Hotele i oberże w XIX w.

0

Najpiękniejszy rodzaj podróży to podróż w czasie. Nie grozi zagubieniem bagażu, tropikalnym wirusem i jest bezpieczna dla kieszeni.
Jednym słowem, kierunek w sam raz na nadchodzące wakacje. Choć i taki wędrowiec czasem musi odpocząć. Zapraszam zatem do dziewiętnastowiecznych hoteli, na pewno coś państwo dla siebie wybiorą.

radca prawny,
autorka prowadzi blog
historyczno-obyczajowy
www.lisak.net.pl/blog

W XIX w. podróżowanie nie było zajęciem dla tych, którzy kochali wygodę, lecz dla prawdziwych herosów. Z tego też powodu wielu nie wychylało nosa poza najbliższe okolice przez całe życie. Zdecydowanie częściej niż dziś jeżdżono z potrzebą, w odwiedziny do rodziny, z interesem czy też do wód w celach leczniczych. Na większe odległości starano się podróżować od wiosny do wczesnej jesieni, w pozostałych miesiącach trakty robiły się słabo przejezdne. Zimą, gdy drogi zasypał śnieg, bez map i znaków łatwo było się zgubić. Bywało, że w rozległych, niezamieszkałych przestrzeniach przez cały dzień nie było kogo zapytać o kierunek. Prawdziwym utrapieniem były egipskie ciemności, „nie raz na płot wjechaliśmy, gdyż nic nie było widać”, wspominała jedna z pamiętnikarek.

Karczmy

Na traktach na zakurzonych podróżnych czekały karczmy i gospody. Nie można było spodziewać się po nich niczego dobrego. Z braku miejsca goście nieraz musieli spać na podłodze wyściełanej słomą, na ławach do siedzenia czy też na stołach bilardowych. Jak wspomina Maria Kietlińska: „Nieubłagana proza życia w postaci brudnej karczmy żydowskiej stanęła mi przed oczyma. Wtłoczyliśmy się z powozem w wąską sień zajazdu na rynku, gdzie nam dano »wielką salę« […]. W »sali« nie było nic, prócz starego, krzywego bilardu z potarganym, niegdyś zapewne zielonym, suknem. Przyniesiono dwa brudne stołki i siano na posłanie. […] Leżąc wszyscy pokotem na ziemi […], usnęliśmy rychło. Obudziło mnie po chwili nie tylko głośne chrapanie kuzynki, lecz także jakieś mrowie, przebiegające po ciele. Zapaliwszy świecę, spostrzegłam z przerażeniem, że dopadło mnie czarne robactwo. Myślałam, że mrówki wypełzły spod brudnej podłogi. Były to – pchły! Takiego roju nie widziałam nigdy. Zerwałam się z posłania i zmieniwszy bieliznę, wlazłam na bilard, gdzie okrywszy się pledem, bez poduszki pod głową się położyłam”[1].

Od oberży do hotelu

W miastach podróżni zatrzymywali się w oberżach. W XIX w. uświadomiono sobie, że czas najwyższy pomyśleć o kliencie bardziej wymagającym, który mógł zapłacić więcej. Zaczęto więc podnosić standard i zmieniać nazwę na tę zaczerpniętą z francuskiego. Ewolucja językowa następowała powoli. W pierwszej połowie XIX w. nieraz w reklamie ten sam obiekt zwano równolegle oberżą i hotelem. Przykładowo w 1818 r. w „Gazecie Krakowskiej” wędrowni aktorzy znad Sekwany informowali, że bilety na ich występ można kupić w „oberży hotel de Dresde”.

W tego typu obiektach noclegowych częściej można było spotkać przedstawicieli wędrownych zawodów niż turystów. Przyjeżdżali tacy do miast, wynajmowali pokoje, po czym zamieszczali w prasie ogłoszenia mające reklamować usługi. Dzięki anonsom wiemy, że w hotelach sprzedawano egzotyczne ptaki, wyrywano zęby, malowano portret, a nawet dawano lekcje tańca… Osobliwie musiały wyglądać te miejsca pełne lekarzy z bożej łaski, wędrownych fotografów czy sprzedawców dywanów. 

Był nawet taki hotel, który swoje pomieszczenia wynajmował żałobnikom. W nekrologach ze zbiorów Biblioteki Jagiellońskiej nieraz przeczytać można, że oto pogrążona w żalu rodzina zaprasza do Hotelu Lwowskiego „na wyprowadzenie zwłok”. 

Choć oczywiście obok tych osobliwości były i wygody. Właściciele obiektów chwalili się w reklamach, że te posiadają: osobne pokoje do rozmów towarzyskich dla pań i panów, fortepian, łazienkę na piętrze, centralne ogrzewanie, dzwonek w każdym pokoju do przywoływania służącego… W restauracjach jedzącym przygrywała muzyka na żywo, były też zastawy wiedeńskie i „wina jakie kto chce”.

Każdy szanujący się hotel powinien był posiadać także stajnię dla koni. W zbiorach Biblioteki Jagiellońskiej przechowywany jest rachunek, w którym wyszczególniano takie pozycje, jak: owies, siano, świece do stajni, usługę służącego… Rangę zakładu podnosiło także posiadanie własnej sali balowej. Na początku XX w. wysoko na liście zalet plasowały się łazienki. W reklamie z 1907 r. Hotel Skoczyska w Zakopanem szczycił się tym, że ma je aż… dwie. Równie wysoką pozycję na liście wygód zajmowały: telefon, materace ze sprężynami, tarasy do kąpieli powietrznych i słonecznych, boiska do „tennisa”… Natomiast w anonsie z 1912 r. jeden z podhalańskich obiektów informował, że ma automatyczny przyrząd do budzenia oraz „autogaraż”, a wszystko to jest „ostatnim wyrazem komfortu i higieny”.

Jakby tych luksusów było mało, na przyjezdnych pod krakowskimi hotelami czekali tzw. ekspresi, czyli ludzie na posyłki. Za drobną opłatą mogli oni zanieść odzież do czyszczenia, kwiaty damie, list znajomym, zrobić zakupy… Ich znakiem rozpoznawczym była czerwona czapka z blaszką i numerem oraz szaro-niebieska bluza z czerwonym kołnierzykiem.

W czasach bez telefonów jakoś trzeba było dać znać o swoim przybyciu. Publikowano więc w prasie listy hotelowych gości. Dzięki nim wiem, że Kraków odwiedzały „żony doktorów”, „żony posłów”, „żony adwokatów”… No cóż, w XIX w.,
gdy kobiety z wyższych sfer nie posiadały jeszcze zawodów, starały się błyszczeć w towarzystwie pozycją i stanowiskiem swojego męża. Czasem dodawano, że ten czy tamten przyjechał z własną służącą, co świadczyć miało o zamiłowaniu do wygody i grubszym portfelu. 

Był jeszcze jeden powód takich publikacji; Magdalena Samozwaniec podaje, że w ten  sposób niewierne żony i wiarołomni mężowie dowiadywali się, że ich kochankowie przybyli do miasta. Powodem tego typu anonsów była także chęć odnowienia kontaktów handlowych, czyli, mówiąc szerzej, gospodarczych. 

Da pan grosik…

Na gości czekali pod hotelami nie tylko ekspresi, czyli panowie do usług, ale także żebracy. Każde miasto miało swoją żebraczą topografię. Jedni oblegali kościoły, inni cmentarze podczas ceremonii pogrzebowych, jeszcze inni hotele. Ci ostatni to była prawdziwa żebracza arystokracja, bo gdzie indziej można było spotkać tylu majętnych, którzy chcieli pokazać się w mieście od dobrej strony. Władysław Krygowski wspominał kalekę, który stał przed wejściem do Grand Hotelu. Bez obu nóg ubrany był jak żołnierz, w bluzę austriackiego landszturmisty z przerzuconą na ukos przez ramię skórzaną torbą. Ogorzałą, młodą i przystojną twarz zdobił wąs piechura. Pełen godności, miał swoich dobroczyńców, łącznie z właścicielem hotelu. Choć z drugiej strony krążyły słuchy, że był majętnym właścicielem domku z ogródkiem w Przegorzałach, a proszenie o pieniądze było jego sposobem na życie, nogi zaś stracił w wypadku[2].


[1]  M. Kietlińska, Wspomnienia, Kraków 1986, s. 231, 232.

[2] W. Krygowski, W moim Krakowie nad wczorajszą Wisłą, Kraków 1980, s. 35, 37.