PIERWSZY BYŁ ŁATEK

0

Rozmowa z Tomaszem Kaczarewskim, radcą prawnym, przyjacielem koni.

Tomasz Kaczarewski

Urodził się w Zgorzelcu, studia prawnicze rozpoczął na Wydziale Prawa Uniwersytetu Wrocławskiego, a ukończył na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Szczecińskiego w 2000 r. Aplikację radcowską odbył w Okręgowej Izbie Radców Prawnych w Szczecinie. Wykonuje zawód radcy prawnego od 2006 r. Doświadczenie zawodowe zdobywał, współpracując z firmami ubezpieczeniowymi i budowlanymi. Prywatnie ojciec trzyipółletniego syna.

Na początek sakramentalne pytanie: jak zaczęła się pana „znajomość” z końmi?

To były jeszcze czasy, w których rekreacyjne uprawianie jeździectwa nie było aż tak popularne jak teraz. Na początku naszego tysiąclecia przeprowadziłem się do Szczecina ze Zgorzelca, a w 2010 r. przeniosłem się do podszczecińskiego Pilchowa. I tutaj rozwinąłem moje zainteresowanie jazdą konną. To było raczej amatorskie jeżdżenie, nigdy nie zrobiłem profesjonalnej kariery, nie startowałem w zawodach. Była to raczej taka weekendowa aktywność. I tak było aż do momentu, w którym zbiegły się moje ścieżki z losami uratowanego konia; został kupiony na targu i tylko dlatego nie trafił do rzeźni. Łatek, bo tak się nazywał, był bardzo nieufny – czemu zresztą trudno się dziwić. To konik rasy wielkopolskiej, który nadawał się do jazdy, ale był bardzo zaniedbany, przez dwa lata trzymany zamknięty w szopie. Do dziś zresztą uważa, że ma tylko jednego właściciela – czyli mnie, z którym może nawiązać jakiś kontakt.

Łatek był pierwszy…

A potem był kolejny koń i jeszcze następny. I źrebak, który miał duże problemy zdrowotne i o którym wielu mówiło, że nie ma żadnych szans. Pomocy dla niego szukałem w Niemczech. Udało się. Przybyła też klacz, która ścigała się na Służewcu i miała problemy natury, nazwijmy je, emocjonalnej.

Trudne przypadki do pana trafiały. Zbieg okoliczności?

Dziś myślę, że nie. Zacząłem się wówczas interesować takim podejściem do koni, które miałoby na celu ich odstresowanie, zmniejszenie napięcia. Co też pomogło i mnie odreagować stres związany z pracą zawodową.

Jeśli dziś zajrzymy do pana stajni, to zobaczymy…

…moje cztery konie i osiem koni innych właścicieli. Moja działalność nie ma charakteru komercyjnego, nie prowadzę żadnej szkółki jeździeckiej ani hodowli koni. Natomiast sam jeżdżę konno regularnie. Wiosną i latem udaje mi się to trzy, cztery razy w tygodniu. Zimą rzadziej. Głównie w terenie. Mam 10 hektarów, które konie mają do dyspozycji, ale wokół są duże i piękne lasy, a także jezioro.

Konie zyskują drugie życie.

A czasami właściwie pierwsze. I właśnie na tym mi najbardziej zależało i zależy. Na ich dobrostanie. Mają swoje miejsce i przestrzeń. Pozbyły się stresów, same ustalają sobie hierarchię w stadzie. Jest czymś fascynującym obserwować ten proces społecznego kształtowania. W zeszłym sezonie przyszły nowe konie, które z czasem zaczęły przewodzić w stadzie. Za nowym przewodnikiem chodzi teraz grupa klaczy.

Gdy zrobi pan rachunek, to konie znajdą się w rubryce „koszty”. Robi pan taki bilans?

Mogę powiedzieć, że koszty utrzymania stajni w części pokrywają właściciele koni, które u mnie się znajdują. Żeby na tym zarabiać, musiałbym praktycznie zrezygnować z pracy zawodowej. Dziś zarabiam dla koni, a nie na koniach: opiekuję się tymi, które wymagają pomocy. Wspieram też fundacje, które postawiły sobie taki właśnie cel.

W ostatnim czasie powstaje coraz więcej komercyjnych stajni, w których chętni mogą zacząć lub kontynuować przygodę z jeździectwem. Moda czy naturalny proces?

Zapewne i jedno, i drugie. Moda z pewnością robi swoje. Bardzo dużo dzieci jest zainteresowanych jazdą konną. Jest to popularne i bardzo trendy. Rodzice, coraz częściej się zdarza, kupują dzieciom konia jak zabawkę. Często, zbyt często, dziecko traci zainteresowanie zwierzęciem i pojawia się problem. W efekcie za dużo jest koni, które mają właścicieli, którzy nie czują się ich właścicielami. A konie stoją w stajni. I czekają.

Hodowla koni to w tej chwili całkiem obszerna gałąź przemysłu, jeśli tak można powiedzieć. Przybyło firm, które oferują hodowcom konieczny ekwipunek i możliwość inwestycji.

Popularność koni, ich hodowli, rekreacyjnego wykorzystywania siłą rzeczy znalazła także odpowiedź w gospodarce. Był i jest popyt, pojawiła się podaż. Choć nie traktuję swojej pasji komercyjnie, to widzę i cieszę się, że powstały takie rynkowe możliwości. Zawsze dobrze mieć taką gospodarczą alternatywę.

Koń jaki jest, każdy widzi. A ile kosztuje?

Coraz więcej. Konie do zwykłej rekreacji, które jeszcze kilka lat temu można było kupić w cenie do 10 tys. zł, dziś kosztują ponad 30 tys. Zainteresowanie rekreacyjnym jeździectwem jest na tyle duże, że mówiąc potocznie, podaż koni pozostaje w tyle za popytem. I stąd wysokie ceny. Choć trzeba też pamiętać, że konie do wyczynowej, sportowej jazdy zawsze były w cenie. I tak pozostało.

Historia mówi, że my, Polacy, zawsze lubiliśmy konie…

Tak, coś w tym jest. Dusza końska w nas tkwi. Chęć zrozumienia i nawiązania nici porozumienia z koniem jest w naszej historii łatwo zauważalna. I zapewne te cechy w nas pozostały. Mieliśmy duże osiągnięcia w hodowli koni arabskich. I nie tylko. Także niemieckich, rasy hanowerskiej.

Dopóki nie wmieszała się w to polityka, którą konie, na szczęście, się nie zajmują. Czy z koniem można porozmawiać?

Można się z nim komunikować. Nauczyłem się tego, staram się zrozumieć konia. Tu nie chodzi tylko o wydawanie polecenia, lecz o nawiązanie porozumienia, odczytywanie ich nastrojów. Jednego dnia koń może mieć ochotę na określoną aktywność, a drugiego na zupełnie inną. Trzeba umieć odczytać, co w danym momencie sprawi im największą przyjemność.

A czy konie mają poczucie humoru?

Czasami mam wrażenie, że całkiem świadomie robią sobie psikusy.

Raport NIK o państwowych stadninach podkreślił, iż w ostatnich latach susze nie ułatwiły hodowcom koni życia. Widać to z pana perspektywy?

Poprzednie lata rzeczywiście nie były łatwe. Suszę było widać wszędzie, także na pastwiskach. Takie były poprzednie trzy, cztery sezony. Brakowało też wody w studniach. W tym roku jest dużo lepiej. Po dłuższej i mokrej zimie pozostało dużo wilgoci. Zresztą wystarczy nawet teraz, na początku listopada, popatrzeć na pastwiska, by przekonać się, że są nadal soczyste i zielone.

Konie, ale nie tylko?

Mam też sześć psów i siedem kotów.

Też szczęśliwych?

Tak myślę.

Jest pan radcą prawnym. I specjalizuje się w prawie…

…ubezpieczeniowym, a także budowlanym.

Rozmawiał Krzysztof Mering