WARTO SIĘ ŚCIGAĆ

0

Rozmowa z Krzysztofem Rąpałą, radcą prawnym i kolarzem.

Krzysztof Rąpała
Radca prawny prowadzący kancelarię w Warszawie. Z pochodzenia krakowianin. Specjalizuje się w obsłudze przedsiębiorców, transakcji M&A oraz venture capital. Członek reprezentacji Polski radców prawnych w piłce nożnej, ale przede wszystkim zapalony kolarz amator.

Oglądałem kilka zdjęć z pana udziałem w trakcie kolarskiego finiszu. To amatorski sport czy zawodowy? Bo nie widzę tu żadnej różnicy…

Mówiąc żartobliwie: w odróżnieniu od zawodowców nam po prostu za ściganie nie płacą. Dobry kolarz amator wykręca rocznie od 15 do 25 tys. kilometrów. W sumie przez mniej więcej miesiąc w roku… siedzimy na siodełku. Generalnie poziom amatorskiego kolarstwa w Polsce jest bardzo wysoki. W szczególności na Mazowszu, w Wielkopolsce i na Dolnym Śląsku.

Rower od zawsze? Był pan zawodnikiem?

Nie. Zacząłem od pływania. Trenowałem w tej samej znakomitej krakowskiej szkole, w której pływała Otylia Jędrzejczak. Było też judo, gdzie na pierwszy trening zaprowadził mnie mój tato. Miałem wtedy osiem lat. Piękne czasy, ale w wieku 17 lat przytrafiła mi się kontuzja i już nigdy po niej nie wróciłem na wcześniejszy poziom. A w wieku kadeta czy juniora młodszego aspirowałem do kadry narodowej swojej kategorii wiekowej. Cóż, biłem się nadal w zawodach akademickich, zrobiłem na krakowskim AWF-ie uprawnienia instruktora judo, a także pływania. A na początku studiów zacząłem także grać w piłkę na B- i C-klasowych boiskach wokół Krakowa. Boiskach, czyli wygładzonych nieco kartofliskach. Gram też w piłkarskiej drużynie OIRP w Krakowie, przede wszystkim na halowych mistrzostwach Polski w Kielcach, dzięki którym mam wiele sportowych wspomnień.

Ale trafił pan z B-klasy na mistrzostwa świata i Europy…

…ale to już jako członek reprezentacji Polski radców prawnych. Można powiedzieć, że strzeliłem dla Polski ostatnią bramkę przeciwko Brazylii na mistrzostwach świata. A działo się to w 2014 r. w Budapeszcie w meczu 1/8 finału Mistrzostw Świata Prawników w Piłkę Nożną. Zagrałem jeszcze na mistrzostwach Europy w Słowenii w 2017 r. i następnie w Irlandii w 2019 r. W Irlandii zajęliśmy najlepsze dotychczas, trzecie miejsce, pokonując w decydującym meczu Włochów. Piłka to wspaniała gra, ale kontuzjogenna. Zaczęło się od zerwania ścięgna Achillesa w Kielcach w 2012 r., a potem przyszły kolejno łąkotki i więzadło krzyżowe w lewym kolanie.

Nieźle. I co, groziła sportowa emerytura?

Właściwie to już na niej jedną nogą – nie wiem, czy tą zdrową, czy chorą – byłem. Próbowałem się rehabilitować, ale jakoś słabo to szło. Mój brat, który uprawiał kolarstwo górskie, zaproponował, abym sobie kupił rower. To miało mieć działanie rehabilitacyjne, odbudowanie mięśni i zrzucenie kilku zbędnych kilogramów. Ale ja nie lubiłem „górali”… aż kiedyś przypadkiem znalazłem się w sklepie z rowerami i obejrzałem rowery szosowe. To było coś. Wkrótce ściągnąłem sobie z Niemiec taki półprofesjonalny bicykl i długo nie mogłem wyjść z podziwu dla siebie, że zapłaciłem za niego tak kosmiczną – w mojej ocenie jak za rower – cenę: 5 tys. zł.

Zatrzymajmy się tu na chwilę. Dziś ma pan rower za…?

Kilkadziesiąt tysięcy złotych, a jego rama jest taka sama jak mistrza świata Madsa Pedersena. To pokazuje, jak amatorzy gonią kolarską zawodową czołówkę, nie tylko pod względem treningu, lecz także pod względem sprzętowym. To trochę żart, ale nie do końca. W pierwszym roku przejechałem na rowerze 1,5 tys. km, w kolejnym dorzuciłem 2,5 tys. Tyle co nic, ale wystarczyło na odbudowanie mięśni na tyle, że po rekonstrukcji więzadła krzyżowego po tygodniu byłem w pełni sprawny, podczas gdy przeciętnie zajmuje to około dwóch miesięcy. No i zacząłem jeździć więcej.

Coraz więcej?

Tak. Moja kancelaria z roku na rok prosperowała coraz lepiej, cały czas powiększałem zespół, który aktualnie liczy kilkanaście osób. Okupiłem to tytaniczną pracą w latach poprzednich, ale w końcu uznałem, że mogę więcej czasu poświęcić sobie. Kupiłem lepszy rower. A potem jeszcze lepszy, potem pomiar mocy, lepsze koła itd. Bo dziś kolarstwo, też amatorskie – to są przede wszystkim liczby.

Liczby? Myślałem, że raczej kręta wstążka asfaltu wokół żółtych łanów zbóż.

Jest oczywiście i ten romantyzm, ale o sukcesie decyduje to, ile kto ma mocy pod nogą… mierzonej w watach. Zacząłem mocniej jeździć. Gonić innych, choć bardzo chciałem, aby oni gonili mnie. Była motywacja. Do tego odpowiednia dieta. Przyspieszałem, choć pojawiła się jeszcze jedna opcja.

Jaka?

Triathlon. Skoro dobrze pływałem i jeździłem na rowerze, to brakowało właściwie jeszcze treningu biegowego. No i zacząłem biegać, choć nie lubię długich dystansów, a w liceum biegałem co najwyżej sprinty na popularnych kiedyś czwartkach lekkoatletycznych. Wystartowałem w końcu w zawodach. Po pływaniu i jeździe rowerem byłem w czołówce. W biegu spadałem coraz dalej. Mój trener powiedział, że kosztem roweru muszę zacząć więcej biegać. To jednak nie było dla mnie. Zostałem przy kolarstwie, choć pierwszy start profesjonalny w zawodach kolarskich zaliczyłem jeszcze przed „rozwodem” z triathlonem. W Gdyni na około 600 uczestników byłem 48, co było może nie do końca satysfakcjonujące, ale bardzo obiecujące. Startowałem też w słynnym memoriale Królaka. Pętla na warszawskiej starówce, ulicą Bednarską do góry, ulicą Karową w dół. To piękny wyścig, w pełnym sierpniowym słońcu z tłumem kibiców na Krakowskim Przedmieściu. Walczyłem. Potem były zawody zorganizowane przez Tomka Marczyńskiego z zawodowej grupy Lotto Soudal, mistrza Polski zarówno z wyścigu ze startu wspólnego, jak i w czasówce. Ściągaliśmy się w Niepołomicach, a ja przecież jestem krakusem. Tam zająłem w klasyfikacji generalnej czwarte miejsce, a w swojej kategorii wiekowej wskoczyłem na najniższy stopień podium. Inni zaczęli więc gonić mnie… Ten wyścig zakończyłem zresztą spektakularną kraksą na linii mety, którą minąłem na plecach, szlifując asfalt. Kolarstwo to wbrew pozorom bardzo kontaktowy sport. Ale potem przyszedł covid.

Kolarzy też dogonił?

Nie do końca. Trenowałem wśród pól, a patrolujący okolice policjanci mnie chętnie pozdrawiali. Od kogo mogłem zarazić się w trakcie samotnego treningu? Od zająców czy bażantów? Ale na wyścigi musiałem poczekać. Pierwszy, w czerwcu zeszłego roku w Modlinie, to był Puchar Marszałka Województwa Mazowieckiego. Dwa kryteria po około 60 kilometrów i w klasyfikacji generalnej zająłem trzecie miejsce. To mnie jeszcze bardziej zmotywowało do dalszego treningu. Później startowałem w wielu wyścigach organizowanych przez niezwykle prężnie działające Żyrardowskie Towarzystwo Cyklistów. Poprawiłem miejsce w kolejnym memoriale Królaka. Wystartowałem też w kolejnym wyścigu w Niepołomicach, ale wziąłem udział w kraksie, czego efektem było dalsze miejsce. Bo kolarstwo bardzo uczy pokory. Na płaskich wyścigach nie zawsze musi wygrać najlepszy. Często wygrywa najmniej zmęczony, sprytny i… też mający trochę szczęścia. Ta prawda zazwyczaj nie dotyczy wyścigów górskich. Tam wygrywa ten, kto ma najwięcej siły w bezpośredniej walce z grawitacją.

Czym jest dla pana kolarstwo?

Pasją. Pozwoliło mi się, mówiąc kolokwialnie, ogarnąć po tych wszystkich kontuzjach. Kolarstwo uczy systematyczności i co jest bardzo ważne w życiu każdego, a już radcy prawnego w szczególności, dobrej organizacji. Mam też w genach nutkę rywalizacji i ściganie wypełnia to pragnienie. Chcę przede wszystkim poprawiać swój poziom sportowy, a z czasem zacząć wygrywać. W przyszłości wybieram się na mistrzostwa świata amatorów. I choć wiem, że nie wygram, bo tam startują też byli zawodowi kolarze, to pojadę wszystko, na co nogi pozwolą, i miejsce w czołowej dwudziestce będzie dla mnie prawdziwą frajdą.

Co jest jeszcze potrzebne oprócz roweru i miłości do niego, by zaliczać kolejne etapy?

Wsparcie bliskich, którzy zaakceptują ten sposób życia i niezliczone godziny treningowe. Kobiety kolarzy nie mają łatwego życia. Ale moja narzeczona akceptuje moją pasję i ją wspiera, dopingując mnie nierzadko na wyścigach. Bardzo to doceniam. Niech pan to napisze grubymi literami. Także mój tato zawsze mnie wspierał w moich sportowych poczynaniach. I tak jest do dziś. Potrafi przejechać pół Polski, żeby obserwować moje kolarskie zmagania, zazwyczaj przez kilkadziesiąt sekund, bo amatorski peleton pędzi grubo powyżej 40 km/h.

Co dalej?

Wezmę udział ze znajomymi w maratonie kolarskim, ok. 250 km wokół Warszawy. Potem mistrzostwa Polski na legendarnej trasie w Sobótce. Chcę powalczyć. Kolarstwo to sposób na życie. Piękny sposób.

Rozmawiał Krzysztof Mering