wyglądem od tych w wielkich miastach. Nikomu to jednak nie przeszkadzało. Na przykład w Zakopanem w 1875 r. bawiono się w zwykłym drewnianym budynku (zwanym kasynem) u zbiegu Krupówek, ulic Kościeliskiej i Nowotarskiej. Jak wynika z relacji, organizowano tu regularne zabawy. Stanisław Estreicher, syn Stefanii, we wstępie do listów swojej matki pisze, że „co niedziela odbywały się przy blasku świeczek i nafty »reuniony« […] skupiające całą przybyłą inteligencję z Krakowa i Warszawy. Zabawa słynęła z wesołości, ale i wytworności, pomimo że młodzież tańczyła na podłodze ze zwykłych desek i w strojach codziennych”[8].

Następnie w 1882 r. kasyno przeniesiono do budynku Dworu Tatrzańskiego, gdzie przewidziano osobną salę balową. W Zakopanem prasa regularnie donosiła o „ochoczości zabawy”, strojach, skandalach, co świadczy o tym, jak ważne było to wydarzenie w życiu społeczeństwa. „Kurier Zakopiański” z 1892 r. informował, że „reuniony” odbywają się co niedziela o godzinie 20. By nie zniechęcać gości wygórowaną etykietą, zaznaczano, że zalecane są stroje spacerowe. W kolejnym numerze tego samego pisma można przeczytać, że niedzielny „reunion w sali kasynowej wypadł nadspodziewanie dobrze. Do kadryla stanęło przeszło 70 par, a kotylion, który po raz pierwszy tego roku wprowadzono, trwał przez dwie godziny. Zabawa skończyła się około godziny 3 z rana”.

W niejednym piśmie wydawanym w miejscowościach uzdrowiskowych publikowano tzw. listy gości. Dzięki temu wiadomo było, kto już przybył (czasem też podawano miejsce pobytu dla lepszego odnalezienia osoby). Dzięki nim możemy zauważyć, że część kuracjuszy przyjeżdżała z własną służącą. Poniżej lista gości publikowana na łamach „Zdrojowisk. Tygodnika kąpielowego” z 1873 r., nr 3.


[1] M. Kietlińska, Wspomnienia, Kraków 1986, s. 231, 232.

[2] J. Szalaj, Przewodnik dla podróżujących do wód szczawnickich, Kraków 1859, s. 17.

[3] Ibidem, s. 18.

[4] B. Skórczewski, Przewodnik dla chorych udających się do Krynicy, Kraków 1883, s. 43.

[5] Pamiętniki krakowskiej rodziny Louisów, Kraków 1962, s. 91.

[6] B. Skórczewski, op. cit., s. 44.

[7] K. Bartoszewicz, Trzy dni w Zakopanem, „Ananas. Kalendarz humorystyczny […] na 1891 rok”, s. 32.

[8] S. Estreicher, Zakopane przed pięćdziesięciu laty. Z listów Stefanii Estreicherowej z lat 1879–1881, [b.r., b.m.].