PRZYJEMNA DROGA DO ZAWODU PRAWNIKA W XVIII W.

0

Łza kręci się w oku na myśl o tych czasach, gdy profesjonalnym prawnikiem można było zostać bez uczenia się na pamięć kodeksów i zdawania arcytrudnych egzaminów. A przy zdobywaniu kwalifikacji równie ważna jak bystrość umysłu była tężyzna fizyczna, która pomagała biegać po pietruszkę czy trzewiki dla „imć pani patronowej” i to bynajmniej nie w przenośni.

Agnieszka Lisak

radca prawny, autorka prowadzi blog historyczno-obyczajowy www.lisak.net.pl/blog/

Fot. Archiwum A. Lisak

Ewa Felińska (1793–1859) opisuje sposób dochodzenia do zawodu prawnika jej ojca, co miało miejsce z końcem XVIII w. Jak wspomina, zapewne trochę przesadzając, w tym okresie były tylko dwie ścieżki kariery dla młodzieży szlacheckiej, opierające się jedynie na zdolnościach osobistych, tj. dwory magnatów i palestra. Te pierwsze były niejako szkołą przygotowującą do życia obywatelskiego, w której młodzi zdobywali umiejętność obycia w świecie. Autorka dalej pisze, że po rodzinnych naradach postanowiono, że syn zostanie oddany do palestry. Umieszczono go więc w charakterze dependenta (tj. praktykanta) u pewnego adwokata z Nowogródka. „Tam zaczął uczyć się prawa, nie z książek, jak uczą dzisiaj, ale praktycznie. Młody dependent był obowiązany spełniać ściśle rozkazy mecenasa, któremu był powierzony, nosić za nim tekę z papierami, kiedy ten szedł na sądy, przepisywać pozwy, repliki, dekrety, manifesty dla obznajomienia się z formułą i prawem, a gdy się przygotował tą wstępną nauką, kształcił się do reszty, przysłuchując się głosom sławniejszych adwokatów, gdy ci wywodzili lub bronili sprawy, i tym sposobem, jeżeli osobiste zdolności były po temu, młody prawnik wstępował w ślady mistrzów, a czasem ich przechodził”[1].   

Nogi nieleniwe do wszelkich usług

Jeszcze dokładniejszy obraz zajęć adwokackich praktykantów znajdujemy w „Opisie obyczajów za panowania Augusta III”, skreślonym ręką Jędrzeja Kitowicza. Jak wspomina autor, zwano ich drwiąco „torbiferami”, jako że „dokumenta i księgi prawne za swymi pryncypałami nosili na sądy w torbach płóciennych”. Ich obowiązkiem było „przepisywać na czysto instancye”, przeglądać rejestry, tak aby wiedzieć, jak daleko posunięte są sprawy, prowadzone przez „pryncypałów”. A oprócz tego, będąc dependentem, należało mieć „nogi nieleniwe do wszelkich usług i poselstw imć pana patrona i imć pani patronowej”, tak aby biegać czasem nawet „po pietruszkę na rynek albo do szewca po trzewiki”. Do takich jednak usług wykorzystywani byli tylko nowicjusze i ci, którzy mieli „stancyę i stół” u swojego patrona, wspominał dalej J. Kitowicz[2].

Niezbyt wysoki poziom edukacji rodził w społeczeństwie narzekania na stan palestry, które szły w parze z narzekaniami na poziom sądownictwa i stanu legislacji (w szczególności w XVIII w.). W 1791 r. odwiedził Warszawę Niemiec Fryderyk Schulz. Pokłosiem tej peregrynacji był opis stosunków społecznych panujących w naszym kraju, w tym tych dotyczących wymiaru sprawiedliwości. Jak pisał F. Schulz, „ogólnego praw zbioru nie ma, a konstytucje i rozporządzenia często są z sobą sprzeczne. A jest ich tak wiele, że przy najpilniejszym badaniu przejrzeć ich niepodobna wszystkich i pojąć właściwe im znaczenie”. Nauka dająca możliwość wykonywania zawodu adwokata „jest rzemiosłem, a oni sami stanowią rodzaj cechu. Młody człowiek, który adwokatem zostać pragnie, uczy się pisania i łaciny w szkołach zwyczajnych. Gdy dojdzie do pewnej wprawy, stara się umieścić u którego z adwokatów, który go bez opłaty za naukę nie przyjmie. Służy mu tedy za ucznia, co się zowie być praktykantem, […] zszywa akty i nosi je za nim do sądów; następnie niby rodzajem czeladnika zostaje […]. W tym stopniu podaje już na posiedzeniach sądowych papiery pryncypałowi, wypracowuje łatwiejsze rzeczy, uczy się szykany, drobnych sztuczek i użycia dwuznacznych wyrażeń. Postępuje potem na starszego pomocnika […], adwokat powierza mu ważniejsze opracowania i wtajemnicza go w nowe formy, które nie do prawa, ale do praktyki sądowej w Polsce należą. Tych on w części się uczy, po części je odgadywać i domyślać się ich musi. Kilka lat jeszcze w tych obowiązkach pobywszy, już się wszystkiego, czego wymaga powołanie, nauczył i może pracować na własnym warsztacie. O wyższej szkole prawnej ani się myśli. Dlatego cała umiejętność tutejszych prawników zawisła na mechanicznej znajomości starych i nowych konstytucji, na sztuczce wykładania ich, naciągania i unieważniania, w zręczności zastosowania podchwytliwych i dwuznacznych konkluzji”[3]. 

Umiarkowanie na duchu i spokój w języku

Ciekawym dokumentem rzucającym obraz na obowiązki dependentów (praktykantów) jest ordynacja sądu ziemskiego sanockiego z 1765 r. Zalecała ona, by ci starali się zachować „umiarkowanie na duchu”, „spokój w języku” i „wstydliwość na twarzy”. We wszystkich uczynkach mieli być świadomi obecności Boga, mecenasów zaś jako rodziców i mistrzów mieć w poważaniu i pełnej czci. Należało ich słuchać i w ogóle odznaczać się wzorowym trybem życia. Mieli być obecni na rokach sądowych, by czerpać pożyteczną dla siebie i Rzeczpospolitej wiedzę, tak jak pszczoły z kwiatów miód zbierają[4].

Z tym „umiarkowaniem na duchu”, „spokojem w języku” i „wstydliwością na twarzy” bywało różnie. J. Kitowicz podaje, że palestra zgromadzona przy trybunale koronnym opatrzona w przywileje nieraz stawała się utrapieniem sędziów i marszałka. Jak to w czasach szlacheckich bywało, powodem zwad była najczęściej kwestia urażonego honoru. A im kto był młodszy, tym bardziej go pielęgnował, nie pozwalając na despekt. Z tego też powodu „nieraz między palestrą i garnizonem trybunałowi asystującym bywały potyczki do krwi rozlania i zabójstwa; a po skończonej kłótni”, gdy z każdej strony równa była wina, następowała zgoda i trwała dopóty, „póki do nowego rozruchu nie podała się nowa okazja”[5]

Jak znaleźć dobrego adwokata

W 1843 r. wydany został poradnik dla kobiet Karoliny Nakwaskiej pt. „Dwór wiejski”. Znajdujemy w nim ciekawy fragment, w którym autorka poucza, jak znaleźć dobrego adwokata.

Nim weźmiesz adwokata, równie jak lekarza, dobrze wprzód badaj o jego charakterze, uczciwości i zdatności. Nie bierz zbyt wielkich panów, bo ci nie będą dbali o twe interesy. Chroń się leniwego, który równie jak przewrotny, mógłby cię opieszałością wyzuć ze wszystkiego. Przyzwyczaj obrońcę sądowego (jeżeli sama majątkiem rządzisz), aby ci zdawał sprawę z podjętych czynności dla twego dobra. Nie bądź machiną w tym, co cię tak blisko dotyczy. U nas w niektórych okolicach częstokroć adwokaci nawykli samowładnie działać, nie przypuszczając do znajomości czynionych zabiegów klientów swoich. Tę przywarę nadała im gnuśność nasza… adwokat właściwie powinien być wykonywaczem myśli twoich i chęci, do których przystosowywać tylko ma formy prawa i dodawać zabiegi swoje. Pomnij też, że gdyby niesłuszność jaką w imieniu twoim popełnił, nie na niego wina spadnie, ale na ciebie. W interesach radź się nadto przyjaciół słusznych, uczciwych, doświadczonych, i tak dopiero za ich zdaniem prowadź sprawy […].


[1] E. Felińska, Pamiętniki z życia Ewy Felińskiej, Wilno 1856, s. 19‒21.

[2]I. Lewin, Palestra w dawnej Polsce, [w:] „Pamiętnik Historyczno-Prawny” 1936, t. 13, z. 1., s. 20.

[3]F. Schulz, Podróże Inflantczyka, Warszawa 1956, s. 237, 238.

[4] I. Lewin, Palestra w dawnej Polsce, [w:] „Pamiętnik Historyczno-Prawny” 1936,
t. 13, z. 1., s. 23, 24.

[5] J. Kitowicz, Opis obyczajów za panowania Augusta III, Warszawa 1985, s. 109, 110.