Gdy radca prawny jest sędzią

0

Rozmowa z Krzysztofem Bąkiem, radcą prawnym, sędzią piłki ręcznej.

Krzysztof Bąk

Radca prawny prowadzący kancelarię w Zielonej Górze. Specjalizuje się w obsłudze prawnej jednostek samorządu terytorialnego, organów administracji i przedsiębiorców. Od 2003 roku sędzia związkowy Związku Piłki Ręcznej w Polsce. Członek Komisji Dyscyplinarnej działającej przy Związku Piłki Ręcznej w Polsce.

Pierwsze pytanie wydaje się oczywiste. Jak to się stało, że został pan sędzią piłki ręcznej?

Moja przygoda z sędziowaniem zaczęła się w 1999 r., czyli – można powiedzieć – u schyłku ubiegłego wieku. Wówczas powstał Lubuski Związek Piłki Ręcznej i brakowało sędziów. Zostały zorganizowane kursy. Jako 17-letni wtedy chłopak, nie widząc swojej wielkiej przyszłości w graniu w piłkę ręczną – a grałem od 11. roku życia – szukałem innego sposobu pozostania w tej dyscyplinie sportu, która mnie bardzo interesowała i którą bardzo lubiłem. Dlatego zdecydowałem się na kurs sędziowski. Uprawnienia sędziego kandydata uzyskałem w 1999 r. Okazało się, że pierwsze próby sędziowskie zostały dostrzeżone i dlatego w 2003 r. zostaliśmy wysłani na egzamin na sędziego związkowego. A więc takiego, który może już sędziować zawody stopnia centralnego, w tym zawody drugoligowe. Po trzech latach awansowaliśmy do pierwszej ligi, a po kolejnych trzech do superligi.

Awansowaliśmy. To znaczy awansował pan i…

W piłce ręcznej sędziuje się we dwójkę i są to stałe pary. Dlatego awansowaliśmy razem – mój partner sędziowski Kamil Ciesielski i ja.

Czy piłka ręczna się zmienia?

Zmienia się z roku na rok. Staje się sportem coraz szybszym i bardziej widowiskowym. Proszę obejrzeć na YouTube choćby mecze z lat 80. czy 90. To był sport dużo bardziej statyczny, wolniejszy, spokojniejszy można powiedzieć. Dziś trendy szkoleniowe, a także idące za nimi trendy sędziowskie, preferują piłkę coraz szybszą, bardziej widowiskową. Sędziowie mają nie utrudniać, pozwalać grać i ingerować tylko w newralgicznych sytuacjach. Gra ma być płynna i atrakcyjna. Zwłaszcza dla widzów telewizyjnych, którzy takie zawody lubią najbardziej. Trzeba zauważyć, że piłka ręczna mocno zaistniała w przekazach telewizyjnych, co dużo daje dla rozwoju tej dyscypliny sportowej, ale z drugiej strony telewizja ma swoje potrzeby: wymaga płynności i dynamiki.

Wiadomo, że piłka ręczna jest bardzo kontaktowym sportem. Ale czy jej przyspieszenie sprawiło, że stała się bardziej brutalna niż przed laty?

To jest twarda gra. Ale musimy odróżnić twardość od brutalnych zachowań. To, że zawodnicy się zderzają, że trzeszczą kości, jest wpisane w ten sport. Jest takie powiedzenie, że z „grzecznego” zawodnika dobrego piłkarza ręcznego nie będzie. Natomiast zadaniem nas, sędziów, jest wyeliminować wszystkie zachowania brutalne. Szczególnie te dotyczące ataków z tyłu, ataków na głowę, twarz i szyję. Zachowań, które mogą zagrażać zdrowiu albo życiu. Tu bezkompromisowość sędziowska musi być przesunięta aż do granic. Wszystkie brutalne zagrania muszą być wyeliminowane.

Szczególnie brutalne zagrania to…

…na przykład faul w momencie wyskoku zawodnika lub zawodniczki. Jest on w tym momencie w powietrzu
i pchnięcie go, pociągnięcie za koszulkę czy za nogę powoduje, że dochodzi do sytuacji, która zagraża zdrowiu lub nawet życiu zawodnika. Takie zagranie musi być ukarane czerwoną kartką lub nawet, stosowaną relatywnie od niedawna, niebieską, która oznacza odsunięcie zawodnika na kolejne, przynajmniej dwa, mecze.

To chyba rzadka sytuacja.

Owszem, ale zdarza się.

Jacy są kibice piłki ręcznej?

Wspaniali, kochają ten sport, są fanatyczni, bywają szowinistyczni, chcą wygrać. Kibice najlepiej się na tym sporcie znają, wiedzą o nim wszystko, podobnie jak o sędziach. Zdarza się, że dużo się „dowiem” o sobie w czasie spotkania, ale… kibic ma swoje prawa, chce, aby sędziować tak, aby jego zespół wygrał. Popatrzmy na największe ośrodki piłki ręcznej w Polsce, jak Kielce czy Płock, ale też mniejsze, w których kibice są bardzo oddani swoim zespołom. Tak jak w Zielonej Górze kibicujemy żużlowcom, tak w Kielcach czy innych miastach oczkiem w głowie kibiców są piłkarze ręczni.

Czy sędziuje pan także mecze kobiet?

Tak, razem z moim partnerem sędziowskim mamy uprawnienia do sędziowania PGNiG Superligi. Jako ciekawostkę można powiedzieć, że kobiety grają nieco mniejszą piłką niż mężczyźni.

Najbardziej dramatyczna sytuacja w pana karierze sędziowskiej?

Tych sytuacji było sporo przez te wszystkie lata, ale myślę teraz o meczu finałowym PGNiG Superligi między drużynami z Płocka i Kielc. W pewnym momencie, po faulu i nałożonej przez nas karze, sytuacja tak się zaogniła, że wszyscy zawodnicy stali na środku boiska i starali się – mówiąc eufemistycznie – wyjaśnić sobie wszystkie wątpliwości. Powstał też konflikt między trenerami, który musieliśmy rozwiązać przy pomocy czerwonych kartek.
A była to dopiero 7. minuta meczu. Pozostały więc jeszcze 53 minuty do sędziowania, z których… nic nie pamiętam. Ale mecz doprowadziliśmy do końca.

Liczył pan sędziowane przez siebie mecze?

To ponad 200 meczów w superlidze, na szczeblu centralnym około 600, wliczając inne ligi ponad 1 tys. Udało się nam pięciokrotnie sędziować finał mistrzostw Polski. Było też siedem meczów o brązowy medal. Ponadto sześć turniejów finałowych Pucharu Polski i w tym posędziowaliśmy trzy ścisłe finały.

A spotkania międzynarodowe?

Niestety nie udało nam się uzyskać uprawnień sędziów międzynarodowych. Gdy mieliśmy po 32 lata, powiedziano nam, że jesteśmy za starzy. Zapewne wynikało to ze zmiany koncepcji sędziowania w międzynarodowej federacji. Zawodnicy byli coraz bardziej atletyczni, a mecze sędziowali panowie z brzuszkami. Wizerunkowo nie wyglądało to najlepiej i dlatego postawiono na młodych sędziów. Potem to się znów zmieniło, ale w tym czasie, kiedy my mogliśmy się starać o międzynarodowe uprawnienia, górą byli młodzi. Nie zdążyliśmy więc wsiąść do tego sędziowskiego pociągu. Ale uczestniczyliśmy w bardzo interesującej wymianie i sędziowaliśmy mecze w lidze hiszpańskiej. Między innymi w Barcelonie. Tam to kibice są żywiołowi!

Rozumiem, że do sędziowania się nie dopłaca…

Mam w życiu to szczęście, że płacą mi za moje hobby. Nie dość że dla mnie to wielka przyjemność, to oczywiście otrzymujemy ryczałty sędziowskie za mecze. Dla mnie połączenie idealne.

Sędziowanie, praca zawodowa, rodzina… Da się to wszystko pogodzić?

Wymaga to wielkiego poświęcenia ze strony mojej żony Pauliny, za które nieustannie dziękuję. Bywa ciężko,
w weekendy są rozgrywki, w domu dwie dziewczynki, żona robi kurs MBA. Nie jest łatwo, ale daje się pogodzić.
W ciągu siedmiu lat wykonywania zawodu radcy prawnego tylko raz miałem kolizję z pracą zawodową – a obsługuję od strony prawnej samorządy i administrację – i musiałem się podratować substytucją. Sędziowanie zawodów piłki ręcznej jest pasją weekendową, ale w czasie tygodnia wymaga… dbania o kondycję.

Biega pan?

Biegam oraz ćwiczę elementy kick boxingu. Trzeba być w formie, żeby nadążyć za coraz to szybszymi zawodnikami i zawodniczkami.

Pana ulubiona drużyna piłki ręcznej?

Żużlowy zespół zielonogórskiego Falubazu…

Rozmawiał Krzysztof Mering