Kolano, czyli mecenas w szpitalu

0

Wysiadło mi lewe kolano. Bolało już czas jakiś, ale myślałem, że to minie. Gdzieś tak na początku października udałem się w końcu do specjalistycznej kliniki.

Bardzo profesjonalna pani w recepcji, ukryta za niesforną grzywką opadającą na solidne oprawki okularów poradziła fachowo: Musi pan zrobić USG. A potem zobaczymy, co powie lekarz ortopeda.

Badanie wypadło znakomicie: oba kolana okazały się zdrowe, ale bolało mnie nadal. W końcu trafiłem do ortopedy, który przyjmował w tej samej specjalistycznej klinice. Doktor zalecił badanie rezonansem oraz rtg.

– Ale panie doktorze. USG nie wykazało żadnych zmian.

– USG jest nam w tym przypadku zupełnie nieprzydatne.

Nie zdobyłem się na odwagę i nie spytałem, po co w ogóle wiec było robić USG. W tydzień się uwinąłem. Kolano okazało się zdrowe. Ponownie się stawiłem w specjalistycznej klinice.

Ja na płycie (wyniku badania na DVD) widzę zmiany. Lekarz radiolog mógł ich nie dostrzec, bo nie wiedział, czego ma szukać. Moim zdaniem trzeba zrobić artroskopię.

Okazało się, że taki zabieg zmusza mnie do dość drastycznej zmiany planów na kilka następnych miesięcy. Standardem są trzy tygodnie poruszania się o kulach, a następnie kilkumiesięczna rehabilitacja. Nie ma mowy o nartach (już wykupiłem na styczeń tygodniowy pobyt we Włoszech). Zbliżały się święta, Nowy Rok z imprezą sylwestrową, karnawał. Nie mówiąc już o codziennej pracy, przy której też się człowiek niemało naskacze. W połowie listopada dowiedziałem się, że zabieg będzie wykonywany w Szpitalu Powiatowym we Wrześni, dokładnie tuż przed świętami. W końcu przyszedł D-day. Sam, bez niczyjej asysty, pojechałem do szpitala. Wziąłem ze sobą to, co zwykle bierze się na krótki wyjazd służbowy, ale dodatkowo zestaw śniadaniowo-obiadowy (kubek i sztućce). To ważne, bo w szpitalach nie ma zastawy stołowej, a jeść trzeba.

Recepcja szpitala nigdy nie wygląda jak recepcja hotelu. Widziałem już różne, zwykle szare, źle oświetlone, pełne ludzi o zmęczonych oczekiwaniem, beznamiętnych twarzach. Tym razem było na szczęście inaczej: nowy budynek, szerokie dobrze oświetlone wejście, recepcja na tle jasnej ściany, żadnej kolejki. Szybko i sprawnie zostałem formalnie przyjęty do szpitala, zmierzono mi ciśnienie, założone kartotekę i pokierowano na I piętro na oddział ortopedyczny. Tam z kolei, po krótkim oczekiwaniu, przydzielono mi łóżko. Cały czas byłem świadomym swojego cywilizacyjnego i zawodowego dorobku radcą prawnym, światowcem, co najmniej Europejczykiem, który przyjechał załatwić jakiś drobny medyczny problem. Po przebraniu się w piżamę straciłem swój status. Potem towarzyska i rozmowna pielęgniarka zainstalowała mi wenflon. Pokój był dwuosobowy, sterylnie czysty, z dużym oknem. Podłoga w kolorze hiszpańskich pomarańczy dawała wrażenie ciepła i przytulności. Równie przyjazny okazał się mój sąsiad, świeżo po operacji stawu biodrowego.

Rano o 6:00 obudziła nas bezceremonialnie pielęgniarka. Weszła hałaśliwie do pokoju, zapaliła światło i wyszła. To podobno standard w szpitalach.

Najgorsze jest oczekiwanie na operację. Mój zabieg był trzeci na wokandzie. Na salę pojechałem dopiero w południe. Dla zabicia wlekącego się okrutnie czasu zrobiłem sobie zdjęcie w szpitalnym żakiecie, w który na polecenie pielęgniarki przebrałem się rano. Bardzo twarzowy, jasno niebieski, wyróżniał się dużą pieczątką z napisem „Pralnia Luboń” i tylko jedną kompletną parą tasiemek, którymi można było go związać. Zdjęcie zamieściłem na Fb i dopisałem „Leżę w łóżku i czekam na operację. Obok mnie leży strach. Ja jestem coraz mniejszy, on coraz większy”. Dostałem sporo przyjaznych komentarzy. Przydały się bardzo.

Operacja się udała. Wykonano niezbędne korekty. Żadne komplikacje nie wystąpiły. Zabieg tego typu wykonywany jest przy znieczuleniu miejscowym. Kolano nie bolało nawet wtedy, gdy znieczulenie puściło. Powiedziałem o tym lekarzowi, który mnie operował. Przyszedł wieczorem spytać, jak się czuję.

To nie było przewidziane – uśmiechnął się.

Muszę się przyznać, że dopiero wtedy poczułem prawdziwą ulgę. Przestałem się bać.

Następnego dnia wróciłem do domu. Pozostało we mnie wspomnienie ludzi, których twarzy czy imion nawet nie pamiętam, ale którzy się mną opiekowali. Tym felietonem chciałbym wyrazić im swoje uznanie i podziękowanie. Moje doświadczenia ze służbą zdrowia, także zawodowe, niestety nie zawsze były takie budujące. Ale o tym w następnym felietonie.