Narzekanie, czyli jak zniszczyć swój mózg na własne życzenie

0

„Wiesz, ostatnio mój kręgosłup to ruina, łykam te przeklęte pigułki co rano i nic”. „Kręgosłup to nic, ja ledwo żyję, duszności, bóle serca. Jak nie zażyję rano lekarstwa, to nie mogę wstać z łóżka”. Kto nie słyszał takiego dialogu? Albo inny przykład: „Wróciłam właśnie z urlopu, było fatalnie, jedzenie było byle jakie, pilot to kretyn, a siedzenia w autobusie twarde jak skała”. Lub coś takiego: „Byliśmy w weekend w Paryżu, śniadania fatalne, ciągle te croissanty i jeszcze ta obrzydliwa kawa. Tłok, korki straszne”. Albo: „Byliśmy w Bieszczadach, aż strach chodzić po niektórych szlakach, idziesz i nikogo godzinami nie widzisz… I jeszcze to błoto… Fatalnie”.

Dlaczego narzekamy? Kiedy opowiemy komuś wszystkie czarne scenariusze tego, co może wydarzyć się jutro, a związane z negatywną oceną tego, co stało się dziś, mamy luksusowe alibi: „A nie mówiłem”. Stajemy się wiarygodnym prorokiem przepowiadającym przyszłość. Nasz status w grupie znajomych rośnie. A jak się te dziesiątki wyobrażanych nieszczęść nie wydarzą? Wtedy jesteśmy pozytywnie zaskoczeni – narzekanie staje się antidotum na lęk przed rozczarowaniem.

Inny rodzaj narzekania: „Nigdy mnie nie słuchasz” lub „Cały dom jest na mojej głowie”. Być może narzekamy nie po to, żeby ktoś dostrzegł nasze cierpienie, ale nasze potrzeby. Ale jeśli komunikujemy je w formie marudzenia, to mała szansa, że adresat to zrozumie…

Kolejny przykład: „Siedziałem 10 godzin w firmie, tłumaczyłem wszystkim, o co chodzi, a oni jakby żyli na Księżycu” lub „Spotykam się z ich prezesem i pytam, o co mu chodzi… ale on opowiada mi jakieś bzdury”. Każdy z nas zakłada, że jego praca zostanie doceniona przez innych. Narzekanie daje szansę, że inni dostrzegą nasze działania i zaangażowanie. Docenią naszą genialność i nasz tytaniczny wysiłek.

Dlaczego narzekamy? Narzekanie powoduje, że narzekając, czujemy się lepiej. Narzekanie co prawda pozwala chwilowo poczuć się lepiej, ale niestety negatywnie wpływa na nasz mózg i zdrowie – twierdzi psycholog dr Travis Bradberry. Kiedy powtarzamy jakąś czynność, na przykład narzekanie, neurony kontaktują się z innymi neuronami – budują swoistą sieć, by ułatwić przepływ informacji. Dzięki temu, kiedy powtarzamy tę czynność później, dzieje się to o wiele łatwiej i szybciej. Nie trzeba budować ścieżek – są już gotowe, a z czasem – jeśli są używane – mogą przekształcić się w autostrady.

Częste narzekanie przeprogramowuje nasz mózg tak, by w przyszłości było to łatwiejsze. Narzekanie staje się naszym „domyślnym” trybem działania, wypierając obiektywną ocenę rzeczywistości i eliminując szansę koncentrowania się na pozytywnych elementach naszego życia. Ale to nie wszystko: według badań naukowców z Uniwersytetu Stanforda narzekanie zmniejsza hipokamp – tę część mózgu, która odpowiada m.in. za przetwarzanie pamięci i uczestniczy w procesie rozwiązywania problemów. Narzekanie niszczy więc nasz mózg. Tak jak choroba Alzheimera. Na tym jednak nie koniec. W trakcie narzekania, mówiąc (czy słuchając), automatycznie wyobrażamy sobie opowiadane nieszczęścia i – chcąc czy nie – znajdujemy się w tej wirtualnej stresującej sytuacji. A wtedy wydziela się kortyzol, hormon stresu – sygnał dla organizmu „walcz albo uciekaj”, a to oznacza kolejne problemy ze zdrowiem.

Co robić? Rozwiązanie pierwsze: powiedzieć „goodbye” osobie narzekającej, nie musimy zajmować się cudzymi problemami. Rozwiązanie drugie: można zadać narzekającej osobie bardzo inspirujące pytanie: „i co zamierzasz z tym zrobić?”. Proponuję sprawdzić efekt… Rozwiązanie trzecie, dla narzekających: zamiast narzekać, zastanowić się, czy rzeczywiście w tym wyjeździe do Paryża, w Bieszczady i do Baniochy wydarzały się same nieszczęścia. Życie nie składa się z samych złych chwil. Wszystko zależy, na czym koncentrujesz swoją uwagę: na pięknie Paryża czy niezbyt chrupiącym croissancie. I od twojej interpretacji to zależy. Sam croissant jest tylko croissantem.

Warto się nad tym zastanowić, kiedy będziecie opowiadać o swoim urlopie (i nie tylko).