Obyczaje za czasów Chopina

0

W połowie października na ekrany kin wszedł film „Chopin, Chopin!”.
To dla mnie spore przeżycie, jako że miałam przyjemność robić do niego konsultacje historyczne z zakresu obyczajowości w XIX w. Nie wypada pisać o samej produkcji, by nie zostać posądzoną o reklamę. Jak to mówią, sztuka powinna bronić się sama. Opowiem natomiast, jak wyglądała moja praca, i o błędach, które można popełnić, gdy nie korzysta się z pomocy fachowców.

Film Michała Kwiecińskiego „Chopin Chopin!” nie był pierwszym, przy którym dane mi było pracować. Praca nad filmem zaczyna się od przeczytania scenariusza, naniesienia poprawek i rozmowy z reżyserem. Dziś niestety coraz częściej są to rozmowy online, nie powstają więc przy nich urocze selfie, którymi można by było chwalić się całemu światu. Choć z drugiej strony nie ma w tym nic złego, bo przecież profesjonalizm lubi ciszę. Dobrze, gdy pod konkretne sceny konsultant potrafi zaproponować gotową ikonografię (np. zdjęcia dawnej ubogiej dzielnicy, dworca z dyliżansami, grafikę basenu kąpielowego). Dla mnie nie było to trudne, jako że od ponad dekady przeglądam online zbiory muzealne z całego świata na potrzeby prowadzonego bloga poświęconego dawnej obyczajowości. Internet daje dziś ogromne możliwości. Bez wychodzenia z domu można podziwiać eksponaty Biblioteki Kongresu w Waszyngtonie, Wien Museum, kolekcji Windsorów, British Museum… Mam swoje własne archiwum ze starymi grafikami w wersji elektronicznej, część znajduje się na blogu, a o części pamiętam – wiem gdzie znaleźć.

Szczegóły życia codziennego w XIX w.

Już na drugi dzień po premierze byłam w kinie, by obejrzeć film. Obiecywałam, że nie będę go oceniać, ale może jednak trochę… Na pewno uderzył mnie w nim bardzo głęboki plan. To spora odmiana po latach oglądania produkcji historycznych, w których „scenografia jest sierotą”. Gdy reżyser nie wie, jak ma wyglądać dawna ulica czy wnętrze pomieszczenia, robi duże przybliżenia i zamazuje tło. W konsekwencji widz jedyne, co ogląda, to wielkie gadające głowy. W „Chopinie” rozmach jest ogromny, zobaczyć możemy głębokie tło i bohaterów drugiego, a nawet trzeciego planu. Bez wątpienia nie bano się pokazywać szczegółów życia codziennego w XIX w.

To miłe uczucie, gdy na ekranie można zobaczyć postaci, których zdjęcia przesyłało się wcześniej. Wtedy z radości podskakuje się w fotelu, krzycząc „ooo, to przecież mój szklarz”.

Poniżej zdjęcie zaproponowanego przeze mnie szklarza, którego postać reżyser wykorzystał w filmie.

Boli mnie, gdy recenzenci nie zauważają tej dobrej strony, za to wymieniają mazurki, których nie zagrał Chopin, i sceny z jego życia, których nie pokazał reżyser. Dla mnie „Chopin Chopin!” to film psychologiczny o artyście żyjącym w cieniu nieuleczalnej choroby, która okazuje się silniejsza. Nie powiem, że wszystko mi się w nim podobało. Co złe, przemilczam.

Błędy w filmach historycznych

Kilka słów o najczęściej pojawiających się błędach z zakresu obyczajowości w filmach historycznych z mojego punktu widzenia.

Pierwszym z nich jest zbyt duża ekspresja aktorów, na którą składa się machanie rękami, poklepywanie po plecach, mówienie podniesionym głosem… Patrząc na te filmy, można odnieść wrażenie, że ogląda się znajomych podczas grilla przebranych w stroje historyczne. Festiwal radości, sprośności i uniesień. W XIX w. ludzie z wyższych sfer mieli zdecydowanie więcej dystynkcji, o czym świadczą dawne poradniki savoir-vivre`u. Jak pisała baronowa Staffe w jednym z nich, „Nie ruszać się – nie gestykulować co chwila – nie w porę. […] Ale do tego trzeba się przyzwyczajać od młodości, bo tylko przyzwyczajenie się od dzieciństwa, że trzeba unikać trzepotania nogami, kręcenia rękami, trzęsienia głową, miarkować będzie nasze ruchy, nada im pewne granice i uchroni od wszelkiej pospolitości i przesady […]. To pewna, że podnoszenie oczu do nieba, rozkładanie się od śmiechu, przewracanie oczyma, załamywanie i wznoszenie rąk są śmiesznymi ruchami, wyjąwszy jakieś nadzwyczajne chwile”.

„Wyglądać na zobojętniałą na wszystko i udawać, że się jest wszędzie znudzoną – oto najwyższy wyraz szyku!” instruował autor innego poradnika, dodając wykrzyknik na końcu zdania. Potwierdzają to także dawne zdjęcia, na których ze świecą szukać ludzi z uśmiechem na twarzy.

Z atencją do pana hrabiego

W XIX w. społeczeństwo miało charakter po części kastowy, dzieliło się na wiele grup, w ramach których zawsze ktoś chciał udowodnić, że jest lepszy od innych. W pamiętnikach F. Hoesicka przeczytać możemy, że na uczelni student o hrabiowskim pochodzeniu nie pozwalał kolegom mówić sobie na „ty”, w końcu miał niebieską krew, a dwie magiczne literki przed nazwiskiem „hr” mówiły wszystko.

Maria Kietlińska wspomina doktorową z Dąbskich Woźniakowską, która siedząc podczas przyjęć na kanapie, niechętnym okiem patrzyła, gdy ktoś nienależący do arystokracji próbował zacząć z nią rozmowę – „znaną już była ogólnie z tej swojej słabostki, tak, że zostawiano ją w spokoju”. 

Poradniki savoir-vivre`u doradzały, jak zachować się w relacjach z lepiej urodzonymi od siebie. Należało kłaniać się im głębiej, puszczać ich w drzwiach przodem (niezależnie od płci), nie zawadziło także iść za nimi o pół kroku z tyłu, ale nigdy wyprzedzać. Nie wypadało zadawać im pytań, co robią, jak się mają, dokąd idą, bo przecież jako godniejsi nie mieli obowiązku spowiadania się ze swoich zamiarów. Jeżeli będą chcieli, sami powiedzą, instruowały poradniki. 

Doskonałe wyczucie opisanych powyżej relacji międzyludzkich zauważamy w filmie Jamesa Camerona „Titanic”. Życzyłabym sobie, by polskie kino dosięgło kiedyś stworzonego przez niego poziomu. Póki co musimy oglądać hrabiów poklepywanych po ramieniu przez wszystkich, dobrze urodzone kobiety śmiejące się do rozpuku z byle powodu, a wszystko okraszone żargonowym językiem, czasem wręcz przekleństwami.

Córki domów dystyngowanych nigdy same
nie wychodzą na ulicę

Kolejną kwestią, która rzuca się w oczy podczas oglądania filmów historycznych, jest niewystarczająca znajomość relacji damsko-męskich w XIX w. W Polsce kobiety z dobrych domów nie prowadziły własnego życia towarzyskiego, nie mogły same chodzić do kawiarni, teatru czy na bale. Ba, nie wolno im było nawet samotnie spacerować po ulicach. Jeden z poradników savoir-vivre`u pouczał, że „córki domów dystyngowanych nigdy same nie wychodzą na ulicę”. Pokazanie się w parku czy innym publicznym miejscu wymagało asysty męża, kogoś z krewnych, przyjaciółki, ewentualnie służącej. Maria Estreicherówna wspominała, jak jej ojciec ubolewał, że panna Stefcia Sawiczewska naraża się lekkomyślnie na obmowę, chodząc sama co rano do Kościoła Mariackiego (mimo że mieszkała obok niego). Życie kobiet ukierunkowane było na ciągłe dbanie o reputację, unikanie wszystkiego, co mogłoby być powodem plotek. Wątek ten szczegółowo omówiłam w swojej książce „Życie towarzyskie w XIX w.” Mogę sobie wyobrazić, że we Francji czy Anglii mogło być pod tym względem trochę lżej, ale jednak widok kobiet w filmach wpadających na imprezy, nalewających sobie samodzielnie wódkę, by pić ją ze szklanki, razi. Podobnie jak razi widok młodych panienek rzucających się kawalerom ze szczęścia na szyję, dających im buziaki, biorących pod rękę… Takie rzeczy robiono co najwyżej po ślubie i to bynajmniej nie na oczach postronnych. Wśród wyższych sfer obowiązywały powaga i powściągliwość. Do dziś zachowała się ona na dworach królewskich. Czy ktoś z państwa widział angielską królową śmiejącą się do rozpuku lub poklepywaną po ramieniu przez postronnych?

Jak odmienne były ówczesne relacje damsko-męskie, najlepiej świadczy instytucja ciotki przyzwoitki, która bynajmniej nie była fikcją literacką.

Na dwóch poniższych ilustracjach zobaczyć możemy młode panny podczas balu w asyście starych ciotek przyzwoitek.

Zatem gdy widzę w filmie historycznym aktorów przebranych w stroje z epoki, ale używających sformułowań typu: „Wie pan co, panie hrabio”, „super” lub nie daj bóg przekleństw albo też wylewnie witające się z mężczyznami panny, wiem, że to czas, by… wyłączyć telewizor.