Zbliżają się walentynki. To dobry moment, by przyjrzeć się „uczuciowym ceregielom” naszych przodków. W XIX w. nie mieli oni łatwo. Niemal każdą sferę życia regulowały poradniki savoir-vivre i surowe normy obyczajowe. Dziś żyjemy swobodniej, dorzeczniej. Ma to swoje wady i zalety. Zakochujemy się szybko i niestety równie szybko rozstajemy.
W XIX w. kobiety nie pracowały. Ich pozycję w społeczeństwie wyznaczała pozycja męża, co nieraz zaznaczano w rozmowie – były więc panie doktorowe, mecenasowe, sędziny… Największą karierę, jaką mogły zrobić, to wyjść dobrze za mąż, by następnie w towarzystwie błyszczeć nazwiskiem i posadą męża. Dziewczęta marzyły więc o zawarciu związku tak, jak dzisiaj marzy się o dobrym stanowisku, naukowych sukcesach czy popularności w mediach. Co więcej, ślubny kobierzec dawał materialne zabezpieczenie. Jak pisała Eliza Orzeszkowa – „Kobieta jest zerem, jeśli mężczyzna nie stanie obok niej jako cyfra dopełniająca. […] Kobieta musi w jakikolwiek sposób uczepić się mężczyzny, jeśli chce żyć”[1].

Gdzie poznać kawalera
W XIX w. panienki z dobrych domów nie prowadziły własnego życia towarzyskiego, nie chodziły same do kawiarń, teatrów czy na bale. Z tego też powodu, by zwiększyć ich matrymonialne szanse, około 17. roku życia wprowadzano je w świat dorosłych. Zaczynały uczestniczyć w wizytach matki, pomagać przy przyjmowaniu gości w domu i odwiedzać bale. W tych ostatnich – zwanych przez niektórych złośliwie „jarmarkami matrymonialnymi” – pokładano największe nadzieje. Jak opisywał T. Boy-Żeleński – panna w zakurzonej sukni pod okiem mamy czekała pod ścianą, aż w końcu ktoś poprosi ją do tańca, „sterczała nieraz do rana z powściąganymi łzami w oczach lub też uciekała w pełni balu pod pozorem bólu głowy, aby w domu gorzko płakać do rana” nad brakiem powodzenia[2]. Eliza Orzeszkowa zauważała, że widok panien na wydaniu bywał żałosny, gdy wyprawiały „po śliskich salonach gonitwy małżeńskie”[3].

Jak przejść do rzeczy?
Jeżeli panna przypadła do gustu kawalerowi, ten prosił rodziców o zezwolenie na bywanie w ich domu w roli potencjalnego narzeczonego. Był to czas, w którym młodzi mogli bliżej poznać się i przypatrzeć; oczywiście z przyzwoitej odległości. Tak więc absztyfikant uczestniczył w obiadach i przyjęciach organizowanych przez rodziców. Zezwolenie na bywanie nie wiązało w niczym panny, która mogła w tym czasie przyjmować odwiedziny innych konkurentów. Zresztą stan taki był nader pożądany, podnosił bowiem jej notowania na rynku matrymonialnym. Gdy jednak kawaler zbyt długo ociągał się z oświadczynami, interweniować musieli rodzice. W XIX w. nie praktykowano chodzenia ze sobą latami w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Uznawano to za ryzykowne. Gdyby bowiem po zbyt długim czasie kawaler wycofał się, panienka mogłaby popaść w staropanieństwo, które uznawano za jedno z największych życiowych nieszczęść. W poradnikach savoir-vivre zamieszczano nawet wzory listów dla rodziców, którymi mogli ponaglać niezdecydowanych absztyfikantów.
Gdy jednak wszystko przebiegało pomyślnie, po kilku miesiącach dochodziło do oświadczyn. O rękę dziewczyny zwracano się do rodziców, to oni bowiem byli jej prawnymi opiekunami i wydawali ją za mąż. Gdyby kawaler chciał zmienić porządek rzeczy i oświadczyć się bezpośrednio panience, ta powinna była odesłać go do rodziców. Dopiero w XX w. w wyniku postępującej emancypacji kobiety zaczęły wychodzić za mąż same. Z tego też powodu niejeden fircyk w zalotach hołdował zasadzie „nadskakiwać rodzicom, dla panny zaś być znośnym”.

Narzeczeństwo
Oświadczyny otwierały okres narzeczeństwa. W tym czasie kawaler mógł odwiedzać pannę, chodzić z nią na spacery, zalecając się wyuczonymi frazesami. By spotkania młodych nie straciły na przyzwoitości, w wielu przypadkach przechadzki odbywały się w asyście rodziców. W roli przyzwoitek doskonale sprawdzały się także służące i stare panny. Ferdynand Hoesick wspomina, że gdy chodził na spacery ze swą „Micią”, towarzyszyła im stara panna Majewska.– „Z Łazienek zawsze wracaliśmy tramwajem, a siedząc przy sobie, ramię w ramię, tak byliśmy zaabsorbowani rozmową, że ja przynajmniej zapominałem całkowicie, że nie jesteśmy we dwoje tylko, lecz że z nami była jej dame de compagnie [przyzwoitka – red.], panna Helena Majewska, stara panna, która jednak w stosownych chwilach umiała być obecną, ale nie przytomną, nie widzieć ani słyszeć”[4].
Powszechnie przyjętym zwyczajem było spędzanie czasu przez młodych wspólnie z rodzicami, chodzono z nimi do teatru, do ogrodu, jeżdżono na wycieczki… Poradniki savoir vivre zwracały uwagę, że w takich przypadkach należało prowadzić pod rękę przyszłą teściową, córka natomiast miała obowiązek iść z ojcem.
Podczas spotkań w domu, siedząc w pokoju przy otwartych drzwiach, młodzi czytywali na głos książki, oglądali albumy ze zdjęciami… W trakcie rozmowy należało unikać aluzji na temat nocy poślubnej i innych tematów, które mogłyby pannę „przyprawić o rumieniec”. Im bliższa stawała się data ślubu, tym większa poufałość była dozwolona. – „Ucałowanie rąk narzeczonej a nawet czasem i czoła dozwala się narzeczonemu, ale zawsze tylko w obecności rodziców”, pouczały „Zwyczaje towarzyskie (Le savoir-vivre) w ważniejszych okolicznościach życia przyjęte, według dzieł francuskich spisane” z 1876 r.[5]

Po ślubie…
Po zawarciu związku opadała kurtyna wielkiego spektaklu odgrywanego w okresie narzeczeństwa: pełnego ukłonów, uśmiechów i wymuszonej elegancji. Bo ileż można odgrywać rolę potulnego amanta nadskakującego wszystkim, kontrolowanego na każdym kroku przez przyszłych teściów. Po weselu wszystko schodziło na ustalone przed wiekami tory. Mężczyzna niewolnikiem był tylko przed ślubem, po nim zostawał głową rodziny i panem losu swej żony. – „Po obchodzeniu się kochanka, po jego uszanowaniu i posłuszeństwie [w narzeczeństwie – red.] trudno zgadnąć młodej osobie, że ten tak pokorny niewolnik panem jej zostanie” – zauważała K. Hoffmanowa[6]. I jak dalej pouczała, „wchodząc w więzy małżeńskie, przygotuje się zawczasu, że wiele niedoskonałości, niedostrzeżonych w kochanku; w mężu spostrzeżesz, przewiduj, że sposób obchodzenia się z tobą zupełnie odmieni; ten kochanek tak ulegający we wszystkiem, tak pokorny i posłuszny, rozkazywać będzie”[7]. No cóż, mężczyznom dobra część przypadła, niewolnikami byli jedynie czas jakiś, zaś panami kobiet na zawsze.
Przy pisaniu tekstu wykorzystano fragmenty książki autorki pt. „Miłość, kobieta i małżeństwo w XIX w.”.
[1] E. Orzeszkowa, Marta, s. 165, 166, za: A. Górnicka-Boratyńska, Stańmy się sobą. Cztery projekty emancypacji (1863‒1939), s. 49.
[2] T. Boy-Żeleński, Boy o Krakowie, s. 217.
[3] E. Orzeszkowa, Kilka słów o kobietach, s. 266, za A. Górnicka-Boratyńska, Stańmy się sobą, s. 59.
[4] F. Hoesick, Powieść mojego życia: dom rodzicielski. Pamiętniki, t. 2, s. 445.
[5] Zwyczaje towarzyskie (Le savoir-vivre) w ważniejszych okolicznościach życia przyjęte, według dzieł francuskich spisane, 1876, s. 138.
[6]K. Hoffmanowa, Pamiątka po dobrej matce, 1898, s. 67.
[7] Ibidem, s. 159, 160.























