Zakopane początku XX w. dobre na każdą chorobę

0
Fot. www.lisak.net.pl/blog/

Oto nastały smutne czasy, w których częściej rozmawiamy o wojnie, pandemii i innych chorobach niż o przyjemnościach i planach na przyszłość. Warto jednak choć na chwilę oderwać się od smutnej rzeczywistości. Dlatego chciałabym zaprosić państwa do Zakopanego początku XX w. Było ono wtedy cudowną miejscowością dobrą na wszystko. Leczono tu gruźlicę, ogólne osłabienie, anemię, blednicę, „odrętwiałość narządów pokarmowych”, „niedomogi nerwowe”, melancholię, „zołzy otępiałe”, „wstrząśnienia moralne”…

By zaspokoić oczekiwania chorych, zaczęto budować pod Tatrami mające czynić cuda zakłady lecznicze i sanatoria. Do najbardziej znanych należały te otwarte przez M. Hawranka (w 1898 r.), B. Chwistka, będącego ojcem znanego malarza Leona, Andrzeja Chramca (w 1887 r.), doktora K. Dłuskiego w Kościelisku (w 1902 r.). To ostatnie znane było także z tego powodu, że doktor prowadził je z żoną Bronisławą, która także była lekarką i w dodatku siostrą noblistki Marii Skłodowskiej-Curie.

Zakład doktora K. Dłuskiego

Spragnionym wrażeń i flirtów szczególnie polecam zakład K. Dłuskiego, którego budynek stoi do dziś w Kościelisku (ul. Nędzy Kubińca 101). Prasa na długo przed jego otwarciem informowała o szczegółach budowy. Nie pozostawiały one wątpliwości: miało to być „wielkie sanatorium”, szczyt komfortu, z najnowszymi osiągnięciami techniki. W roku udostępnienia placówki doktor zdecydował się na wydanie folderu reklamowego, dzięki któremu można było zapoznać się z tym miejscem. W broszurze zachwalano „dobroć” zakładu zlokalizowanego w „miejscowości zacisznej wolnej od kurzu i wrzawy”. Pisano, że obok głównego budynku znajduje się „dom maszynowy”, a w nim urządzenia do elektrycznego oświetlenia, ogrzewania wody, dezynfekcji i pralnia parowa. Na każdym piętrze znajdowała się łazienka, cztery „waterklozety” oraz ganek do czyszczenia i trzepania odzieży (w tamtych czasach bowiem odzież częściej trzepano i wietrzono, niż prano). Była też winda. Zakład miał dzwonki elektryczne, wewnętrzne telefony, salę teatralną ze sceną, salę fortepianową, bibliotekę z czytelnią, werandy i leżalnie, na których można było „używać” (jak pisano) górskiego powietrza. W dodatku pensjonariusz, który przybywał pociągiem, mógł zamówić transport do sanatorium powozem „z własnej remizy”.

Pod względem rozmiaru i nowoczesności zakład był prawdziwym Titanikiem pod Tatrami. Jego personel składał się z trzech lekarzy, wśród których jeden – co podkreślano w reklamie, tym razem z 1908 r. – był „lekarzem kobietą”. W czasach, gdy kobiety mogły studiować w ograniczonym zakresie, informacja taka musiała przyciągać uwagę potencjalnych pacjentów, a nawet intrygować.

Nowo otwarte sanatorium budziło duże zainteresowanie nie tylko chorych, ale także zdrowych osób, do tego stopnia, że trzeba było wprowadzić… godziny jego zwiedzania. „Przegląd Zakopiański” informował, że z uwagi na liczbę wizytujących dyrekcja musiała ustanowić, iż placówkę można odwiedzać „tylko we wtorki i soboty, od godziny 2-giej do 4-tej po południu”.

Żołnierska dyscyplina, zdrady, flirty i romanse

Około 1910 r. pensjonariuszem sanatorium doktora Dłuskiego był Konstanty Stecki. Dzięki jego wspomnieniom mamy możliwość zajrzenia do tego miejsca i przyjrzenia się z bliska życiu kuracjuszy. Jak się okazuje, panowała w nim surowa dyscyplina, a żywot leczących toczył się w rytm niemieckiego powiedzenia „Ordnung muss sein” („porządek musi być”). Po śniadaniu o dziewiątej rano rozpoczynało się obowiązkowe leżakowanie w specjalnym worku do werandowania (odpowiedniku dzisiejszego śpiwora):

„[…] służący obwijał dodatkowo pacjenta w koce, głowy zabezpieczano ciepłymi czapkami lub chustkami i spokojnie leżało się do godziny jedenastej. Po drugim śniadaniu powtórne werandowanie, aż do obiadu. Początek i koniec odpoczynku sygnalizowany był dzwonkiem. Po obiedzie tzw. cisza – tj. dwugodzinne werandowanie połączone z zakazem prowadzenia rozmów. Następnie podwieczorek i wolny czas do kolacji. O godzinie dziesiątej wieczorem należało być już w łóżku i gasić światło w pokoju[1].

Przestrzegania ciszy nocnej pilnował sam doktor. Nie sprawiało to trudności, bo dom, w którym mieszkał, położony był w parku poniżej sanatorium. Z mieszkania widział wszystkie okna pokoi zajętych przez pacjentów. Tak więc jeżeli w którymś paliło się światło po 22.00, telefonował do lekarza dyżurnego i prosił o sprawdzenie, dlaczego kuracjusz jeszcze nie śpi.

W sanatorium żywe zainteresowanie wzbudzało każde przekroczenie surowych przepisów, co następnie gromione było publicznie przez dyrekcję podczas obiadu. K. Dłuski bezceremonialnie radził niesfornym pacjentom, by przenieśli się do konkurencyjnego zakładu doktora Chramca, w którym – jak twierdził – chorzy bardziej bawili się, niż leczyli.

Pomimo zakazów i gróźb pensjonariusze ulegali pokusie, by łamać regulamin i spotykać się w zaufanym gronie podczas ciszy nocnej. Trzeba było tylko zasłonić okno kocem, by czujne oko doktora nie wyśledziło przestępców grasujących nocą po pokojach w poszukiwaniu zakazanych rozrywek. Nie było to łatwe, bo lekarz, korzystając – jak się wydawało – z pomocy sił nadprzyrodzonych, widział i słyszał prawie wszystko, a nawet potrafił być w kilku miejscach naraz. Czasem jednak udawało się przechytrzyć doktora. Dzięki pomocy listonosza do zakładu sprowadzano ciastka, wina i likiery. Jako łącznik ze światem pozasanatoryjnym załatwiał on w Zakopanem wiele spraw. Jego usługi były bezcenne, wziąwszy pod uwagę fakt, że ośrodek znajdował się w Kościelisku.

Pokojowe „rauty”, jak określał je Stecki, kończyły się często nawiązaniem miłostek. Tym bardziej że przy intensywnym odżywianiu, braku ruchu i braku możliwości wyładowania gromadzącej się w organizmie energii pacjenci zdradzali „zwiększoną pobudliwość i skłonność do erotyzmu”. Jednym słowem, flirtowano ze sobą z nudów, a nawet wdawano się w sezonowe romanse. Niejedna przyzwoita na co dzień mężatka znajdowała sobie pocieszyciela, który leczył jej serce z tęsknoty za domem. Miłostki te, podobnie jak trwała ondulacja, bynajmniej nie były wieczne. Kończyły się wraz z przyjazdem w odwiedziny małżonka, na którego widok niewierna żona wpadała w zachwyt, a nawet zaczynała go adorować. W konsekwencji sanatoryjny amant zostawał porzucony.

Tekst stanowi częściowo fragment książki autorki pt. „Sielankowanie pod Tatrami. Życie codzienne i niecodzienne Zakopanego w XIX w.”


[1] K. Stecki, Wspomnienia zakopiańskie, Kraków 1976, s. 11, 12.