Trzeba mieć jakiś azyl

0

Wiesław Hudyma

Ukończył prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim, jest radcą prawnym od 1989 r. Specjalizuje się w prawie ubezpieczeń gospodarczych (majątkowych i osobowych). Z tego zakresu od 2005 r. prowadzi zajęcia na aplikacji radcowskiej w OIRP w Krakowie. Od 1992 r. działał w samorządzie radców prawnych. Pełnił funkcje członka Komisji Rewizyjnej OIRP w Krakowie przez jedną kadencję, członka Rady OIRP w Krakowie przez kilka kadencji. W kadencjach 2007–2010 i 2010–2013 był Wicedziekanem Rady OIRP w Krakowie. Przez trzy kadencje (2007–2016) był członkiem Krajowej Rady Radców Prawnych. W kadencji 2010–2013 przewodniczył komisji KRRP ds. wykonywania zawodu, w kadencji 2013–2016 był zaś członkiem Prezydium KRRP.

Jesteś radcą prawnym od ponad 32 lat. A przygoda z muzyką zaczęła się…

…dużo wcześniej. Od kiedy pamiętam, chciałem się nauczyć grać na gitarze. Z pewnością ogromny wpływ na moje zainteresowania miał fakt, że moi rodzice lubili muzykę i dużo jej słuchali, chodzili na koncerty, których nie brakowało, choć Jasło, w którym mieszkaliśmy, było wówczas małym, powiatowym miastem. Ale przyjeżdżali do nas Czerwono-Czarni, Skaldowie i Czerwone Gitary. Ja jeszcze wówczas byłem za młody, by zabierali mnie ze sobą, czego zawsze bardzo żałowałem. Pierwszy zespół, który usłyszałem i zobaczyłem z bliska, to była węgierska kapela Illesz Zsuzsą Koncz jako wokalistką. Świetnie grali. Dom kultury, w którym występowali, był niedaleko naszego mieszkania; poszedłem tam i w pewnym momencie, pod koniec koncertu, otworzono drzwi i wszyscy, którzy stali na zewnątrz, mogli wejść do środka. Duże przeżycie.

I postanowiłeś nie tylko słuchać, ale i grać.

Można tak powiedzieć. Miałem 10 lat, po trzeciej klasie szkoły podstawowej postanowiłem się zapisać do ogniska muzycznego, do klasy gitary. Wtedy, czyli w latach 60., w szkołach muzycznych nie uczono gry na gitarze, gdyż jeszcze zapewne uważano, że jest to instrument mało poważny, wykorzystywany przez szarpidrutów z zespołów młodzieżowych. Zapisaliśmy się we trzech, ale jeden z kolegów nie przyszedł nawet na pierwszą lekcję, a drugi zrezygnował po kilku miesiącach. Mnie się udało tę naukę ukończyć. Grałem na gitarze klasycznej. I oczywiście chciałem grać muzykę, jak to się nazywało wówczas, młodzieżową. Zaczęliśmy z kolegami pogrywać w mieszkaniach. Ćwiczyć. Ze starych odbiorników zrobiliśmy wzmacniacze. I graliśmy.

Pierwsza piosenka?

„Takie ładne oczy” Czerwonych Gitar. W szkole podstawowej występowaliśmy na akademiach, potem w klubie Chemik – ciągle w Jaśle, w którym mieszkałem do rozpoczęcia studiów prawniczych w 1979 r. – mogliśmy pograć, korzystając z profesjonalnego nagłośnienia. W liceum grałem w zespole, który akompaniował chórowi szkolnemu. Akompaniowaliśmy też wokalistkom, które próbowały swoich sił w eliminacjach do festiwalu piosenki radzieckiej w Zielonej Górze; jedna z nich nawet nasze lokalne eliminacje wygrała.

Aż przyszły studia. Znalazłeś czas na granie?

Nie mogło być inaczej. Studiowałem w Krakowie, kupiłem sobie profesjonalną gitarę, taką, na jakiej grał Jacek Kaczmarski. I potem przyszedł 1981 r., Festiwal Piosenki Prawdziwej w Oliwie. Miałem stamtąd nagrania. Nauczyłem się grać tę muzykę. I śpiewać. Najwięcej na trzecim roku studiów. Był to ten pamiętny, burzliwy 1981 r. Wtedy śpiewało się dużo piosenek zaangażowanych, kontestujących rzeczywistość. Akademik, w którym graliśmy, poszedł do remontu, a po remoncie… już nas tam nie przyjęli. Może i dobrze, bo musiałem znaleźć gdzieś miejsce, trafiłem do sąsiedniego akademika i tam… poznałem swoją żonę. 

Po studiach zamieszkałeś w Tarnowie…

Tak, to był czas aplikacji, narodzin dzieci – mam dwie wspaniałe córki. To oczywiście oznaczało nieco mniej czasu na granie, choć nigdy nie przestałem. A potem, jak już zacząłem sobie radzić jako radca prawny, mogłem zrealizować swoje marzenia muzyczne. Kupowałem instrumenty. Dziś mam sześć gitar, gitarę basową, banjo, ukulele, pianino elektryczne i przeróżne instrumenty i instrumenciki do wybijania rytmów. Mam też w domu takie moje miejsce do grania i tam sobie z kolegami muzykujemy. Na jednej ze ścian jest cytat z piosenki Tadeusza Nalepy „W pochodzie codzienności”. A brzmi on tak: „W pochodzie codzienności mieć trzeba jakiś azyl, w pochodzie codzienności mieć trzeba wyspę marzeń”. Tych słów Bogdana Loebla nie trzeba chyba tłumaczyć…

Dziś grasz w zespole StandBy Blue.

Tak. Powstał on ad hoc w listopadzie 2018 r., za namową Marcina Sali-Szczypińskiego, Dziekana Rady OIRP
w Krakowie, na jedno właściwie kolędowanie w środowisku radców prawnych. A gramy do dziś. Jest nas pięciu, w tym trzech radców prawnych. Radcami są: pianista Grzegorz Kuczek, wokalista i gitarzysta Mateusz Mądel i ja. Grający na gitarze Krzysztof Potok jest elektronikiem, a Jakub Wach, który gra na cajonie i instrumentach perkusyjnych, jest programistą. Z Grzegorzem gramy razem od 2015 r. Pierwsze spotkanie z moimi młodszymi kolegami – muzykami, którzy we trzech od kilku lat tworzą zespół StandBy, miało miejsce w kawiarni Tatrzańska. Nazwę StandBy Blue wymyślił i zaproponował Jakub, na jednej z pierwszych naszych wspólnych prób. Można powiedzieć, że zespół ma charakter pokoleniowy, koledzy są w wieku moich córek. Pierwszy nasz koncert zagraliśmy w piwnicach Tarnowskiego Centrum Kultury. Został on dobrze przyjęty. Dwa tygodnie później zagraliśmy w Bombay Music w Tarnowie. Jest to taka restauracja, w której odbywają się czwartki jazzowe. Do niedawno ten lokal prowadziło dwóch członków Leliwa Jazz Band, znanego zespoły dixielandowego, laureata Złotej Tarki. Okazało się, że graliśmy przy pełnej sali, a plakat informujący o koncercie był zdjęty już po dwóch dniach, bo nie było miejsc. Tak przy okazji: w roli organizatora widowni świetnie sprawdziła się moja żona, która ściągnęła na to wydarzenie pokaźną grupę osób. Potem zagraliśmy na dniu radcy prawnego w 2019 r. w Dworku Białoprądnickim dla ponad 400 osób. We wrześniu 2019 r. zagraliśmy w Zakopanem na konferencji sędziów sądów rodzinnych. W tymże roku OIRP w Krakowie zorganizowała w Piwnicy pod Baranami kolejny koncert „Radca śpiewać może”, gdzie było bardzo wielu wykonawców.

A później przyszła pandemia…

Tak, to był trudny czas. Doczekaliśmy do października 2021 r., kiedy zagraliśmy w Radoczy koło Wadowic koncert w czasie wyjazdowego spotkania organów Okręgowej Izby Radców Prawnych w Krakowie. No i w listopadzie zeszłego roku znów zagraliśmy przy pełnej sali w Bombay Music. Nagraliśmy też kolędę z repertuaru Artura Andrusa z życzeniami dla radców prawnych, które składał Dziekan Rady Marcin Sala-Szczypiński. Jeszcze dodam, że Fundacja Uniwersyteckiego Szpitala Dziecięcego „O zdrowie dziecka” w Krakowie zorganizowała konkurs „Toga show”, w którym należało nagrać filmik muzyczny. Myśmy nagrali dwie piosenki: „Pani mecenas” z repertuaru „Poparzeni Kawą Trzy” i „Niebieskie żaboty” mojego autorstwa. Okazało się, że byliśmy jedynym wykonawcą i jednocześnie zwycięzcą tego konkursu. Dostaliśmy dyplomy, pamiątkowe medale i rysunki od dzieci. Mieliśmy ogromną satysfakcję.

Grasz na gitarze i…?

Banjo tenorowym czterostrunowym, ukulele. Chcę się też nauczyć grać na bałałajce, próbuję też na harmonijkach ustnych.

Jakiej muzyki słuchałeś i słuchasz?

Za młodu słuchałem wszystkich polskich zespołów bigbeatowych: Czerwonych Gitar, Niebiesko-Czarnych, Czerwono-Czarnych, Trubadurów, Blackoutu, a potem Breakoutu, który był chyba moim ulubionym zespołem. A później byli Marek Grechuta i Andrzej Zaucha z Dżamblami i solo. Z zagranicznych wykonawców Carlos Santana, B.B. King, Eric Clapton oraz wielu muzyków jazzowych.

Teraz najchętniej słucham gypsy jazzu. Zawsze interesowała mnie muzyka cygańska ze względu na szczególną harmonię. I dzisiaj słucham tych wykonawców, którzy wywodzą się z nurtu stworzonego przez Django Reinhardta i Stephane’a Grappellego i nawiązują do tego kierunku. Są to choćby Joscho Stephan, Angelo Debarre, Dorado Schmitt, Stochelo Rosenberg. Oczywiście lubię też Paco de Lucia, Al Di Meolę czy Johna McLaughlina. Jestem jednak otwarty na przeróżną muzykę. Nie można jej nie lubić. A dziś jest łatwiej niż kiedyś. Portale streamingowe umożliwiają dotarcie do każdego właściwie utworu. To dobre dla nas. I dla muzyki.

Rozmawiał Krzysztof Mering