Czy Hamlet mógłby być radcą prawnym?

0

W NIEWIELKIEJ MIEJSCOWOŚCI, POŁOŻONEJ U WRÓT DUŻEGO PRZEMYSŁOWEGO MIASTA, PEWIEN PRZEDSIĘBIORCZY MŁODY CZŁOWIEK O IMIENIU ROBERT ZBUDOWAŁ DOBRZE PROSPERUJĄCĄ FIRMĘ PRODUKCYJNĄ. W BIZNESIE WAŻNY JEST POMYSŁ, A ON GO MIAŁ.

Zaczynał przed wielu laty w domu rodziców. Szybko okazało się, że musi zatrudnić pracowników. Dopóki sprzedawał całą produkcję, a klienci stali w kolejce pod jego biurem, nie potrzebował magazynu. Ale już wkrótce zwiększył asortyment, poszerzył ofertę i wprowadził elastyczny program płatności dla stałych klientów, w związku z czym obroty zwiększyły się wielokrotnie. Zaczął szukać odpowiedniego miejsca na swoim rodzinnym osiedlu.

W biznesie trzeba mieć szczęście. W miejscowej prasie wyczytał, że likwidator POM-u, PRL-owskiego symbolu mechanizacji rolnictwa, w którym kiedyś pracowała większość mieszkańców, szuka nabywcy na wysłużone biura i warsztaty. Stanął więc do przetargu i jako jedyny jego uczestnik kupił cały zakład.  

Na potrzeby remontu musiał wziąć pokaźny kredyt. Procedury się wydłużały, a decyzji o przyznaniu środków wciąż nie było. Likwidator czekał, ale tracił cierpliwość, więc na razie transakcja sfinansowana została ze środków własnych. Firma jednak pilnie potrzebowała kredytowej pomocy. Wtedy to pojawił się specjalista od pożyczek, zawodowy pośrednik od usług finansowych, pan Eugeniusz. Za kilkuprocentową prowizję załatwił odpowiedni kredyt. Firma musiała się jednak przekształcić w spółkę z o.o., której jednoosobowym właścicielem był pan Robert. Na tym etapie w firmie pojawił się radca prawny, młody, energiczny i kompetentny.

Do tej pory pan Robert wszystkimi sprawami biznesowymi zajmował się sam. Miał dobrze prosperujący dział księgowy, który wspomagał go w firmowej buchalterii i w sprawach prawnych. Ale, poza tym, sam projektował i sam planował produkcję, sam organizował zaopatrzenie, a następnie zbyt. Teraz jeszcze musiał znaleźć czas na remont i przeprowadzkę firmy. W końcu skala podejmowanych przedsięwzięć zaczęła go przerastać. Tym bardziej że niespodziewanie pojawiły się problemy zdrowotne. Stwierdzono u niego chorobę dwubiegunową. Musiał szybko poszukać sobie wsparcia. Jego najbliższa rodzina do tej pory nie angażowała się w sprawy firmowe. Jednak zaczęły pojawiać się dni, w których zupełnie nie był zdolny do pracy. I wtedy do firmy przyjeżdżała żona pana Roberta. Wcześniej aktywna była  –  nazwijmy to  – w zakresie reprezentacyjnym. Ze skromnej pani Gosi zmieniła się w pewną siebie szefową Małgorzatę. Na wielu rzeczach się nie znała, ale szybko się uczyła i coraz skuteczniej zastępowała małżonka w jego biznesowych obowiązkach. Zaprzyjaźniła się też z radcą prawnym. Był od niej sporo młodszy, ale bardzo komunikatywny. Przyjeżdżał do firmy luksusową czarną limuzyną. Zawsze nienagannie ubrany. Kawaler. Już wkrótce byli nierozłączni. Całkowicie przejęli stery firmy, tym bardziej że pan Robert coraz częściej i dłużej przebywał w sanatorium. Firma funkcjonowała znakomicie. Zyski rosły, planowana była ekspansja za granicę.

Pan mecenas przygotował szerokie pełnomocnictwa pana Roberta dla pani Małgorzaty. Oczywiście w celu uproszczenia zarządzania spółką pod jego nieobecność. Sporządzone zostały przez zaprzyjaźnionego notariusza. Pan Robert był akurat w fazie depresji. Mimo że wyglądał na pozór normalnie, niewiele rozumiał z tego, co się dzieje w biurze notarialnym. Złożył podpis we wskazanym miejscu i został odwieziony do szpitala.

Krótko potem pani Małgorzata, działając w imieniu własnym, a także w imieniu męża, nabyła od niego wszystkie udziały w spółce i odwołała go ze składu zarządu. Wszystkie projekty bez wahania przygotował pan mecenas. A kilka miesięcy później znajoma pana mecenasa skierowała do sądu przeciwko panu Robertowi pozew rozwodowy. Podziałem majątku miał się zająć osobiście pan mecenas.  

Gdzie tu jest miejsce dla Hamleta? Nie ma. Targany wątpliwościami i wiecznie niezdecydowany bohater Shakespeare’a nie znalazłby dla siebie miejsca w tak niejednoznacznej etycznie sytuacji.