Do końca świata i… dalej

0

Rozmowa z TOMASZEM MARUSZEWSKIM, pisarzem, muzykiem, radcą prawnym.

W zeszłym roku ukazał się pana debiut: „Do końca świata”. Książka zaskakująco dziś aktualna. Samotność, wewnętrzne rozedrganie, miłość i jej brak. Dziś, w czasach pandemii, wiemy, że nic nie jest dane na zawsze. Skąd się wzięły potrzeba pisania i pomysł na tę właśnie książkę?
Myślę, że z potrzeby przeżywania, odczuwania, uzewnętrznienia swych emocji. Gdy przed laty moje zespoły muzyczne zawiesiły działalność, postanowiłem odpocząć od robienia czegoś innego niż praca zawodowa. To trwało nie dłużej niż dwa miesiące. Dzięki pisaniu mam wrażenie, że mogę przeżyć nie jedno, lecz kilka żyć.

Książka powstała w zeszłym roku i w moim przekonaniu – mimo że bohaterom nie udało się uzyskać sukcesu zawodowego – niesie optymistyczne przesłanie.
Każdy czytelnik dostrzega w tej powieści co innego. Myślę, że coś, czego najbardziej potrzebuje. Bo nie istnieje jedna interpretacja treści tej książki. Rozmawiałem z czytelnikami i wiem, że najczęściej interpretują zachowanie głównego bohatera zupełnie inaczej niż ja.

To chyba dobrze. Literatura powinna wzbudzać emocje.
Pisząc, nie zastanawiam się, jaki ma być przekaz. Na początku próbowałem to robić, ale wychodziło fatalnie: taki moralizatorski wtręt. Wręcz nie do zniesienia. Zależy mi na tym, aby czytelnik wczuł się w moich bohaterów, aby uruchomił w sobie współodczuwanie. Nie tworzę żadnej wiodącej wykładni powieści, chcę sprowokować do własnej, wolnej od sugestii interpretacji faktów. Może na tym polega zaklęta w literaturze wolność. Bo można pisać w dwojaki sposób. Albo mieć wszystko głęboko przemyślane, usystematyzowane. I dopiero wówczas przystępuje się do pisania. Albo – tak jest w moim przypadku ‒ po wielu obserwacjach pojawiają się bohaterowie, których definiuję poprzez ich stany emocjonalne. I to emocje wywołują opisywane wydarzenia, a nie na odwrót. To daje odczucie autentyzmu.

Co by pan chciał, aby czytelnicy z pana powieści zapamiętali?
Aby uruchomili swoje współodczuwanie, kierowali się emocjami. Poczuli powiew wolności. Byłbym szczęśliwy, gdyby tak się działo.

Szykuje pan coś następnego? Kiedy i co?
Napisałem już kolejną powieść. O przeznaczeniu, krzywdzie, przemianach i oczywiście miłości. Jest inaczej opowiedziana niż „Do końca świata”, z innej perspektywy. Jestem w trakcie rozmów z wydawnictwem. Mam nadzieję, że ukaże się w przyszłym roku, ale dziś niczego nie można być pewnym. Pandemia powoduje, że wydawnictwa modyfikują swoje plany wydawnicze, czasem zupełnie je zmieniają. Zobaczymy, co się wydarzy.

Co, a właściwie kogo lubi pan czytać?
Czytam książki z bardzo szerokiego spektrum gatunkowego: science fiction, pozycje obyczajowe, reportaże. Łatwiej mi wymienić ulubionych pisarzy. To Milan Kundera, Kurt Vonnegut czy Michel Houellebecq, z którym nie zawsze się zgadzam, ale to znakomity pisarz. Z polskich autorów to Szczepan Twardoch, którego cenię za styl i pomysły na fabułę, i Olga Tokarczuk ze swym pięknym językiem.

Jak dziś wydaje się książkę? Albo inaczej: jak doprowadzić do wydania debiutanckiej pozycji?
Są dwie ścieżki. Obie wymagają anielskiej cierpliwości. Pierwsza z nich polega na tym, że pisze się powieść i wysyła do wydawnictwa. Potem zaczyna się oczekiwanie na odpowiedź. Dziś wiem, że wydawnictwa są zarzucone takimi właśnie propozycjami. Jest ich tak dużo, że nie zawsze są w stanie zapoznać się z nimi. Trzeba mieć trochę szczęścia, aby tak się stało. Natomiast ja skorzystałem z drugiej ścieżki. Z wydawnictwami współpracują recenzenci literaccy, którzy pracują także z autorami. Można w ramach usługi poprosić ich o recenzję. Wówczas zapoznają się z powieścią i dają swoje uwagi. Jeśli powieść ich poruszy, uznają, że jest wartościowa, wówczas piszą swoją rekomendację, którą kieruje się do wydawnictw potencjalnie zainteresowanych wydaniem takiej pozycji. To oczywiście też nie daje żadnej gwarancji, ale trochę zwiększa szansę na wydanie: ktoś tę powieść w wydawnictwie przeczyta. Ale nawet jeśli uzyska pozytywne recenzje, to wcale nie oznacza, że zapaliło się zielone wydawnicze światło. Bo powieść może się nie mieścić w wydawniczym biznesplanie.

Ale zaczął pan od muzyki. Zespół Stop Mi! i album „Metamatyka”, a potem zespół Catster. Rock i trochę awangardy. Będzie ciąg dalszy? Czego pan słucha?
Do muzyki skłonili mnie rodzice. W szkole podstawowej uczyłem się grać na pianinie, choć wówczas średnio mi się to podobało, ale jednak zaszczepiło mi jakiegoś muzycznego bakcyla. Potem dużo słuchałem muzyki i… wróciłem do grania. Tym razem w pełni z własnej woli. Już w liceum grałem w zespole. Poważniejsza sprawa była jednak na studiach. Zespół Stop Mi!, w którym grałem na klawiszach, wydał płytę „Metamatyka”. Odbyliśmy też tournée koncertowe po Polsce. I zrobiliśmy sobie wakacyjną przerwę, która trwa – można tak powiedzieć – aż do dzisiaj. Potem był jeszcze Catster. Ciekawy, elektroniczny i awangardowy projekt. A jeszcze potem członkom zespołu urodziły się dzieci i doba stawała się coraz krótsza.

Właśnie jak pogodzić pasję literacką i muzyczną z pracą radcy prawnego? Pana doba jest dłuższa?
Nie da się tego wszystkiego pogodzić jednocześnie. Dziś bym tę sytuację zdefiniował tak: pracuję jako radca prawny, dodatkowo czasami piszę powieść albo zamiennie gram w zespole.

A zagra pan jeszcze?
Tu jest znak zapytania. Współpracuję z jednym z zespołów, pomagając tworzyć klawiszowe tło. Ale to tak po godzinach. Może dobrze, że nadal jest jakiś znak zapytania?

Dziś, w czasach – mówiąc łagodnie – braku poszanowania do prawa, na prawnikach spoczywa szczególna odpowiedzialność za kształt rzeczywistości. To trudny egzamin?
Niełatwy. Samorządy prawnicze go zdają, wydając oświadczenia i prezentując stanowiska, które są stanowcze i prawdziwe. To bardzo ważne. Ale od nas, prawników, powinno się wymagać jeszcze więcej. Aktywności społecznej, której zapewne nie można się nauczyć ani na studiach, ani na aplikacji. Chodzi o to, by wczuć się w ludzką wrażliwość i z tej perspektywy wyjaśniać ludziom prawniczą rzeczywistość, mówić, na czym polega państwo prawa. Przy czym, co jest kluczowe, nie robić tego w relacji wykładowca–uczeń. Nie pouczać, lecz zdobyć zaufanie. Bo nie da się odrestaurować umowy społecznej i poszanowania prawa bez zaufania.

Polacy nie mieli w zwyczaju zasięgać porad u prawnika. Raczej woleli poszperać w internecie lub poradzić się kolegi. Mam wrażenie, że ta sytuacja zaczyna się zmieniać… Jak pan to ocenia?
Odpowiem dwojako. Generalnie niewiele się zmieniło. Ciągle wygrywa internet czy „wyedukowany” kolega. Może czasem przy zakupie nieruchomości ktoś poradzi się prawnika, ale raczej na zasadzie podpytania, a nie napisania dobrej umowy. Ale z drugiej strony młodzi ludzie zaczynający rozwijać swoje biznesy już nie uważają, że pomoc prawnika jest jakąś ekstrawagancją. Ludzie prawa stają się partnerami biznesowymi i w przeszłość – powoli, to fakt – odchodzi wizerunek prawnika jako statecznego pana, do którego można się udać, gdy się ma dużo pieniędzy.

A w przyszłości na co pan postawi: prawo czy literaturę?
To nie alternatywa, ale koniunkcja. Oczywiście nie wiem, co przyniesie życie, ale nie mam zamiaru rezygnować
z żadnej z tych form aktywności.

Rozmawiał Krzysztof Mering

Fot. P. Czarnecki

TOMASZ MARUSZEWSKI
Pisarz, muzyk i radca prawny. Był członkiem zespołu Stop Mi!, który wydał album „Metamatyka”, a także grupy Catster. Od muzyki właśnie zaczęła się jego przygoda ze sztuką. W marcu 2019 r. ukazała się jego debiutancka powieść „Do końca świata”, należąca do kategorii współczesnej literatury pięknej, która spotkała się z ciepłym przyjęciem ze strony recenzentów.