Jak nabrać w górach dystansu do pracy zawodowej

0

Zawód prawnika nie należy do łatwych. Zmieniające się przepisy i niestabilne orzecznictwo potrafią spędzać sen z powiek. Do tego terminy, które złośliwie wylatują z głowy mimo zapisania w kalendarzu wielkimi literami.
Nie ma co kryć, miewamy pod górkę. A że właśnie trwają wakacje, nieraz dokładamy sobie wysiłku, wybierając się w Tatry. Ale z drugiej strony…
Czy nie robimy tego po to, by popatrzeć na swoją pracę zawodową z góry,
to jest nabrać do niej odpowiedniego dystansu?

Tego, komu znudziły się Tatry letnią porą pełne gwaru turystów, zapraszam do odwiedzenia tych dziewiętnastowiecznych. Były one zdecydowanie bardziej ciche i zaskakujące. Ludzie na ich widok potrafili klękać z zachwytu, i to bynajmniej nie w przenośni. Łucja Rautenstrauch tak w 1844 r. opisywała swoje wrażenia na temat Morskiego Oka: „Wybiegłam, spojrzałam i padłam na kolana, na twarz…, oczy obu rękami przykryłam, jakbym oblicze Boga, a przynajmniej tron jego ujrzała […]. Czułam, żem niegodna podziwiać tej wielkości, czułam serce uczuciami brzemienne […]. Nie wiem, jak długo trwał obłęd tego pierwszego wstrząśnienia […]. Nie ma pióra, nie ma słów do oddania pierwszego wrażenia tego widoku, przed którym na kolana upadłam”[1]. W podobnym tonie utrzymane były wspomnienia Ambrożego Grabowskiego, który pisał: „Pełen uniesienia ukląkłem, i przy tym wspaniałym ołtarzu potęgi Jego głęboki mu pokłon uszanowania złożyłem”[2].

W XIX w. wśród chodzących po wysokich Tatrach było statystycznie zdecydowanie więcej prawdziwych turystów niż dziś. Na takie wyprawy pozwalała sobie garstka pasjonatów, a wręcz szaleńców, którzy pomimo opowieści o zbójnikach i duchach mieli odwagę zapuszczać się w te dzikie rejony. Należy zauważyć, że ostatniego smoka na tych terenach zabito w drugiej połowie XIX w. Bartłomiej Obrochta (ur. w 1850 r.) wspominał, że jeszcze za jego życia zbieracz leczniczych ziół Ludwik Horowic sprzedawał chłopom kości takiego potwora. Miały one pomagać na ból głowy, a także na dolegliwości u zwierząt domowych. Kruszył je na kawałki, zawijał w papierki, a prosty lud kupował panaceum i stosował z przejęciem.

W XIX w. Tatry to było miejsce dla szczególnie zdeterminowanych, którzy byli gotowi zaprzeć się samych siebie, zostawić luksusy i hrabiowskie tytuły w mieście. Bo gdy wchodzono w deszczu i błocie pod górę, wszyscy stawali się równi.

Po jednym przewodniku na każdego turystę

Brakowało map, schronisk i drogowskazów. Z tego też powodu podczas wędrówek potrzebna była opieka przewodników, którzy w tamtym czasie wywodzili się zazwyczaj z kłusowników. Biegając za zwierzyną po Tatrach wzdłuż i wszerz, znali je jak własną kieszeń. Ludzie z wyższych sfer nie mieli w zwyczaju nosić ekwipunku, więc na porządku dziennym było zamawianie dodatkowo kilku „chłopów pod torbę”, czyli tragarzy, którzy przy okazji „usłużyli w dzień i w nocy” i uczynili zadość wszelkim zachciankom. Tragarz taki niósł na plecach tobół zawinięty w białą płachę, trzymał również w ręku kociołek do gotowania wody na herbatę.

Jakby tego szczęścia w szczęściu było mało, zdarzało się, że obok kilku mężczyzn do pomocy najmowano po jednym przewodniku dla każdego turysty. Mieczysław Orłowicz pisze, że podczas wyprawy zorganizowanej przez Tytusa Chałubińskiego każdy z 13 zaproszonych miał swojego, którego zadaniem było dodatkowo podawanie ręki w trudnych sytuacjach, podsadzanie, łapanie w objęcia podczas schodzenia ze skalnych stopni. Niestety przewodnika zabrakło dla 14. uczestnika, co wzbudziło w nim prawdziwe przerażenie: „szczególnie, gdy popatrzył na ścianę Mięguszowieckiej Turni, na którą miał wejść bez własnego górala, […] chciał zawrócić, a idąc już ku górze, dostał czegoś w rodzaju szoku nerwowego ze strachu”[3].

W wyniku takich praktyk nieraz w Zakopanem brakowało fachowców od „wodzenia”. Bronisław Gustawicz zauważał, że „pieniężni” goście z Krakowa i Warszawy ich nagminnie najmowali: „wyłącznie na swoje usługi, na cały czas swojej w Zakopanem bytności, czy gdzie idą, czy nie idą, nie pozwalając im przez cały ten czas z nikim innym chodzić. Wycieczki tych panów trwają zazwyczaj dni pięć do tygodnia, a jednemu z nich nie wystarcza jeden przewodnik, lecz musi ich mieć od razu kilku, przy tym ćmę [chmarę] chłopów niosących namioty, jadła i napitku […], trzeba też muzyki, ażeby po rozbiciu obozu nikomu się nie przykrzyło”[4].

Rąbanie, strzelanie i śmiecenie

Po trudach wspinaczki przychodził czas na odpoczynek. Rąbano więc świerka, by było czym rozpalić ognisko. Siadano przy nim, słuchano, jak górale grają na skrzypkach, a ich śpiew niósł się „po całych wirchach”. W wolnych chwilach strzelano z rewolwerów, by podziwiać spłoszone kozice. Walery Eljasz-Radzikowski w „Ilustrowanym przewodniku do Tatr i Pienin” przestrzegał turystów, by nie strzelali „po Tatrach” dla zabawy z pistoletów – ale na darmo. „Hukanie” przy byle okazji i pod byle pretekstem było istną plagą tamtych czasów.

Gdy natrafiano na potok, podcinano ciupagą i przewracano kolejne drzewo. W ten sposób powstawał mostek, dzięki któremu turysta z miasta mógł przejść na drugą stronę wody suchą nóżką.

Czasem jednak zdarzały się przejawy troski o wspólne dobro, jakim była przyroda. Niektóre przewodniki pouczały o konieczności szanowania gór i o tym, by nie pozostawiać po sobie obrzydliwego śmietnika w miejscu popasów. Przecież, jak instruowały, pozostałości po jedzeniu można ukryć kulturalnie w lesie, w szczelinach skał lub zrzucić w przepaść.

W „Przeglądzie Zakopiańskim” z 1899 r. można było przeczytać skargę pewnego turysty, który zwracał uwagę na brak porządku wokół schronisk i na szczytach. Piękno tych miejsc, według niego, psuje niemiłosiernie widok śmieci, papierów rozmaitych, odpadków żywności, potłuczonego szkła. A przecież gospodarzy schronisk można by zobowiązać do zamiatania sal, a także sprzątania najbliższego otoczenia. W dodatku – podpowiadał letnik – podczas wycieczek mogliby przewodnicy pamiętać o porządku, co nie powinno nastręczać żadnego kłopotu, bo przecież „przepaście otaczające każde miejsce zdolne [są] pochłonąć wszystko, co gościowi okaże się zbyteczne”[5].

W „Taterniku” Stanisław Muszyński narzekał na fotografa, który przy drodze z Morskiego Oka do Czarnego Stawu umieścił na kamieniach napisy informujące o szybkości wywoływania robionych przez siebie zdjęć: „czyby nie można było usunąć owych nieestetycznych napisów, tak rażących wśród pięknej przyrody” – wzdychał autor. Przewidywał jednocześnie, że z czasem liczba reklam w górach będzie wzrastać, bo w niedalekiej przyszłości napłynie szeroką falą rzesza podróżnych, a za gośćmi zjawią się „aferzyści wszelkiego rodzaju, którzy będą się starali rozpowszechniać swoje towary za pomocą jak najwięcej rzucających się w oczy ogłoszeń”. Tymczasem należałoby góry uczynić własnością narodową, to jest miejscem, do którego „spekulacja wkraczać nie może”, tak aby „ręka spekulanta nie kalała surowego posępnego piękna, jakiem przyroda tak hojnie obdarzyła nasze góry”. I nie pomylił się wiele. Towary sprowadzane z całego kraju, a nawet Chin zalały Podhale, a ich sprzedawcy robią, co mogą, by kupującym na ulicach Zakopanego rzucać się w oczy. Szczęśliwie nie dotarły jeszcze na górskie szlaki. 

Przy pisaniu artykułu wykorzystano fragmenty książki autorki „Sielankowanie pod Tatrami, życie codzienne i niecodzienne Zakopanego w XIX w.”

Z przepisów porządkowych dla przewodników tatrzańskich zamieszczonych w książeczce służbowej Klemensa Bachledy (ur. 1849 r. lub 1851 r., zm. 1910 r.), przewodnika i ratownika tatrzańskiego, członka Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego:

[…]

§ 11. Przewodnik winien się zachowywać z największą uprzejmością i usłużnością wobec każdego gościa, dbać o tegoż dobro, zdrowie i bezpieczeństwo pod każdym względem.

§ 12. Przewodnik obowiązany jest powierzone mu do niesienia rzeczy, jako to żywność, napoje, ubranie itp., dostawić gościowi w najlepszym stanie; w przeciwnym razie, jeżeli z jego winy szkoda nastąpiła, odpowiada własnym majątkiem za straty w tym względzie poniesione. […]

§ 17. Gdyby się przewodnik źle sprawował, gdyby się upił, okazał się zuchwałym, krnąbrnym i niedbałym w spełnieniu swoich obowiązków, może być każdej chwili oddalony przez gościa. Nie należy się wtedy przewodnikowi wynagrodzenie ani za drogę, ani za czas konieczny do powrotu do domu. […]

§ 19. Każdy przewodnik obowiązany jest do niesienia gościowi rzeczy lub żywności do 10 kilo przy wyprawach trudnych, a do 15 kilo przy wycieczkach zwyczajnych. W razie większego ciężaru wysokość opłaty zależy od dobrowolnej umowy obopólnej.

§ 20. Przy trudnych wyprawach po Tatrach jeden przewodnik nie może prowadzić więcej sam nad dwie osoby, gdyż w niebezpiecznych przejściach nie zdołałby dostatecznej użyczyć pomocy i opieki swoim gościom.


[1] Ł. Rautenstrauch, Miasta, góry i doliny, Poznań 1844, s.  162, 165.

[2]A. Grabowski, Kilka godzin pobytu w Tatrach nad jeziorami Morskie Oko i Czarny Staw w Galicyi i Cyrkule Sandeckim, „Dziennik Warszawski” 1826, t. 3, nr 10, s.  340, 341.

[3] M. Orłowicz, Moje wspomnienia turystyczne, wybór W. Ferens, przedm. R. Wroczyński, Wrocław 1970, s.  112.

[4] B. Gustawicz, Kilka wspomnień z Tatr, „Wędrowiec” z 2 października 1879 r.,
s.  221.

[5] Jeden z turystów…, „Przegląd Zakopiański” z 3 sierpnia 1899 r., nr 1, s.  6.