„Filadelfia” – nie żyjemy na sali sądowej

0

Film został nakręcony ponad dekadę po tym, jak po raz pierwszy zdiagnozowano AIDS. „Filadelfia” (ang. Philadelphia) z 1993 r. to pierwsza wysokobudżetowa hollywoodzka produkcja o tej tematyce, utrzymana w konwencji dramatu sądowego. Nie jest to jednak film o samej chorobie, lecz o problemach, z jakimi stykali się i nadal stykają na nią chorzy – przede wszystkim z dyskryminacją. Temat jest spotęgowany faktem,
że zakażoną osobą jest gej. W latach 80. i 90. (a nawet jeszcze dziś) wiele osób sądziło, że homoseksualiści byli sobie sami winni. Wybrzmiewa to mocno w filmie.

Przełamanie tabu dotyczącego AIDS na ekranie nie było jedyną rzeczą, którą chciał poruszyć reżyser Jonathan Demme. Po sukcesie „Milczenia owiec” z 1991 r. miał ochotę na kolejny. Film co prawda nie otrzymał Oscara, ale otrzymał go Tom Hanks w kategorii „Najlepszy aktor” oraz Bruce Springsteen za przebój „Streets of Philadelphia”.

Odzyskać godność przed śmiercią

Fabuła filmu jest skoncentrowana na Andrew Becketcie (Tom Hanks), utalentowanym, homoseksualnym prawniku z dużej, tradycyjnej filadelfijskiej kancelarii prawnej. Wiemy, czego początkowo jego pracodawcy nie wiedzą, że Beckett ma AIDS. Charles Wheeler (Jason Robards), główny wspólnik, powierza Beckettowi sprawę dotyczącą najważniejszego klienta i informuje, że zostaje młodszym wspólnikiem w kancelarii. W trakcie tego spotkania inny prawnik zauważa na czole Becketta charakterystyczne zmiany nowotworowe skóry, mięsaka Kaposiego, będące charakterystycznym objawem AIDS.

Andrew Beckett zostaje niespodziewanie odsunięty od sprawy i poinformowany, że nie ma przyszłości w kancelarii. Na potrzebę zwolnienia została zorganizowana prowokacja. Pracodawca ukrywa ważny pozew, który zostaje odnaleziony w ostatniej chwili, przed terminem przedawnienia. Za całą sytuację zostaje obarczony Beckett. Andrew podejrzewa, że prawdziwym powodem zwolnienia jest choroba. Ma rację. Wheeler jest zbulwersowany całą sytuacją, stwierdza: „Przyniósł AIDS do naszych biur”. Jednak w trakcie seansu widz zastanawia się, co bardziej denerwuje Charlesa Wheelera – fakt, że Andrew ma AIDS, czy to, że jest homoseksualistą.

Dawny pracodawca Becketta jest tak potężny, że żaden prawnik w Filadelfii nie chce się z nim zmierzyć. Andrew w końcu w desperacji udaje się do Joe Millera (Denzel Washington), jednego z tych prawników, którzy reklamują się w telewizji. Prawnicy pojawiają się razem już w pierwszej scenie filmu, w której prowadzą negocjacje przed sędzią. Scena ta kończy się ich wejściem do windy, na zamykających się drzwiach widnieje napis „No justice, no peace” (Bez sprawiedliwości nie ma pokoju), hasło polityczne, które pojawiło się podczas protestów przeciwko aktom przemocy etnicznej wobec Afroamerykanów. Nie wiem, czy hasło to w filmie pojawiło się ze względu na fakt, że pełnomocnikiem Becketta został czarnoskóry prawnik, a więc przedstawiciel społeczności, która w Stanach Zjednoczonych jeszcze niedawno była traktowana jak ludzie gorszej kategorii, ale uwypukla ono kwestie dyskryminacji. Problem prześladowań Afroamerykanów w USA doskonale obrazuje film „Missisipi w ogniu” z 1988 r. w reżyserii Alana Parkera. Film oparty jest na śledztwie FBI dotyczącym morderstwa trzech obrońców praw człowieka w stanie Missisipi z 1964 r.

Miller nie od razu zgadza się na reprezentację Becketta. Gdy dowiaduje się, że Andrew jest chory na AIDS, wpada w panikę, konsultuje się z lekarzem. Zmienia zdanie, gdy przypadkowo jest świadkiem sceny, w której Beckett nerwowo przegląda prawnicze podręczniki, szukając precedensu, który pozwoliłby mu przed śmiercią odzyskać godność, a obsługa biblioteki wyraźnie go dyskryminuje. Kreacja Washingtona zasługuje na nie mniejsze uznanie od roli Hanksa. Jego postać również przechodzi w „Filadelfii” ogromną metamorfozę. W przypadku Hanksa jest to transformacja związana z ciałem i szybko postępującą chorobą, u Washingtona przemiana mentalna, światopoglądowa.

Andrew podejmuje nierówną batalię. Swoją decyzję konsultuje z najbliższymi, którzy wspierają go na każdym kroku. Duże oparcie ma w partnerze Miguelu (Antonio Banderas). W momencie rozpoczęcia procesu Andy już schudł i posiwiał. W sądzie Joe Miller rozszerza temat, poruszając kwestię panującego w społeczeństwie klimatu uprzedzeń, podczas gdy pełnomocnicy pozwanego pracodawcy uparcie twierdzą, że Andrew nie sprostał wymaganiom zawodowym. Scenariusz subtelnie unika standardowych klisz sali sądowej. Nawet gdy sprawa postępuje, środek ciężkości filmu przenosi się z procesu na postęp choroby Becketta.

Przeciw homofobii i dyskryminacji

Jeżeli można mówić o scenie przełomowej dla „Filadelfii”, która zapewniła Tomowi Hanksowi Oscara, to ta, w której jego bohater z pasją interpretuje arię „La mamma morta”, podczas gdy Denzel Washington przygląda się temu w oszołomionym milczeniu. Andy wyraża w niej akceptację śmierci, jednocześnie przyznając, że nadal kocha życie. Joe odczuwa strach, uświadamiając sobie, że jego klient już go nie brzydzi.

Homofobia i dyskryminacja w kontekście AIDS to ważne tematy w „Filadelfii”. Film porusza kwestię „winności” lub „niewinności” ofiar AIDS. Tego, czy choroba została przeniesiona poprzez kontakty seksualne, szczególnie homoseksualne, czy przez zdarzenie, na które osoba zakażona nie miała wpływu, jak transfuzja krwi. Film po 32 latach od premiery nadal obnaża nietolerancję i walkę o godność osób stykających się z dyskryminacją. Miejsce akcji, jak i tytuł, nie są przypadkowe. Filadelfia to kolebka Stanów Zjednoczonych, której dewizą jest hasło „Miasto Braterskiej Miłości” (ang. City of Brotherly Love). Miasto, w którym ponad dwa wieki wcześniej ogłoszono Deklarację Niepodległości. Symbol wolności i równości, która – zamiast gwarantem – bywa jedynie wzniosłym postulatem. Hasło miasta zostaje skomentowane w piosence przez Bruce’a Springsteena, kiedy śpiewa „Och, bracie, zostawisz mnie marniejącego. Na ulicach Filadelfii?”. Andrew Beckett nie został sam.

Przesłanie filmu jest wciąż aktualne

W moim przekonaniu postać głównego bohatera pozwala nam sobie uzmysłowić, że po przekroczeniu pewnej granicy pojawia się spokój, nie ma już strachu, zaczyna się wieczność. Z kolei Joe poprzez relację z Andym uświadamia sobie, iż w życiu ważne są te chwile, w których docieramy do drugiego człowieka. 

„Filadelfia” to opowieść o człowieku, który w jakimś sensie odzwierciedla każdego, kto miał świadomość, że choć „w sali sądowej nie istnieją różnice rasy, religii i orientacji seksualnej”, to na co dzień „…nie żyjemy na sali sądowej”. Andrew Beckett postanowił poświęcić ostatnie chwile życia na walkę z hipokryzją, batalię o sprawiedliwość i uznanie go równym innym ludziom. W majestacie prawa, ale przede wszystkim w oczach ludzi. Film pomimo upływu trzech dekad od premiery nadal ogląda się dobrze. Nie zestarzał się, a może nawet nabrał nowego znaczenia.