O ekonomii darmochy

0

Od niemal samego początku uczony byłem tego, że nie ma nic za darmo. Jeśli chciałem coś osiągnąć musiałem poświęcić przynajmniej swój czas i/lub też innych, którzy pomagali mi w realizacji tego właśnie celu.

Na studiach wielokrotnie powtarzano mi również słowa Miltona Friedmana – wielkiego amerykańskiego ekonomisty i laureata Nagrody Nobla z 1976 r., iż „nie istnieje coś takiego jak darmowe obiady”. A jednak czasem nam się coś udaje bez wysiłku, a poza tym jesteśmy otoczeni rzeczami lub usługami, których domagamy się, by były bezpłatne. Czy istnieje więc coś takiego jak ekonomia darmochy?

Co do zasady nauki ekonomiczne nie „kibicują” szczęściu, ponieważ nie pobudza ono do trwale efektywnej wymiany. Nauki ekonomiczne mają także duży problem z dobrami lub usługami, które są dostarczane nam za darmo, czego zresztą niejednokrotnie się domagamy. Weźmy pod uwagę dostęp do Internetu. Kiedy zatrzymujemy się w hotelu na noc poza pytaniem, o której godzinie jest śniadanie prosimy o hasła dostępu do sieci wi-fi. Jeśli chodzi o to pierwsze to przyjmujemy do wiadomości, że czasem jest ono odpłatne, podczas gdy nie możemy pojąć, gdy są jakieś ograniczenia w bezpłatnym korzystaniu z tego drugiego. „Przecież to nic kosztuje” – zdaje się słyszeć narzekanie.

Nie ma także co podważać rzeczywistości, ale statystycznie serwis Facebook podaje, że jego użytkownik poświęca na korzystanie z tego serwisu 50 minut dziennie. Wedle YouTube ludzie codziennie oglądają filmy tam zamieszczone o czasie 1 miliarda godzin (dla przypomnienia Bank Światowy szacuje, że było nas 7,4 miliarda na świecie w 2016 r.). Nie płacimy za te usługi w sposób bezpośredni. Oczywiście czasem jesteśmy „zachęcani” do tego, by obejrzeć reklamę, ale przecież to tylko nasz czas. W ekonomii nie ma sentymentów – jeżeli ktoś pozwala użytkownikom na korzystanie z jego dóbr, czy usług za darmo to dopóki mu się to opłaca (a może brutalnie – nie zbankrutuje) nie powinniśmy się przejmować. Ale czy na pewno ekonomia jest tak bezrefleksyjna?

Będę się jednak upierał, że nic nie przychodzi nam jednak za darmo. Bez względu na to z jakiego korzystamy serwisu to gdzieś tam zawsze jest haczyk. Wpisując hasło do wyszukiwarki „zaczyna” się ona uczyć od nas tego, czego poszukujemy. Czy czasem gdzieś później w rogu nie widzimy dobrze dopasowanych reklam do naszych wcześniejszych poszukiwań? Sprzedajemy więc swoje preferencje, uchylając tajemnicę, która może być wartościowa dla wielu graczy rynkowych. A taka informacja ma swoją cenę. Otwartym pytaniem jest to, czy cena ta jest adekwatna do tego, co dostajemy.

Oczywiście wszystko to co piszę powyżej może spotkać się ze wzruszeniem Państwa ramion. W końcu Internet od początku był za darmo, co ma być wartością samą w sobie i utwierdzeniem wolności jaką ze sobą niesie lub raczej miał nieść. Ekonomia darmochy sprawia jednak kłopot ekonomistom. Skoro bowiem „sprzedajemy” swoje dane, by korzystać z czegoś w zamian (co w prawie określamy barterem), to czy nie powinniśmy być dodatkowo opodatkowani? Jeszcze większy ból głowy sprawia ekonomia darmochy instytucjom antymonopolowym. Bo przecież z teorii wiemy, że monopolista może utrzymywać ceny poniżej lub powyżej określonego poziomu, który można byłoby uzyskać na konkurencyjnym rynku. Jeśli cena wynosi zero. to w jaki sposób można cokolwiek ze sobą porównać?

Darmocha może prowadzić więc do budowania pozycji monopolistycznych, a następnie ich wykorzystywania poprzez żądanie udzielania szerszych informacji lub też łączenia niektórych usług bez możliwości korzystania z innych.

Na początku zadałem pytanie, czy istnieje coś takiego jak ekonomia darmochy. Z pewnością takie zjawisko można zaobserwować na wielu rynkach, ale też sprawia ono wielu kłopotów ekonomistom. Można rozważać różne rozwiązania, np. obowiązkową częściową odpłatność za niektóre usługi lub też ściślejszą kontrolę ich „producentów”, aby nie nadużywali swojej pozycji.

To ostatnie nie jest możliwe jednak w świecie radców prawnych. Choć od czasu do czasu angażują się oni w działania pro-bono, np. poprzez nieodpłatną pomoc prawną ich model działania jest zgoła inny od „ekonomii darmochy”. To jednak, czy rynek ten dąży lub też osiągnął już równowagę w klasycznym rozumieniu ekonomii to już temat na inny felieton.