Dwa tysiące za jeden dzień

0
concept of freedom

Czy 13 mln zł to dużo? Owszem. Ale osobie, której państwo polskie ma je wypłacić, nie zazdroszczę ani grosza z tej kwoty.

Wojciech Tumidalski

zastępca kierownika działu Prawo w dzienniku „Rzeczpospolita”

Fot. Ernest Rębisz

Te 13 mln, a właściwie 12,8 mln zł, to kwota odszkodowania i zadośćuczynienia, jaką Sąd Okręgowy w Opolu zasądził Tomaszowi Komendzie za 18 lat niewinnie spędzonych w więzieniu pod jednym z najstraszniejszych zarzutów – gwałtu i zabójstwa. Zbrodni, której nie popełnił, a jednak został za nią surowo skazany.

O historii tego chłopaka z Dolnego Śląska słyszała cała Polska. Dziś można powiedzieć, że stał się on ofiarą najgłośniejszej pomyłki sądowej. Są reportaże, książka, jest film na motywach tej historii. Badania opinii publicznej wskazują, że o sprawie Komendy słyszało 89% Polaków. Ale cofnijmy się do jej początku.

Sylwester w Alcatraz

15-letnia Małgosia w noc sylwestrową 1996/1997 bawiła się w dyskotece Alcatraz w podwrocławskich Miłoszycach. Coś piła. Wyszła na zewnątrz z trzema mężczyznami i to był ostatni raz, gdy widziano ją żywą. Ciało znaleziono w Nowy Rok między gospodarstwami. Wszędzie krew. Miała na sobie tylko skarpetki. Były ślady brutalnego gwałtu. Biegli stwierdzili, że dziewczyna się wykrwawiła. Umierała na mrozie wiele godzin. Zabezpieczono dowody, kominiarkę, ślady DNA sprawców, ale ich nie wykryto. Śledztwo umorzono.

Po trzech latach do sprawy wrócono w programie Telewizyjne Biuro Śledcze, w którym przedstawiono narysowany wizerunek potencjalnego sprawcy – mężczyzny, z którym nastolatka spędzała sylwestra. W reakcji na program do dziennikarzy zadzwoniła Dorota P., która podała, że mężczyzna z wizerunku jest podobny do Tomasza Komendy, wnuka jej sąsiadki. Według biegłych z wrocławskiej akademii medycznej włos na kominiarce z miejsca zbrodni mógł należeć do Komendy, podobnie jak ślady zębów na ciele ofiary. Mogą być jego, ale też kogoś innego – asekurowali się biegli. Zapach Tomasza Komendy na czapce potwierdzić miały dwa różne policyjne psy. To na jednym biegunie. Na drugim – zgodne zeznania 12 osób, że Tomasz Komenda feralnej nocy spędzał sylwestra nie w Miłoszycach, lecz we Wrocławiu. Alibi od 12 osób. Mimo to Tomasz Komenda, chłopak po szkole podstawowej i szkole specjalnej, pracujący wtedy w myjni, został zatrzymany i aresztowany przez sąd. Był rok 2000.

Nie przyznawał się. Z jednym wyjątkiem: tylko raz powiedział policjantom, że tamtej nocy był w Miłoszycach
i odbył dobrowolny stosunek seksualny z pewną dziewczyną.

– Przyznałem się, ale tylko z tego powodu, że ci, którzy mnie zatrzymywali, powiedzieli, że mają na mnie dowody.
I zaczęli mnie bić, żebym się do tego przyznał. Tak mnie bili, że nawet bym się przyznał do strzelania do papieża – mówił potem Komenda.

Na wszystko jeszcze nałożył się wątek polityczny. Brutalna zbrodnia zwykle bulwersuje opinię publiczną i polityków. Szybkiego wyjaśnienia sprawy i surowego ukarania sprawców gwałtu i brutalnego morderstwa oczekiwał ówczesny minister sprawiedliwości – prokurator generalny Lech Kaczyński. Nie, nie chodzi o to, że żądał skazania konkretnie Tomasza Komendy. Lecz o to, że prowadzący sprawę policjanci i prokuratorzy wiedzieli, że „góra” na nich patrzy. Czując presję, poszli na skróty. Akt oskarżenia Tomasza Komendy prokurator wysłał do sądu.

Ruszył proces. Oskarżony nie przyznawał się do zarzuconych mu czynów. Świadkowie podtrzymali udzielone mu alibi – że w sylwestra bawił się we Wrocławiu. Ale były opinie biegłych. Było „przyznanie się” do pobytu w Miłoszycach ze śledztwa – to wystarczyło sądowi.

25 lat niewinności

Ogłoszony 14 listopada 2003 r. wyrok brzmiał: 15 lat więzienia. Sąd – a w sprawach o zabójstwo orzeka sąd okręgowy w składzie pięcioosobowym (dwóch sędziów i trzech ławników) – nie miał wątpliwości, że sprawcą zbrodni jest Tomasz Komenda. Uznano, że przedstawiony przez prokuratora łańcuch poszlak się domyka, jest spójny, konsekwentny i nie ma innego wyjaśnienia okoliczności zarzuconych zdarzeń.

Skazany apelował. Odwoływał się też oskarżyciel, twierdząc, że sąd I instancji był zbyt łagodny. I sprawę rozpoznał Sąd Apelacyjny we Wrocławiu. Co musiał czuć 16 czerwca 2004 r. chłopak, słysząc z ust sędziów: winny? Sąd nie dość, że podtrzymał to kluczowe ustalenie sądu okręgowego, to jeszcze zaostrzył karę – z 15 do 25 lat więzienia. Wyrok stał się prawomocny.

Tomasz Komenda siedział już wtedy cztery lata. „Siedział” to mało powiedziane. Jako skazany za zabójstwo
i gwałt – co szybko rozniosło się wśród współosadzonych – nie miał łatwego życia za kratami. Zapewne o wszystkim nigdy się nie dowiemy, ale wystarczy to, co zechciał nam powiedzieć – o biciu, poniżaniu, znęcaniu się psychicznym. O trzech próbach samobójczych, gdy już nie dawał rady. Gdyby nie wsparcie matki, nie przetrzymałby tego.

Był jeszcze promyk nadziei w 2005 r., gdy do Sądu Najwyższego została wysłana kasacja w tej sprawie. Sąd jej nie uwzględnił. I koniec.

18 nowych dowodów

Na szczęście jednak nie. W 2016 r. prokuratura wróciła do sprawy. Po roku ujawniono 90-stronicową analizę akt sprawy i 18 nowych dowodów. Podano, że związek ze zbrodnią w Miłoszycach może mieć obecny w okolicy mężczyzna, skazywany za gwałty. Zaczęto porównywać jego wypowiedzi z zebranymi dowodami – o elementach ubioru dziewczyny i innych szczegółach. Sąd Najwyższy otrzymał wniosek o wznowienie postępowania wobec ujawnienia nowych dowodów. Zanim SN zbadał sprawę, Sąd Okręgowy we Wrocławiu zwolnił Tomasza Komendę z odbywania kary. Niewinnie spędził on za kratami 6540 dni. 16 maja 2018 r. Sąd Najwyższy prawomocnie uniewinnił go od zarzutów, uchylając skazujące wyroki i stwierdzając, że zgromadzone w sprawie dowody jednoznacznie wykluczają, by był sprawcą gwałtu i morderstwa.

Mężczyzna, który bezpowrotnie utracił młodość, spędzając ją w zakładzie karnym w Strzelinie, odzyskał wolność. Ale jakim jest teraz człowiekiem? I jak wycenić każdy jego dzień z odium mordercy i gwałciciela, niewinnie spędzony w zakładzie o zaostrzonym rygorze?

Próbę podjął prof. Zbigniew Ćwiąkalski, stając przed sądem w roli pełnomocnika Tomasza Komendy. Robił to pro bono. Wniósł o odszkodowanie oraz 18 mln zł zadośćuczynienia – milion za każdy rok. Najpierw jednak państwo polskie zaczęło wypłacać Komendzie rentę specjalną – ale to rozwiązanie tymczasowe. Proces przed Sądem Okręgowym w Opolu o odszkodowanie i zadośćuczynienie był niejawny. Powrót do traumatycznych przeżyć z więzienia musiał być dla niesłusznie skazanego ogromnie ciężki. Kolejny raz opowiedział on sądowi, co go spotkało za kratami. Prokurator? Wiadomo tylko, że wniosek niesłusznie skazanego pozostawił do uznania sądu.

Ten zaś uznał racje wnioskodawcy i przyznał Tomaszowi Komendzie 12 mln zł zadośćuczynienia oraz 811 tys. 533 zł i 12 gr tytułem odszkodowania. To nie tyle, ile żądano, ale prof. Ćwiąkalski mówił po wyroku, że jest zadowolony.

Trzyosobowy skład sędziowski orzekający w tej sprawie szukał jakichś punktów odniesienia w wycenieniu krzywdy chłopaka z Wrocławia. W tym celu sąd ściągnął z całej Polski akta 40 innych spraw o zadośćuczynienie.
W jawnej części uzasadnienia sędzia Dariusz Kita wyjaśniał, że odszkodowanie (811,5 tys. zł) wyliczono na podstawie zarobków, jakie miał Tomasz Komenda w momencie utraty wolności, i okresu, gdy przez niesłuszne uwięzienie został pozbawiony możliwości zarobkowania. Co do zadośćuczynienia (12 mln zł) sędzia Kita przypomniał, że uwalniający od winy Tomasza Komendę wyrok Sądu Najwyższego nie tylko otworzył mu drzwi na wolność, lecz także wskazał, że nie może ono być symboliczne i ma uwzględnić współczesne standardy życia społeczeństwa. Sąd wyliczył, że Tomasz Komenda otrzyma ok. 2 tys. zł za każdy dzień w areszcie i więzieniu, co powinno we właściwy sposób zadośćuczynić za krzywdy, jakich doznał od osadzonych oraz części pracowników Służby Więziennej w czasie odbywania kary, na którą nie zasługiwał.

Zasądzona kwota to rekord. Dotąd kilkanaście mln zł rocznie to była suma wszystkich przyznanych zadośćuczynień za niesłuszne orzeczenia sądowe. Z roku na rok zasądzane kwoty rosną. Jeszcze kilkanaście lat temu za niesłusznie spędzony dzień w więzieniu można było dostać 300 zł.

Byłoby nie od rzeczy, gdyby przynajmniej część sumy, którą Skarb Państwa wypłaci Tomaszowi Komendzie, pokryli faktyczni sprawcy jego nieszczęścia: chodzący na skróty dochodzeniowcy, ufający im bezgranicznie prokuratorzy i niezbyt wnikliwi sędziowie. Niezależnie od ciężaru gatunkowego sprawy. Zadośćuczynienie można uzyskać także za bezzasadne zatrzymanie. Owszem funkcjonariusze państwa też mają prawo do pomyłki, jednak nie mogą działać w poczuciu absolutnej nieodpowiedzialności. Lista nazwisk policjantów, prokuratorów i sędziów ze sprawy Tomasza Komendy jest znana. W sprawie ich domniemanych zaniedbań trwa odrębne śledztwo.

A Tomasz Komenda? Zapewne jeszcze długo będzie się zmagał z demonami z przeszłości. I pewnie będzie go to trochę kosztować. I bez wątpienia wiele znanych i nieznanych osób mu się teraz będzie chciało „przypomnieć” – nie mówiąc już o ponoć licznych ofertach matrymonialnych. Oby wyzwanie, przed którym właśnie stanął, go nie przerosło.