Paragrafy na pełnym gazie

0

Rozmowa z Celiną Perskiewicz, radcą prawnym z OIRP w Warszawie, pasjonatką motorsportu i managerką zespołu wyścigów motocyklowych Szkopek Team.

Celina Perskiewicz

Pochodzi z Malborka. Studia prawnicze oraz aplikację radcowską ukończyła w Olsztynie. W 2011 roku przeprowadziła się do Warszawy. Doświadczenie zawodowe zdobywała m.in. w sądzie, kancelariach oraz korporacjach z branży finansowej. Od 2018 roku związana ze światem wyścigów motocyklowych, gdzie odpowiada za zarządzanie zespołem, kwestie organizacyjne i współpracę z partnerami. Łączy doświadczenie prawnicze z pasją do motorsportu. Prywatnie jest opiekunką dwóch psów rasy jack russell terrier – Zapałki i Qlki – oraz autorką powstającej powieści kryminalnej.

Kiedy w pani życiu pojawiły się motocykle? Pamięta pani swój pierwszy raz?

Tak, doskonale pamiętam. Mój pierwszy raz na motocyklu był w roli pasażera. Był to marzec i było niezwykle zimno. Zmarzłam tak, że po powrocie długo stałam pod gorącym prysznicem. Odczuwane emocje były nieporównywalne z niczym, czego wcześniej doświadczyłam. Powiedziałam sobie: robię prawo jazdy. I tak też zrobiłam. Jazda motocyklem była moją odskocznią, każdy wyjazd działał jak oczyszczacz głowy. To aktywność, która wymaga pełnej koncentracji i działa jak medytacja: jestem tylko ja i droga, nie ma miejsca na myślenie o pracy, problemach czy obowiązkach.

Zdarzało się pani przyjeżdżać motocyklem na spotkania z klientami?

Tak, i im się to podobało, kombinezon motocyklowy robił większe wrażenie niż marynarka. Na szczęście nie miałam takich klientów, którzy akceptowaliby mnie tylko w garniturze. Zresztą w świecie prawniczym zawsze trochę odstawałam, wiele razy usłyszałam: „Ty naprawdę jesteś radcą prawnym? Jakoś nie pasujesz. Prawnicy są sztywniejsi” [śmiech].

W pewnym momencie zdecydowała pani jednak o całkowitym zamknięciu praktyki. Co o tym przesądziło?

Poznałam Pawła Szkopka, dwunastokrotnego mistrza Polski i mistrza Europy w wyścigach motocyklowych. Zostaliśmy parą w życiu prywatnym, a później także zawodowym. W zasadzie od razu zaczęłam jeździć z nim na wyścigi i podglądać, jak funkcjonują zespoły: polskie i zagraniczne, w mistrzostwach Polski i mistrzostwach świata. Patrzyłam, co jest dobre, a czego unikać. Na przełomie 2019 i 2020 roku stworzyliśmy swój zespół. Przez pewien czas prowadziłam równolegle kancelarię. Pracowałam non stop, chodziłam spać o trzeciej, czwartej rano, wstawałam o ósmej. To spowodowało, że nie miałam już czasu na samodzielną jazdę na motocyklu. Planowałam kogoś zatrudnić, żeby delegować zadania, ale moi klienci chcieli pracować bezpośrednio ze mną. Musiałam wypowiedzieć umowy i przeorganizować życie.

I teraz wiedza radcy prawnego służy wyłącznie zespołowi?

Tak, od tamtej pory pracuję jako radca, ale na nasze własne potrzeby. Zawsze marzyłam o pracy, która pozwoli mi podróżować po świecie, i zastanawiałam się, jakim cudem poszłam na prawo, skoro to się nie łączy. A jednak się da. Sama już nie jeżdżę na motocyklu, ale brak czasu i wysokie poczucie odpowiedzialności za naszą działalność i zawodników zrobiły swoje. Paweł miał kilka poważnych wypadków, mieliśmy pod sobą nastoletnich zawodników, których przygody także nie omijały. Pomyślałam: gdybyśmy oboje coś sobie zrobili na wyjeździe, to kto zajmie się firmą, naszymi psami i nami? Niezależnie od tego wyścigi stały się moją wielką pasją i uwielbiam je obserwować z boku.

Jak wygląda struktura i model działania zespołu w obecnym sezonie?

W tym roku Paweł został mentorem dla 24 młodych zawodników z całego świata w Pucharze Świata Yamaha R3 BLU CRU World Cup. Ja współpracuję z tym pucharem organizacyjnie. Prowadzę też agencję, pozyskuję sponsorów dla zespołów. Pilnuję zapisów umów, uzgadniania ich warunków i dopilnowuję ich realizacji. Zawodowo robię to, co naprawdę kocham i co z przyjemnością robiłabym nawet wtedy, gdyby nikt mi za to nie płacił. Spędzam weekendy na torach wyścigowych w różnych zakątkach świata. Oczywiście bywają dni, gdy obowiązków jest tak dużo, że trudno znaleźć chwilę na oddech. Do tego dochodzą wymagające warunki: przenikliwe zimno, wiatr i deszcz albo upały, w których trudno wytrzymać. Mimo to nigdy nie traktuję tego jako ciężaru. Wyścigi na tym poziomie są elitarnym wydarzeniem i nie każdy ma do nich dostęp. Dziś sama jestem częścią tego świata. Za każdym razem, gdy wychodzę na tor podczas track walk, zakładam rolki albo wsiadam na rower, żeby przejechać okrążenie, odczuwam dokładnie tę samą ekscytację i wdzięczność.

Padok motocyklowy uchodzi za bardzo męski świat. Jak się pani w nim odnalazła jako kobieta?

Bardzo dobrze. W korporacji jako prawnik czasem spotykałam się z niemiłymi sytuacjami i zawiścią, często ze strony kobiet dyrektorek. Na padoku tego nie ma. Kobiety, które tam pracują na znaczących stanowiskach (głównie Włoszki czy Hiszpanki), są pewne siebie, nie rywalizują ze sobą i stawiają na współpracę. Zresztą im wyższa ranga zawodów, tym lepsza atmosfera. Nie czuć zbędnego dystansu, z każdym można porozmawiać w otwarty sposób.

A jak środowisko prawnicze reagowało na pani nową rolę? Były jakieś głosy krytyki?

Wiem tylko o jednym takim przypadku. Jeden ze starszych radców prawnych powiedział, że to, co robię, nie przystoi i jest wstydem dla zawodu. Chodziło o zdjęcie, na którym stoję przy zawodniku z parasolem na polach startowych. Wiele osób kojarzy tę rolę wyłącznie z tak zwanymi Umbrella Girls i patrzy na nią przez pryzmat stereotypów. Tymczasem w rzeczywistości z parasolem bardzo często stoi po prostu ktoś z zespołu: mechanik, szef teamu, partnerka zawodnika czy jego manager. Ja byłam zarówno partnerką Pawła, jak i managerką zespołu. To nie jest zwykła część pracy. Zawodnik ma zapewniony cień w upale, ochronę przed deszczem czy inne wsparcie, którego potrzebuje. Na co dzień słyszę coś zupełnie innego: „Boże, jak ja ci zazdroszczę, że miałaś odwagę zmienić swoje życie”. Cieszę się, że swoim przykładem mogę pokazywać, iż nie trzeba zamykać się w jednym zawodowym schemacie i że naprawdę można połączyć pracę z pasją.

W środowisku motocyklowym prowadziła pani bloga „LawRider”, ale teraz pracuje pani nad czymś zupełnie innym…

Bloga „LawRider” musiałam odciąć w pierwszej kolejności, bo zwyczajnie nie miałam już na niego czasu. Pisanie jednak zawsze sprawiało mi frajdę. Widziałam pracę sądu od środka i wiedziałam, jak nużące i czasochłonne jest dla sędziów czytanie kolejnych pism. Dlatego starałam się tworzyć takie, które czytało się płynnie, szybko, a przede wszystkim zrozumiale. Do dziś pamiętam słowa jednej sędzi, u której odbywałam praktyki. Powiedziała wtedy, że moje protokoły z wokandy czyta się jak opowiadanie. Kto by wtedy przypuszczał, że kiedyś faktycznie będę je pisać [śmiech]. Zdradzę, że jestem w trakcie pracy nad powieścią kryminalną. Piszę o tym, co znam – czerpię zarówno ze świata prawa, jak i świata wyścigów. To dwa dość hermetyczne środowiska, do których większość ludzi nie ma dostępu. Mam nadzieję, że właśnie dlatego będą dla czytelników interesujące.

Co radzi pani koleżankom i kolegom z branży, którzy czują rutynę lub boją się realizować swoje pasje?

Odmianę. Sama co kilka lat zmieniałam obszar, w którym pracowałam. Każda nowa dziedzina wymaga czasu na naukę i wdrożenie się, ale jednocześnie wnosi do życia zawodowego świeżość. Mam świadomość, że nie każdy może sobie pozwolić na takie zmiany i że zasadniczo to nie jest łatwe. Ja nie mam dzieci, dlatego dysponuję większą elastycznością i łatwiej było mi podejmować kolejne wyzwania. Wierzę jednak, że każdemu potrzebna jest odskocznia, żeby nie wpaść w rutynę.

Rozmawiała Marlena Felisiak