Życie z pasją

0

Między sądem a stajnią

Rozmowa z Kornelią Kawałko, radcą prawnym z OIRP w Olsztynie,
hodowczynią koni, pasjonatką jeździectwa i przewodniczącą
Komisji Rewizyjnej Warmińsko-Mazurskiego Związku Hodowców Koni.

Kornelia Kawałko

Radca prawny z Okręgowej Izby Radców Prawnych w Olsztynie. Od 2014 r. prowadzi własną kancelarię w Dywitach, specjalizując się w sprawach z zakresu prawa cywilnego, rodzinnego oraz administracyjnego. Jest wielką miłośniczką Warmii. Prywatnie mama dwóch córek (11 i 9 lat). Właścicielka dwóch gniadych klaczy.

Zawód radcy prawnego kojarzy się z nienagannym strojem i elegancką kancelarią. Pani tymczasem przyznaje, że regularnie przynosi do domu zapach stajni. Czy te dwa światy łatwo pogodzić?

Paradoksalnie uważam, że osoba, która ma predyspozycje do wykonywania zawodu radcy prawnego, ma też idealny grunt mentalny do pracy z końmi. Cechy pożądane w kancelarii to spokój, analityczne myślenie i cierpliwość, czyli dokładnie to samo, czego potrzebujemy w pracy z końmi. Jeśli ktoś ma taką konstrukcję psychiczną, będzie czerpał z koni radość, zamiast frustrować się w chwilach niepowodzeń. Wszyscy wiemy, że koń to nie rower ani samochód i nie zawsze zachowuje się tak, jakbyśmy tego chcieli. Czasem możemy zrobić wszystko idealnie, a efekt i tak może być daleki od zamierzonego. Uważam jednak, że świat koni jest wspaniały. W stajni mogę być brudna, nieuczesana, w kaloszach i płaszczu przeciwdeszczowym do kostek. Nikt się temu nie dziwi. Mam tam znajomych: lekarzy, położne, księgowe, ale zawód wykonywany nie ma znaczenia, bo tam jesteśmy po prostu ludźmi.

Co daje pani obcowanie z końmi, czego nie jest w stanie dać praca w kancelarii?

Zaskoczę panią: nic. A mówię to dlatego, że święcie wierzę, i wynika to z mojego doświadczenia, że koń nie może być rzeczą do zaspokajania naszych potrzeb. Traktowanie zwierzęcia jako czegoś, co dodaje nam prestiżu czy poczucia własnej wartości, to droga do snobizmu i frustracji. Koń myśli inaczej niż my, nie operuje kategoriami dobra i zła, lecz kategoriami stadnymi. Oczywiście cieszę się ich pięknem, szlachetnością i mądrością, ale zawsze mam z tyłu głowy, że to nie jest narzędzie do poprawiania sobie nastroju. Wielokrotnie się zdarzało, że wracałam z pracy w słabym stanie i wiedziałam, że to nie jest moment na trening. Konie czytają nas jak otwartą książkę. Widzą spięcie, ale nie rozumieją jego przyczyny. Więc czują lęk, myśląc, że nadchodzi zagrożenie. Z tego biorą się niebezpieczne sytuacje. Konie są lustrem człowieka. Oddają to, co same od niego dostały.

Mówi pani o relacji lustrzanej, a czy można tu mówić o przyjaźni?

Ujmę to inaczej: konie nie przyjaźnią się z ludźmi. To my obdarzamy je emocjami, ale nie liczmy na wzajemność w ludzkim rozumieniu. Koń traktuje nas utylitarnie, jako członków stada, którym musi być podporządkowany i którzy zapewniają bezpieczeństwo i dostarczają jedzenie. Konie bardzo szybko się uczą, że człowiek to „donosiciel” marchewek, i potrafią być w tym bardzo roszczeniowe. Ja darzę moje konie sympatią i podziwem, ale mam świadomość, że one traktują mnie przedmiotowo, bo tak im nakazuje instynkt.

To bardzo rzeczowe podejście. Pani relacja z końmi jest bardzo długa. Ma pani obecnie dwie klacze, ale wcześniej przez ćwierć wieku towarzyszył pani Muminek.

Tak, Muminek był ze mną przez całe swoje życie i połowę mojego. Tata kupił go mi i siostrze w 2000 roku, kiedy miałam 14 lat. On był wtedy roczniakiem. To była ogromna szkoła obowiązkowości. Przez całe wakacje, okres szkoły i studiów. Pamiętam, jak w wakacje wstawałam codziennie o piątej rano, żeby sprowadzić go z pastwiska, zanim zaczną atakować go muchy. O 21 trzeba było go znów wyprowadzić. Nie było taryfy ulgowej. To we mnie wrosło. Dzisiejsza dziewięcioletnia klacz Daglezja AA miała być jego następczynią i rzeczywiście nią jest. Mam też jej dwuletnią córkę Dadawah.

Ta dwulatka urodziła się już pod pani bezpośrednią opieką?

Tak. Sama wybrałam ogiera, dopilnowałam ciąży. Choć samego porodu nie udało mi się upilnować. Moja kobyła, na przekór statystykom, postanowiła wyźrebić się w dzień, mimo że przez dwa tygodnie pilnowałam jej nocami. Od początku sprawuję jednak nad tym źrebakiem opiekę. To uczy pokory.

Co jest najtrudniejsze w hodowli koni?

Hodowla to dla mnie nie tylko dobór ogiera, ale przede wszystkim praca z charakterem, który koń w dużej mierze dziedziczy po matce. W tym świecie nie ma miejsca na fałszywy sentymentalizm. Koń musi od źrebaka wiedzieć, że człowiek jest w hierarchii wyżej. To kwestia bezpieczeństwa, bo przy zwierzęciu tej wagi błędy wychowawcze bywają kosztowne.

Pani klacze to konie sportowe. Czy startuje pani w zawodach?

Tak, Daglezja to koń rasy małopolskiej, a literki AA świadczą o tym, że spełnia wymogi wpisu do księgi angloarabskiej, natomiast Dadawah jest rasy polski koń sportowy. Dla mnie więc to jest sport i trenuję regularnie. W świecie profesjonalistów jednak moje jeździectwo byłoby uznane za rekreację. Startuję w zawodach najniższej rangi. Mam dom, męża, dwójkę dzieci i pracę: na zawodową karierę jeździecką nie wystarczyłoby czasu. Poza tym konie mam dla przyjemności, nie chcę się w tym „napinać”.

Czy zawód radcy prawnego pomaga pani w siodle?

Fundament jest ten sam: to umiejętność zachowania spokoju i „trzeźwej głowy”. Na sali sądowej sytuacja potrafi zmienić się w sekundę: świadek nagle zeznaje coś zupełnie przeciwnego, niż zapowiadał klient, albo sam klient traci panowanie nad sobą i zaczyna krzyczeć na sąd. Takie momenty wymagają błyskawicznej, stanowczej, ale przede wszystkim opanowanej reakcji. Z końmi jest bardzo podobnie. Dobrym przykładem jest niedawne zdarzenie. Moja klacz jest łagodna wobec ludzi, ale kompletnie nie akceptuje wałachów. Gdy tylko jakiś się zbliży, ona po prostu zaczyna go kopać. Podczas treningu zdarzyło się, że młody wałach poniósł koleżankę, zrzucił ją i ruszył prosto na mnie. Wiedziałam, co się stanie, gdy do nas dobiegnie. Miałam dosłownie trzy sekundy na decyzję. Dzięki temu, że zachowałam spokój, nic nikomu się nie stało. Koń też bezlitośnie weryfikuje naszą sumienność i umiejętność przyjmowania krytyki. Zwierzę bardzo szybko komunikuje nam, że popełniamy błąd (zazwyczaj wykorzystując błędy, by awansować w hierarchii) i musimy zmienić swoje postępowanie. W obu tych światach nie wszystko zależy od nas, dlatego tak ważne jest poczucie obowiązku, ale i umiejętność odpuszczania.

Łatwiej negocjuje się ze zwierzętami czy z ludźmi?

To zależy (śmiech)! Konie mają prostsze zasady, ale często nie znamy ich przeszłości i przebytych traum. U ludzi motywacje są bardziej złożone, ale teoretycznie łatwiejsze do ustalenia. Choć wiemy, jak to w praktyce bywa… nie zawsze z ludźmi jest łatwiej.

Zajmuje się pani wszystkim sama? Wspomniała pani, że po naszej rozmowie jedzie „robić jedzenie”.

W stajni jest stajenny, opieka jest bardzo dobra, ale uważam, że za konia zawsze odpowiada właściciel. Można pojechać na wakacje, ale najpierw trzeba przygotować posiłki do pudełek na dwa tygodnie i poprosić np. koleżankę, by zerkała, czy wszystko jest w porządku. Prawda jest taka, że konie wymagają dużo poświęcenia.

Członkowie pani rodziny też są koniarzami?

Mój mąż jak na razie wykazuje dużą dozę wyrozumiałości, tolerancji i wsparcia, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Starsza córka połknęła bakcyla, młodsza woli uroki stajennego życia, jak skakanie po balotach siana czy ganianie kota.

Pełni pani też funkcję przewodniczącej Komisji Rewizyjnej Warmińsko-Mazurskiego Związku Hodowców Koni. Tam dominuje oko prawnika czy serce pasjonatki?

To są sprawy formalno-prawne, więc wybrano mnie ze względu na zawód i doświadczenie. Na posiedzeniach zarządu zawsze jestem prawnikiem, choć pasja oczywiście pomaga przy ważeniu argumentów.

Jakie ma pani plany na najbliższą przyszłość? Kolejne konie?

Na ten moment dwa konie to maksimum. To ogromny koszt, zarówno finansowy, jak i czasowy. Koń wymaga uwagi, by wyłapać pierwsze sygnały choroby lub błędy w pracy. Kiedy młodsza klacz dorośnie, może mi zabraknąć sił i energii, by jeździć na obu. Wtedy pewnie będę musiała jedną wydzierżawić lub sprzedać. Na razie mam starty: w maju championat użytkowy z młodszą, w czerwcu ujeżdżenie ze starszą.

Czego pani życzyć?

Końskiego zdrowia. Dla koni i dla mnie.

Wszystkiego dobrego.

Rozmawiała Marlena Felisiak