Rywin wiecznie żywy

0

To już siedemnasty rok ze sprawą Lwa Rywina. Wyrok za pomoc w płatnej protekcji wobec Agory był początkiem jego kłopotów. Próba uniknięcia kary w tamtej sprawie tylko spowodowała nowy proces. A on jeszcze potrwa – z powodu niedawnego wyroku Sądu Najwyższego.

W 2002 r. Lew Rywin był u szczytu kariery producenta filmowego. Można powiedzieć, że światowej kariery. Miał na koncie obsypaną Oscarami „Listę Schindlera” Stevena Spielberga, a także inne nagradzane filmy – „Pana Tadeusza” Andrzeja Wajdy, „Europa Europa” Agnieszki Holland i „Pianistę” Romana Polańskiego, również docenionego przez Amerykańską Akademię Filmową.

Miał jechać do Hollywood odbierać Oscara za ten film. Nie pojechał jednak, po tym jak w grudniu 2002 r. „Gazeta Wyborcza” opisała zdarzenia, do których doszło pięć miesięcy wcześniej. To wówczas Rywin miał przyjść do szefowej Agory Wandy Rapaczyński z propozycją od „grupy, która trzyma w ręku władzę” (początkowo powoływał się na szefa SLD premiera Leszka Millera), i zażądać 17,5 mln dol. w zamian za korzystne dla spółki zmiany w ustawie o radiofonii i telewizji. Dzięki nim Agora miała się stać potentatem medialnym oraz posiadaczem Telewizji Polsat, a Rywin zostałby prezesem stacji. Rapaczyński odesłała Rywina do naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika, ten zaś nagrał rozmowę z korupcyjną propozycją, a prawie pół roku później tekst na ten temat ujrzał światło dzienne.

I się zaczęło. Śledztwo prokuratury, pierwsza w historii sejmowa komisja śledcza, która przyniosła wielkie kariery posłom Janowi Marii Rokicie i Zbigniewowi Ziobrze, a także co najmniej kilka niezapomnianych przesłuchań: premiera Millera, redaktora Michnika, dopytywania o „korytarze pionowe” w siedzibie Agory, a także raport końcowy obciążający winą za wszystko środowisko SLD, a prezydent Aleksander Kwaśniewski i premier Leszek Miller mieliby stanąć przed Trybunałem Stanu. Mimo że wybory w 2005 r. wygrało PiS, a Zbigniew Ziobro został ministrem sprawiedliwości, nie zrealizowano tych zapowiedzi.

Od raportu sejmowej komisji mającego wymiar polityczny ważniejsze było jednak śledztwo Prokuratury Okręgowej w Warszawie, która oskarżyła Rywina o pomocnictwo w płatnej protekcji wobec Agory. Proces w sądzie pierwszej instancji zakończył się skazaniem Rywina na dwa i pół roku więzienia, ale nie za pomoc w płatnej protekcji, lecz za oszustwo. Sąd Apelacyjny w Warszawie zmienił to orzeczenie, obniżając karę o pół roku i przywracając kwalifikację prawną zaproponowaną przez prokuraturę – a więc nie oszustwo, lecz pomocnictwo w płatnej protekcji.

Druga sprawa Rywina

I wtedy zaczęły się dziać rzeczy, które spowodowały drugą sprawę Rywina. 18 kwietnia 2005 r. skazany stawił się w areszcie śledczym przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie, by rozpocząć odbywanie kary. Opuścił placówkę po 43 dniach ze względów zdrowotnych, ale po kilku miesiącach tam wrócił. Siedział przez rok – od listopada 2005 do listopada 2006 r. 14 listopada 2006 r. decyzją sądu wyszedł warunkowo na wolność.

Wówczas okolicznościom zaświadczeń lekarskich zaczęła się przyglądać prokuratura w Łodzi. „Druga sprawa Rywina”, polegająca na zdobyciu przez syna producenta filmowego sfałszowanej dokumentacji lekarskiej o stanie zdrowia Rywina, która pozwoliłaby mu uniknąć więzienia, była częścią większej historii. Okazało się, że Konrad T., późniejszy świadek koronny, miał załatwiać lewe dokumenty większej liczbie zainteresowanych. Pracował w kancelarii prawnej, miał kontakty z lekarzami – był więc w ocenie śledczych idealną osobą do załatwiania takich spraw.

Z tych powodów Rywin znów znalazł się za kratami – w maju 2009 r. zatrzymało go Centralne Biuro Antykorupcyjne. I on, i jego syn zostali aresztowani na pół roku. W listopadzie 2009 r. zamieniono mu areszt na półmilionowe poręczenie majątkowe. Rywin junior odzyskał wolność bez żadnych nowych środków zapobiegawczych.

Śledztwo łódzkiej prokuratury doprowadziło do aktu oskarżenia przeciwko kilkorgu lekarzom, adwokatom i ich klientom – w tym Rywinowi i jego synowi. Przede wszystkim na podstawie zeznań Konrada T. oskarżono ich o korupcję i posługiwanie się sfałszowaną dokumentacją medyczną w celu uniknięcia odsiadki. Według prokuratury Rywinowie wręczyli 210 tys. zł łapówki za pośrednictwo w uzyskaniu fikcyjnych diagnoz dla Rywina seniora. Obu groziło do 10 lat więzienia. Nie przyznawali się do winy.

Koronny niewiarygodny

Ich obrońcy kwestionowali wiarygodność zeznań świadka koronnego, który ich zdaniem jako agent CBŚ dopuszczał się niedozwolonych prowokacji. Jak mówili, za załatwione zwolnienia dostałby 140 zarzutów, więc chodzi mu tylko o uwolnienie się od kary – co gwarantuje status świadka koronnego. 

Proces w sporej części był tajny, bo opierał się na zeznaniach świadka koronnego – agenta CBŚ – a jego teczka to tajemnica państwowa. Ta kwestia odegra jeszcze pewną rolę w sprawie.

Na razie napiszmy, że Sąd Okręgowy w Warszawie, orzekając w tej sprawie jako sąd I instancji, skazał Rywinów na kary po półtora roku więzienia w zawieszeniu oraz grzywny. Wyższe wyroki, nawet pięć lat, zapadły wobec adwokatów organizujących proceder oszukiwania wymiaru sprawiedliwości.

Tysiąc od Lwa

Uzasadniająca to orzeczenie sędzia Agnieszka Jarosz podkreślała, że Konrada T. polecił Rywinowi juniorowi – szukającemu pomocy dla ojca – pośrednik. „T. zaoferował sprawdzoną metodę dyskopatii” – relacjonowała sędzia. Sąd przyjął, że Lew Rywin, próbujący uniknąć odsiadki za sprawę z Agorą, był w pełni poinformowany o roli Konrada T. i czynnie uczestniczył w badaniach lekarskich, po których dr Maria Z.-L. wystawiła zaświadczenie, że Rywin nie może odbywać kary. Kobieta była lekarzem sądowym cieszącym się zaufaniem sądu w licznych sprawach, tymczasem z pobudek finansowych wystawiała zaświadczenia, jakich oczekiwały osoby polecane przez Konrada T. Za zaświadczenie dla Rywina Konrad T. miał jej wręczyć 1 tys. zł.

Apelacja orzeczenia zasadniczo nie zmieniła i sprawa trafiła przed Sąd Najwyższy, bo obrona części skazanych wniosła tam kasacje. Sąd Najwyższy podszedł do sprawy bardzo poważnie i trzyosobowy skład orzekający podzielił się sprawozdaniem tak, by każdy sędzia miał po kawałku tej sprawy. Rezultat zaskoczył chyba wszystkich. Sąd Najwyższy dopatrzył się bowiem tak istotnego uchybienia procedurze, że uchylił wyrok w całości – także wobec tych, którzy się od niego nie odwołali.

Uznał bowiem, że zarzut braku obiektywizmu wobec sądu I instancji zasługuje na uwzględnienie. Co dostrzegł SN? Sędziowie przyjrzeli się temu, kto i na jakich zasadach miał dostęp do teczki pracy świadka koronnego, czyli Konrada T. Są tam notatki urzędowe, protokoły i dokumenty, które nie stanowią dowodu, a jednak dają obraz tego, jaką rolę w sprawie odegrał ten agent Centralnego Biura Śledczego, jakie zadania dostawał, co robił z własnej inicjatywy – i jaki to przyniosło skutek dla sprawy. Wszystkie te materiały znała jedynie tylko sędzia Agnieszka Jarosz ze składu sądu I instancji. Została do nich dopuszczona… decyzją ministra spraw wewnętrznych! I to ona, poza wszelką kontrolą, wybrała, które materiały z teczki Konrada T. są przydatne dla sprawy, a które nie. Ani prokurator, ani tym bardziej obrona nie miały tak szerokiego dostępu. To sytuacja niebywała.

MSW rozdaje karty

– W tym procesie to minister spraw wewnętrznych decydował o zakresie materiału dowodowego, na którym opierał się sąd. To jest oczywiście sytuacja niedopuszczalna – zaznaczył sędzia SN Andrzej Tomczyk.

– Sędzia podjęła czynności w sposób pozaprocesowy, nie miała do tego umocowania – ocenił, uzasadniając wyrok SN, sędzia Piotr Mirek. Tym samym – uznał SN – sędzia Jarosz dokonała oceny dowodów, i to jeszcze przed rozprawami. – Są granice, których w procesie karnym przekroczyć nie wolno. W tym przypadku w sposób rażący została naruszona zasada bezstronności – dodał sędzia SN Rafał Malarski.

Sąd Najwyższy wskazywał, że w sytuacjach takich jak ta, gdy akt oskarżenia opiera się głównie na zeznaniach świadka koronnego, czyli skruszonego przestępcy, który – tak jak właśnie w „drugiej sprawie Rywina” był zaangażowany w samą istotę dokonywanych wyłudzeń zaświadczeń lekarskich – wnikliwa ocena materiału dowodowego ma znaczenie szczególne. – W praktyce to właśnie ona decyduje o treści wyroku, a nie sama treść zgromadzonego materiału – zauważyli sędziowie SN. Z tych też powodów ocena wiarygodności zeznań świadka koronnego przez pryzmat innych okoliczności niż te ujawnione na rozprawie jest wielkim uchybieniem, na które nie można przymknąć oka z punktu widzenia przepisów procedury karnej.

Znów wszystko możliwe

I tak sprawa wróciła do sądu I instancji. Będzie nim warszawski sąd rejonowy, który będzie musiał zmierzyć się z tym procesem po raz pierwszy. Za poprzednim razem bowiem natychmiast wystąpił o przekazanie sprawy do sądu okręgowego, z uwagi na jej rangę. Teraz przynajmniej sąd rejonowy wie, że nie wolno powtórzyć błędu z ograniczeniem dostępu do tajnych akt: albo pokażą je wszystkim, albo nikomu – nawet sądowi.

A na koniec: ciekawe, czy z rozstrzygnięcia cieszy się 74-letni dziś Lew Rywin. Zakończył już odbywanie anulowanej mu właśnie kary – część z niej odbył z użyciem elektronicznej bransolety. Teraz nad głową znów wisi widmo wyroku. Będzie łagodniejszy? Surowszy? Czy uniewinnienie? Znowu wszystko jest możliwe.