Przez mroki reformy

0

Ostrożnie, bezszelestnie stąpając w ciemności, sprawdzając wibryssami1 drogę przed sobą szedł pewien znany kot przez reformę. Łapka za łapką parł kot do przodu i wypatrywał jak mógł, a raczej starał się wibryssami wyczuć najmniejsze, najdrobniejsze skutki reformy. Wokół była jednak tylko ciemność…

W ostatnich artykułach prasowych znów pojawiły się informacje, że sędzia w sądzie rejonowym ma w referacie około tysiąca spraw. Jak donosi prasa, w Sądzie Rejonowym w Wołominie jest już ponad 1100 spraw na jednego sędziego. Czas oczekiwania na nadanie klauzuli wykonalności wydłużył się do ponad pół roku (termin instrukcyjny to niezwłocznie, nie dłużej jednak niż trzy dni), w jednym z warszawskich sądów rejonowych kolejne terminy są już dziś (marzec) wyznaczane na listopad, na wpis do księgi wieczystej czeka się ponad pięćdziesiąt dni (gdzie jeszcze kilka lat temu następował właściwie od ręki), czas oczekiwania na termin w sądzie apelacyjnym to minimum rok, jeśli nie więcej.[1]

Przenosząc powyższe na grunt niniejszej sprawy, jak to się mówi między nami prawnikami, coraz trudniej jest chyba, choć miało być coraz łatwiej, prowadzić sprawy sądowe. Coraz trudniej wytłumaczyć klientowi, że musi poczekać, uzbroić się w cierpliwość, kiedy jego dłużnik, mając świadomość rzeczywistości, „ucieka” z majątkiem, czyniąc niemożliwym zaspokojenie się wierzyciela. Coraz trudniej prowadzić sprawy rodzinne, np. o wykonywanie kontaktów z dziećmi, kiedy perspektywa prawomocnego zakończenia postępowania równa się pełnoletniości kilkunastoletnich dziś uczestników. A chciałoby się przecież przyjść do sądu, zapłacić z góry i dostać wnioskowane rozstrzygnięcie. Może nie od, ręki ale w rozsądnym czasie. Tak po prostu. Tymczasem dziś dostaje się wyłącznie czas na oczekiwanie. I można się dowiadywać. Ale jak? Zaparkować nie ma gdzie, dodzwonić się nie sposób, nawet przez e-mail nie można dowiedzieć się o treści wyroku (bo to jakaś, bliżej nieokreślona, zwłaszcza przed pełnomocnikami, tajemnica).

Około dwadzieścia lat temu, jako jeszcze studentka prawa, trafiłam na obowiązkową praktykę do sądu rejonowego w jednym z wojewódzkich miast. Z wielkim zapałem wykonywałam moje obowiązki. Pierwszy raz byłam w sądzie i to „od środka”. Pomagałam w sekretariacie, „szyłam” akta szydłem i dratwą, czasami pozwalano mi się z nimi zapoznać, od czasu do czasu wysłano „na protokół”. Kosztowało mnie to miesiąc wakacji, ale było warto. Pewnego dnia, po rozprawie, po zapoznaniu się z aktami sprawy zebrałam całą moją – jeszcze wtedy studencką odwagę i zapytałam sędziego, dlaczego wydał taki, a nie inny wyrok, skoro w świetle akt sprawy strona oczywiście kłamała? Proszę pani – odpowiedział sędzia – ja wiem, że oni wszyscy kłamią, ale proszę pani… gdybym ja miał sto spraw rocznie, to bym się nimi bardzo przejmował, gdybym miał dwieście, to bym się nimi przejmował, proszę pani, jeszcze bardziej, bo bym się martwił, że się z nimi nie uporam. Ale proszę pani, jak ja mam czterysta spraw…

Czterysta to jednak o wiele mniej niż tysiąc. A miało być lepiej. I jest? Ponad rok temu można było przeczytać w prasie, że będzie lepiej. Nareszcie! Reforma! Wszystko dla ludzi, tych zwykłych, żeby było lepiej. Więc gdzie to jest? I czy będzie? Pomyślał kot, stąpając powoli w mroku i próbując zrozumieć świat tak jak potrafił, z pomocą wibryssów, ale nadal po ciemku. 

[1]    Włosy czuciowe, włosy zatokowe (łac. pili tactiles), inaczej wibryssy lub wibrysy (vibrissae, l. poj. vibrissa); potocznie nazywane wąsami – występujące u niektórych ssaków grube, proste i sztywne włosy z mieszkiem włosowym położonym blisko zatoki żylnej. Dzięki licznym zakończeniom nerwowym poduszeczki zatokowej sygnały dotykowe mogą być bardzo precyzyjnie przekazywane do organizmu. Włosy czuciowe umieszczone są najczęściej na policzkach, nad oczami, na górnej i dolnej wardze, rzadziej na grzbietowych stronach przednich nóg (źródło: Wikipedia).