Nie będzie już sygnału z centrali

0

Każde życie jest warte tyle samo. To dlatego sądy mają tak trudno, gdy przychodzi im sądzić zabójcę kogoś znanego i szanowanego. Ale nawet wtedy wyrok wcale nie musi być najsurowszy z możliwych. Musi być sprawiedliwy.

Wojciech Tumidalski

zastępca kierownika działu Prawo w dzienniku „Rzeczpospolita”

Fot. Ernest Rębisz

Jaka byłaby polska muzyka rockowa bez Roberta Brylewskiego? On, czyli Afa, Goldroker, Max, Stan Gudeyko i wiele jeszcze innych doraźnych pseudonimów artystycznych, to ‒ można powiedzieć ‒ ojciec współzałożyciel polskiej sceny punkowej i reggae. Sztuka była mu bliska od dzieciństwa, które spędził w Koszęcinie – mateczniku Zespołu Pieśni i Tańca „Śląsk”, bo był dzieckiem członków tego zespołu. Ale dorastał w Warszawie. Chodził do liceum im. Mikołaja Reja, gdzie w równoległej klasie uczył się Kazik Staszewski.

Ojciec współzałożyciel

I musiało to wpłynąć na jego drogę życiową, bo związał ją ze sztuką i muzyką. Zostawił trwały ślad na kontrkulturze ludzi młodych, szczególnie w latach 80. i 90. minionego stulecia. Płyty punkowego zespołu Kryzys – sama nazwa w okolicach stanu wojennego zakrawała na prowokację, nie mówiąc o Brygadzie Kryzys – są słuchane i odkrywane do dziś. Polskie reggae bez zespołu Izrael nie byłoby tak silnym nurtem, a siła przekazu Armii także obecnie oddziałuje na słuchaczy. Te zespoły miały swoich liderów – Tomasz „Franz” Lipiński, Tomasz Budzyński, ale ich motorem napędowym bez wątpienia był Brylewski – wokalista, gitarzysta, kompozytor, autor tekstów i oprawy wizualnej. Jego pomysły muzyczne, niebanalne teksty i koncepcje producenckie (bo był też producentem wielu płyt) wyprzedzały epokę. Nie mówiąc o charakterystycznych okładkach płyt, grafikach i kolażach.

Jaki był dla ludzi? To pytanie często pojawia się, gdy myślimy o osobach znanych, które widzimy na scenie, a prywatne życie to już co innego. Robert Brylewski ludzi lubił. Widział ich uwikłanych w system, o czym traktowało wiele jego piosenek. Widział też nadprzyrodzone moce, które nimi kierują. Mieszkał opodal Pałacu Kultury i Nauki, którego energię muzyk osobiście odczuwał – co widać w rozlicznych rysunkach i innych przejawach twórczości. Jednak przede wszystkim niósł przesłanie pokoju, braterstwa ludzi, śpiewał o uniwersalnych dla świata wartościach – pokoju, współpracy, poszanowaniu natury. Angażował się w inicjatywy antyrasistowskie. Ostatnim mocnym akcentem jego twórczości był jego występ w grudniu 2016 r. podczas koncertu w Stoczni Gdańskiej upamiętniającego ofiary stanu wojennego. Brylewski wystąpił na scenie z zespołami Kryzys i Izrael i w kulminacyjnym punkcie koncertu rozpiął swą kurtkę, pod którą miał koszulkę z wizerunkiem Lecha Wałęsy, którego nazwisko ze wszystkich sił organizatorzy koncertu próbowali przemilczeć. – Jestem tutaj z nim! – śpiewał Brylewski, a oglądający go z loży honorowej oficjele mieli nietęgie miny. Wszystko transmitowała telewizja publiczna. Tego chyba nie przewidziano.

Śmierć przez pomyłkę

Ostatnie, jak się okazało, lata jego życia nie były wesołe, bo dało znać o sobie zdrowie. W 2012 r. został też dziadkiem i z upodobaniem realizował się w tej roli – choć nie było łatwo. Mała Rozalka urodziła się z wadą serca i trzeba było zbierać pieniądze na operację. W akcję zaangażowało się wielu znanych muzyków.

Zmarł w wieku 57 lat. 28 stycznia 2018 r. został pobity w kamienicy przy ul. Targowej w Warszawie. Był tam z synem swej partnerki. W nocy ktoś zaczął się agresywnie dobijać do drzwi. Brylewski mu otworzył, a napastnik, ujrzawszy go, zaczął go bić i kopać. Dlaczego to zrobił? Z powodu tragicznej pomyłki. Jak twierdził, był przekonany, że w mieszkaniu jest jego matka, która woła go na pomoc. Faktycznie to mieszkanie przed laty należało do matki Tomasza J. Alkohol, a prawdopodobnie też inne środki, które napastnik zażył tej nocy, zapewne wpłynęły na postrzeganie przez niego rzeczywistości tamtego dnia. Pobity ciężko muzyk zdołał się przedostać do pobliskiego sklepu, ale tam stracił przytomność. Odwieziono go do szpitala. Opuścił go, ale musiał wrócić, gdy jego stan się znów pogorszył. Był długo w śpiączce. Aż 3 czerwca 2018 r. na stronie grupy Kryzys na Facebooku ukazała się tragiczna informacja: „Z wielkim żalem powiadamiamy, że dziś rano, po kilkutygodniowej śpiączce, spowodowanej ciężkim urazem zmarł Robert Brylewski. Nasz tata, partner, syn, dziadek, przyjaciel, dowódca naszych międzygalaktycznych i muzycznych podróży”. Taki był ich kres.

Prokuratura prowadziła śledztwo. Ważyła się sprawa kwalifikacji prawnej – zabójstwo czy śmiertelne pobicie? – Myślałem, że mojej mamie coś się dzieje – przekonywał podejrzany, choć podczas tego samego przesłuchania przyznał, że jego matka nie mieszkała na Targowej „od ponad roku”. Próbował wyjaśnić swoje zachowanie: Nie wiem, czy ktoś mnie wołał, czy to były moje urojenia. Przeplatały mi się różne świadomości. Ja byłem przekonany, że napastnicy dostali się do mieszkania moich rodziców, dlatego panicznie dobijałem się do mieszkania. Po jakimś czasie, tylko nie pamiętam, jak to się stało, ci mężczyźni byli w moim otoczeniu, w moim pobliżu. Dążyłem do tego, żeby dalej iść do tego mieszkania, wtedy posypały się na mnie ciosy, dostawałem ciosy z każdej strony. Silne emocje zadziałały, zacząłem się bronić. Udało mi się obezwładnić tych dwóch najbardziej agresywnych ludzi, dalej nie pamiętam, co się wydarzyło – opisywał. Kogo obezwładniał, przed kim się bronił – tego nie wyjaśnił.

Stanęło na zarzucie śmiertelnego pobicia. Akt oskarżenia Tomasza J. trafił do Sądu Okręgowego dla Warszawy-Pragi. Proces był długi, odbyło się kilkadziesiąt rozpraw. – Nie ma dnia, żebym nie myślał o panu Brylewskim. Jakbym mógł, tobym się nie pojawił w tym miejscu. Oddałbym wszystko, żeby cofnąć czas – zapewniał w sądzie Tomasz J. Oskarżony podtrzymał wersję, że mógł zostać odurzony narkotykami i alkoholem, co sprawiło, że miał „urojenia” i „wyłączony mózg”.

Oskarżycielem publicznym był prokurator Wojciech Misiewicz, a oskarżycielami prywatnymi – córki Roberta Brylewskiego. Jak mówiły prasie, udział w procesie pomoże im dopełnić okres żałoby. – Póki nie skończy się ten proces, nie będziemy miały szansy na jej przeżycie – tłumaczyły Ewelina i Sara Brylewskie.

Na koniec prokurator wniósł o wymierzenie oskarżonemu kary 15 lat pozbawienia wolności. Przywołał ustalenia biegłego z zakresu medycyny sądowej, który stwierdził, że śmierć muzyka 3 czerwca 2018 r. była następstwem obrażeń głowy, których doznał kilka miesięcy wcześniej.

Prokuratura czekała na moment, w którym stan zdrowia Roberta Brylewskiego będzie pozwalał na przesłuchanie. – Parafrazując jego własną twórczość, „czekaliśmy na sygnał” i się go nie doczekaliśmy. Wierzę, że sprawca tej niepotrzebnej śmierci uzyska wyrok sprawiedliwy – mówił prokurator Misiewicz, nawiązując do jednego z najbardziej znanych utworów legendarnej grupy Brygada Kryzys. – Tak duża liczba rozpraw i przeprowadzonych dowodów wnioskowanych przez obronę oskarżonego sprawiły, że „można było zapomnieć, czego tak naprawdę dotyczy ta sprawa”. A dotyczy ona brutalnie prostej kwestii – skatowania zupełnie niewinnego człowieka przez agresywnego, pobudzonego kokainą i alkoholem oskarżonego – podkreślił oskarżyciel.

Tomasz J. poprosił o łagodny wyrok. Obrona chciała uniewinnienia. Mecenas Ewelina Zawiślak wskazywała, że cały ciąg zdarzeń był efektem tragicznej pomyłki i fatalnej kondycji psychofizycznej oskarżonego w tym dniu.  

Nie miał szans nic powiedzieć

13 maja br. sąd okręgowy ogłosił wyrok. Tomasza J. nie było na sali. – Nie chciał przyjść. Mówił, że może tego nie przeżyć. Nie wie, czy uniósłby ciężar tego wyroku – mówiła prasie mec. Zawiślak.

Sąd orzekający pod przewodnictwem Adama Radziszewskiego skazał Tomasza J. na 13 lat pozbawienia wolności. Dodatkowo zasądził od niego 100 tys. zł zadośćuczynienia, które otrzymać mają córki muzyka.

Uzasadnienie wyroku trwało niemal godzinę. Sąd detalicznie odtworzył zdarzenia, jak odurzony alkoholem i narkotykami Tomasz J. taksówką podjechał pod dom na Targowej, otworzył kluczem bramę, ale do mieszkania – niebędącego już własnością jego matki – nie mógł się dostać i stał się agresywny. Jak Brylewski boso wyszedł do niego, by wytłumaczyć, że doszło do pomyłki. Ale Tomasz J. nie chciał go słuchać.

– Sprawca dysponował wielką przewagą fizyczną, był szybki i zdeterminowany. Robert Brylewski nie miał szans, by coś mu powiedzieć. Miał naprzeciwko siebie agresywnego mężczyznę, odurzonego alkoholem i narkotykami, który sobie wymyślił, że tam w tym mieszkaniu dzieje się coś złego z jego rodzicami – mówił sędzia.

Sąd doszedł do wniosku, że Tomasz J., bez wątpienia napastnik w tej sprawie, działał, chcąc zadać obrażenia Brylewskiemu, jednak nie miał zamiaru pozbawiać go życia. Za okoliczność łagodzącą wziął to, że sprawca był dotąd niekarany.

Wyrok jest nieprawomocny. I to zapewne nie koniec, bo sprawa trafi do sądu apelacyjnego.