Pitu, pitu, czyli umiar i takt (ze wspomnień rzecznika prasowego)

0

Na mój służbowy e-mail przychodzi najczęściej korespondencja od przedstawicieli mediów, którzy mają takie czy inne pytania dotyczące poznańskiej izby. Zdarzają się jednak niespodzianki.

Tomasz Działyński
radca prawny, rzecznik prasowy OIRP w Poznaniu

Fot. Tomek Tomkowiak

Witam, proszę o informację, na jakim etapie jest sprawa wywołana moją skargą na radcę prawnego X. Informuję, że po licznych telefonach oraz po kolejnym piśmie skierowanym do dziekana do chwili obecnej nikt z izby nie jest w stanie udzielić mi informacji o stanie tej sprawy, a nawet czy nadano jej bieg. Żeby sprawa była jasna, na żadne pismo nie otrzymałem odpowiedzi, a w reakcji na mój telefon do izby słyszę, że sprawdzimy i zadzwonimy, i… cisza.

Powiem tak: ja jestem cierpliwy – to widać, ale i taka cierpliwość ma swoje granice, albowiem w tej sprawie wszelkie zasady przyzwoitości i koleżeństwa zawodowego zostały złamane.

W tym stanie rzeczy po raz ostatni grzecznie formułuję swoje oczekiwania w zakresie informacji o stanie sprawy wywołanej moją skargą oraz pełnych wyjaśnień na temat zwłoki w jej rozpoznaniu, przyczyn takiego stanu rzeczy i ukarania osoby winnej zaniedbań”. [Tekst zredagowany pod kątem poprawności językowej].

Tu następował podpis radcy prawnego).

Sprawy sporne pomiędzy radcami prawnymi zdarzają się rzadko, ale się zdarzają. Z całą pewnością jednak nie powinny one być adresowane do rzecznika prasowego. Odpisałem więc grzecznie, a uczynnie:

„Szanowny Panie, Pańskie pismo przesłałem według właściwości do rzecznika dyscyplinarnego. Informuję jednocześnie, że według obowiązujących przepisów postępowanie dyscyplinarne ma charakter poufny, w związku z czym żadnych informacji nie uzyska Pan ani przez telefon, ani też w formie korespondencji e-mailowej. Winien Pan przesłać swoje skargi i wnioski w formie pisemnej na adres okręgowej izby radców prawnych.

Z poważaniem rzecznik prasowy”.

Był wieczór, kilka minut przed północą, gdy zajrzałem do poczty. Niepotrzebnie. Mogłem poczekać do rana. Pan mecenas „taktownie i z umiarem” mi odpisał:

„Widzę, że pitu, pitu i nic konkretnego. Pracownicy OIRP nie wiedzieli nic o skardze, tj. o etapie sprawy, ani o jej przekazaniu rzecznikowi dyscyplinarnemu. Pan pisze coś o poufności, mimo że ja jestem pokrzywdzony w sprawie i powinienem wiedzieć co najmniej o wyniku postępowania. Od skargi upłynęły ponad cztery miesiące, a pan zamiast przeprosić, poucza mnie i sugeruje dalsze pisma. Śmiać się pozostało, bo przecież płakać nie wypada; jesteśmy dorosłymi facetami. Tak czy inaczej w dalszym ciągu oczekuję odpowiedzi na zadane pytania w terminie do 5 lutego br. Jeśli nie czuje się pan w obowiązku udzielenia mi odpowiedzi mimo pełnionej funkcji, proszę pismo przekazać dziekanowi OIRP.

PS Obserwując postępowanie OIRP, nie można się dziwić, że społeczeństwo łączy nas z kastą w tym negatywnym słowa znaczeniu. Można było przeprosić za zwłokę i brak reakcji na pisma i telefony przez pięć miesięcy, zamiast podnosić ciśnienie. No ale trzeba mieć klasę, żeby to zrobić…”.

[Tekst zredagowany pod kątem poprawności językowej].

Rozumiem, że cierpliwość pana mecenasa została wystawiona na próbę. Złożył skargę w okresie pandemicznych zmian wyborczych w samorządzie. Ale też znacząco się do tego zamieszania przyczynił. Zgodnie z art. 56 Kodeksu Etyki Radcy Prawnego w razie związanego z wykonywaniem zawodu sporu pomiędzy radcami prawnymi są oni obowiązani przed skierowaniem sprawy do sądu podjąć próbę polubownego jego rozstrzygnięcia po zawiadomieniu i przy udziale dziekana rady okręgowej izby radców prawnych, do której należy jeden z nich. Obowiązek zawiadomienia dziekana spoczywa na radcy prawnym wszczynającym spór. Pan mecenas, składając swoją skargę, w której domagał się ukarania innego radcy prawnego, pominął więc obowiązkowy tryb pojednawczy. Pomylił się. Tak samo jak się pomylił, występując do rzecznika prasowego zamiast do rzecznika dyscyplinarnego.

Pitu, pitu, trzeba mieć klasę. I jeszcze ta kasta…