Z pamiętnika kierowcy

0

Nie ma dnia, w którym nie stałbym na jakiejś autostradzie w korkach z powodu wypadku… Najbardziej ryzykowny odcinek to Stryków–Warszawa. 

Jest poranek, wszyscy się spieszą. Prawy pas zajęty przez ciężarówki, lewym jadą samochody osobowe. Za mną w odległości dwóch metrów facet z zaciśniętymi na kierownicy rękami. Za nim kolejny… też w odległości dwóch metrów. Jeśli ktoś się pomyli, nikt z nas nie wyjdzie z tego cały. Czas na reakcję równa się zero. Zjeżdżam na prawy pas, wciskam się między ciężarówki. Włączenie się z powrotem na lewy pas zajmuje więcej niż kilka minut. Wszyscy się spieszą, więc nikt nie zamierza ustąpić. Kondukt spieszących się na własny pogrzeb jest imponująco długi. Ci, którzy chcą jechać w dającej szansę na reakcję odległości od siebie, to frajerzy. Właściciele bmw, Którym Nigdy Się Nie Przydarzy Wypadek, pojadą prawym pasem i wepchną się pomiędzy przyklejonych do siebie na lewym pasie handlowców w škodach. Ci w škodach niczym się nie przejmują. Szefowie naciskają na wykonanie planów sprzedaży, samochody nie są ich, więc niczym się nie muszą martwić. Jak je rozbiją, zapłaci ubezpieczyciel. Ryzyko skalkulowane. Nikt oczywiście nie przejmuje się jakimiś idiotycznymi ograniczeniami prędkości. Nowi właściciele nienowych wskazujących na 30-letnie zużycie pojazdów też. To nic, że w razie wypadku nikt żywy nie wyjdzie z tych wraków. Zapłacili za nie kilka tysięcy i dziś razem z bmw i audi „grzeją” 180 na godzinę. Kto im zabroni… W razie czego kupią sobie nowego rzęcha. Jeśli przeżyją. 

Śpieszącym się po śmierć nikt nie przeszkadza. Od lat policja zapadła się pod ziemię, a radary przestały istnieć. Gdyby kiedyś komuś przyszło do głowy, jak zniszczyć szacunek do państwa i prawa, to najbardziej szatański pomysł polegałby na absolutnej tolerancji i niekontrolowaniu obowiązywania takiej części prawa, która dotyczy maksymalnie dużej liczby obywateli. Dziś prawie każdy ma samochód, a w każdym razie ma go zdecydowana większość Polaków. Więc przepisy dotyczące tej sfery życia idealnie się do tego nadają. Nikt nie przestrzega ograniczenia prędkości w Warszawie. Kierowcy, którzy wiedzą, jak należy włączać się do ruchu na autostradzie, należą do nielicznych wyjątków. Tak samo jak ci, którzy wiedzą, jak po niej się poruszać. Spóźnione włączanie migaczy należy do powszechnych obyczajów drogowych. Wniosek: prawo o ruchu drogowym przestrzegane jest przez nielicznych jego znawców, rzec by można: koneserów. Za jego nieprzestrzeganie nic nie grozi. Kontrole drogowe to strachy na lachy. Radary, jak niedawno czytałem, robią zdjęcia przekroczenia dozwolonej prędkości powyżej 30 km/godz. „Upaństwowienie” radarów spowodowało to, że blisko 300 osób nie daje sobie rady z „obrabianiem materiału dowodowego”. Samorządom radary odebrano, „bo na nich zarabiały”. A zarabianie, jak wiadomo, jest grzechem. Każdy szanujący się kierowca ma aplikację ostrzegającą przed każdym radarem w Polsce, więc pomiary prędkości w ten sposób to fikcja. Kierowcy udają, że jeżdżą prawidłowo, a państwowe radary udają, że coś kontrolują.

Na autostradach, jak wiadomo, radarów nie ma, a przepisów regulujących odległość, jaką należy zachować między pojazdami podczas jazdy, też nie. Tak więc, skoro nikt nie zajmuje się przestrzeganiem prawa, najlepiej podziałają apele. Apeli na pewno posłuchają ci wszyscy, którzy policję i radary mają gdzieś, jadąc codziennie 180 km/godz. na autostradach.

Psycholodzy i socjolodzy zaobserwowali, że brak reakcji na łamanie mniej ważnych norm jest zachętą do łamania kolejnych bardziej istotnych. Nikt nie łapie tych, co jadą 70 km/godz. zamiast 50 km/godz., nie jestem głupcem… Skoro nikt nie przestrzega tych przepisów, dlaczego tylko ja mam to robić.

Tak oto w tak banalny pozornie sposób zdemolowany został szacunek dla prawa…

Prawa nie piszą prawnicy. Prawo tworzą politycy. Ktoś podjął decyzję, by samorządy „nie zarabiały na radarach”. Bo „opinia publiczna była wzburzona patologicznymi zjawiskami w gminach, które przy pomocy mandatów z kontroli prędkości budowały sobie przychody budżetowe”. Więc wylano dziecko z kąpielą i w ten sposób budowano sobie poparcie „wśród elektoratu”. Potem ktoś inny podjął decyzję o nieśpiesznych pracach legislacyjnych i skoncentrowaniu pracy policji „na innych ważnych działaniach”… bo przecież „lud” mógłby okazać przy urnach niezadowolenie.

Skutki: w każdy poniedziałek ryzykuję życie, jadąc samochodem do Warszawy, a Polska jest na 5. miejscu w Europie pod względem liczby śmiertelnych ofiar wypadków.