O wielkanocnych grzechach naszych pradziadków

0

We współczesnej tradycji Wielkanoc to pełne powagi święto mające upamiętniać mękę i śmierć Chrystusa. Nie zawsze tak było. Jeszcze w dwudziestoleciu międzywojennym była to przede wszystkim uroczystość zmartwychwstania, podczas której chętnie się spotykano, śmiano, a we wcześniejszych stuleciach nawet biesiadowano i tańczono.

Agnieszka Lisak

radca prawny, autorka prowadzi blog historyczno-obyczajowy www.lisak.net.pl/blog/

Fot. Archiwum A. Lisak

W czasach staropolskich, w których tak lubiano życie na pokaz, szlachta prześcigała się w gościnności i wystawności. Do historii przeszło święcone u wojewody wileńskiego Pawła Sapiehy w XVII w., na które zjechało mnóstwo gości z Litwy i Korony. Dla olśnienia obecnych na środku stołu postawiono baranka z marcepanów, a także cztery dziki napełnione szynką, prosiętami i kiełbasą, zgodnie z liczbą pór roku. Było także 12 jeleni (jak 12 miesięcy), 52 placki zgodnie z liczbą tygodni i 365 „hojnie” lukrowanych babek[1]. Zaproszeni ucztowali do północy, natomiast młodzież „wywijała dzielnie” w rytm muzyki nadwornej kapeli. Zabawa trwała przez cały tydzień.

Nie mniej wystawnie bywało w bogatych domach mieszczańskich. W „Przyjacielu Ludu” z 1837 r. opublikowany został list z XVI w., w którym autor opisuje swej żonie obchodzenie Świąt Wielkanocnych u rajcy krakowskiego Mikołaja Chroberskiego. Relacja zaczyna się od stwierdzenia „nie potrafię wypowiedzieć ani dać obrazu Waszeci (…), jaki tu rozgardyasz panuje”. Po wejściu zgromadzonym ukazywał się stół dębowy mogący pomieścić 100 osób, a na nim: „mięsiwa wędzone wieprzowe”, dwa prosięta „okrągluchne”, ponad dwa metry kiełbasy. Na samym środku stał baranek naturalnych rozmiarów z masła, który w miejscu oczu miał dwa brylanty wielkości orzechów laskowych, do tego były baby, kołacz na ponad cztery metry długi i wiele innych „cudaczników rozmaitych”. Był także placek, który miał w środku sadzawkę z białego miodu, wyglądały z niej nimfy i rybki kąpiące się, „a Kupidyn strzelał do nich z łuku”[2]. Istny karnawał smaków.    

Święcenie jadła i… zabawa do rana

Szanujący się katolik oczekiwał, że poświęcone zostanie całe jadło, a nie tylko niewielka jego część przyniesiona do kościoła. Z tego też powodu w zamożniejszych domach zapraszano do siebie kapłanów. Radosny charakter świąt wymagał, by trunkiem rozweselić duszę domowników i księdza, a nawet zatrzymać go u siebie na zabawie do rana, co nieraz stawało się przyczyną zgorszenia. Z tego też powodu biskup płocki J.A. Załuski w 1733 r. pisał:

„Upowszechnił się zwyczaj święcenia pokarmów w Wielką Sobotę po domach osób świeckich, który aczkolwiek sam w sobie pobożny i chwalebny, dla nadużyć jednak cierpiany być nie może. Proboszczowie w dniu tym po złożeniu Chrystusa Pana w grobie zamiast poświęcić ogień i wodę, słuchać spowiedzi itp., wszystko to opuściwszy, biegają po wsiach i domach i często ledwie zdążą na jutrznię, a niekiedy niezdolni są nawet do odprawienia mszy św. ze zgorszeniem ludu i zniewagą stanu duchownego. Dlatego też niech wyłożą wiernym, iż nie jest koniecznością wszystkie pokarmy poświęcić, lecz dosyć niektóre z nich, choćby tylko sam chleb, a ten z łatwością może być przyniesiony do drzwi kościelnych i tam błogosławiony. Z tym wszystkim, tam zwłaszcza, gdzie jest kilku księży, można się udać do domów osób znakomitszych, szczególniej dobrodziejów kościoła”[3].

Życie ponad stan

W XIX w. zwyczaj życia ponad stan dalej był mocno zakorzeniony w społeczeństwie, mimo że nie sprzyjały temu czasy zaborów. Z tego też powodu w „Biesiadzie Literackiej” z 1884 r. autor krytykował „ludzi rozpasanych”, którzy „robili ze stołów wielkanocnych wystawy łakomstwa”. Zbytek w ciężkich czasach, w jakich żyło społeczeństwo, to nic innego jak „urągowisko godności naszej” – zwracała dalej uwagę gazeta[4].

Zwyczaj zwiedzania grobów w kościołach był doskonałym momentem do prowadzenia kwest na cele dobroczynne. Wybierano do tej roli panie „z najpierwszych rodzin”, a także urodziwe, mając nadzieję, że ich piękne oczy nakłonią do hojności. Uzbierana kwota stawała się wyznacznikiem powodzenia kwestujących dam. W konsekwencji poważne święto stawało się festiwalem próżności, zalotów i umizgów. W „Przeglądzie Katolickim” z 1884 r. zauważano, że kobiety starają się przyciągać uwagę strojem nazbyt zbytkownym oraz nielicującym z uroczystością religijną, a głośne rozmowy, serdeczne powitania czynią hałas i gorszą lud pragnący odwiedzić grób Zbawiciela. Jak pisał autor:

„Sposób dzisiejszy kwesty ma w sobie coś teatralnego: kwestarki są tu niejako aktorkami tylko występującemi do przyciągania większej lub mniejszej ilości krewnych, przyjaciół i znajomych, co zależnem jest od ich wziętości i powabów osobistych, słowem od względów światowych; z drugiej zaś strony i sposób zachowania się publiczności wiele wobec tego pozostawia do życzenia…”[5].

Z zamiłowaniem do zbytku podczas świąt szło w parze zamiłowanie do zabaw, co kontrastowało z biedą, w jakiej żyła część obywateli. Nawiązują do tego dwa poniższe rysunki Franciszka Kostrzewskiego przedstawiające pierwszy dzień Wielkanocy.

Ślady radosnego, a nawet zbyt lekkiego traktowania Świąt Wielkanocnych odnaleźć można na kartkach pocztowych i to jeszcze z dwudziestolecia międzywojennego. Dziś tego typu stylistyka byłaby nie do zaakceptowania.

Z WIELKOPOSTNYCH ŻARTÓW

– Gadajże prędko, ile dasz za ten frak?

– Phi, on taki wytarty, nie wiem, czy wybierze się z niego materii na jedną czapkę.

– Wytarty, wytarty, ale między jakimi panami on się wycierał?

– Ja ich znam, to nic nie pomoże.

„Kolce” 1889 r., nr 10, s. 1.


[1] „Tygodnik Ilustrowany” 1860 r., nr 28, s. 246.

[2] „Przyjaciel Ludu” 1837 r., nr 38, s. 302, i nr 39, s. 306.

[3] S. Bystroń, Dzieje obyczajów w dawnej Polsce wiek XVI – XVIII, t. II, Warszawa 1994, s. 56.

[4] „Biesiada Literacka” 1884 r., nr 432, s. 226.

[5] „Przegląd Katolicki” 1884 r., nr 12, s. 202.