Najważniejsze, żeby wrócić

0

Rozmowa z TOMASZEM KOSONIEM, radcą prawnym, alpinistą, konsulem honorowym Republiki Litewskiej we Wrocławiu.

Jak to się zaczęło, skąd u pana zamiłowanie do gór?

Zainspirowali mnie moi znajomi i przyjaciele, zapraszając mnie na wyprawę. Trochę dlatego, że poszukiwali jednej osoby, bo ta, która miała jechać, zrezygnowała. A trochę dlatego, że wiedzieli, że lubię góry. Było to zaledwie trzy lata temu. Tak się zaczęła moja przygoda z większymi górami. Bo po Tatrach i Karkonoszach oczywiście chodziłem, ale były to wyprawy niewymagające specjalistycznego sprzętu i umiejętności alpinistycznych.

Dokąd była ta pierwsza wyprawa?

Do miasta Leh w Indiach. Czyli w Himalaje.

Od razu zaczął pan z wysokiego C…

Celem wyprawy był szczyt o nazwie Stok Kangri – 6188 m n.p.m.

I wszedł pan?

Wszedłem. 

Klasyczne pytanie: dlaczego się pan wspina. Czy jest inna odpowiedź niż stwierdzenie, że „skoro góry są, to trzeba je zdobywać”?

Początkowo szuka się jakiegoś wyzwania, ale w istocie jest to przede wszystkim walka ze sobą. Nie jest to taka zwykła codzienna aktywność. Można poznać samego siebie. To bardzo ciekawe i fascynujące. Człowiek jest sam ze sobą w bardzo surowych, a czasem ekstremalnych warunkach. Choć oczywiście wspomagają nas w niesieniu bagażu ludzie tam mieszkający, zatem gdyby tę sytuację jakoś zdefiniować, to bym powiedział, iż jest to takie kontrolowane ryzyko.

Najciekawsza i najtrudniejsza wyprawa?

Zdecydowanie Andy Boliwijskie. Wyprawa po pięciu lodowcach. Po powrocie się zastanawiałem – i nadal to robię, czy ruszać ponownie na podobną wyprawę. Była bardzo wyczerpująca, może nawet zbyt wyczerpująca jak na moje górskie doświadczenie. Dziś widzę, że popełniłem pewne błędy w przygotowaniu sprzętowym. Nie byłem przygotowany aż na takie długofalowe mrozy. Tam były bardzo niskie temperatury, przestrzeń i wiatr. Wszystko, co może pan sobie wyobrazić. Gdyby mi ktoś nie pożyczył jeszcze jednej pary łapawic, to mogłoby być różnie. W takich miejscach często drobne błędy mogą być decydujące o powodzeniu wyprawy.

Czy w takich sytuacjach myśli się o tym, że wszystko może się źle skończyć? Albo bardzo źle?

Na to nie ma czasu, nie ma tlenu. Strach powoduje szybsze oddychanie, większe zapotrzebowanie na tlen. Zdarzyło się, że źle wbiłem czekan w lód i się osunąłem. Poleciałem w dół, ale udało mi się zatrzymać. To spowodowało pewien szok, ale wiedziałem, że muszę go szybko opanować, bo nie ma tlenu, który by pozwalał rozpamiętywać takie sytuacje.

Ale pojedzie pan jeszcze w takie wysokie góry?

(Śmiech) Ostatnio się zadeklarowałem, że wezmę udział w wyprawie na Pik Lenina – 7134 m n.p.m. To w górach Pamiru.

Czy któryś z alpinistów jest dla pana autorytetem?

Rzeczywiście mam autorytety. Ale nie są nimi ci wielcy, jak Denis Urubko czy Adam Bielecki. Oni są legendą, znajdują się jakby poza zasięgiem. Moim autorytetem jest mój kolega Jacek z Częstochowy. Jest takie hasło, że góry weryfikują. I tak rzeczywiście się dzieje. Jak mamy jakieś kłopoty czy wątpliwości, Jacek jest ostoją. Po moim osunięciu się w dół – o którym wspominałem – powiedział, że przecież byłem asekurowany na linie. A ponadto już niedaleko było do dołu… I jeszcze, że idziemy dalej.

Każdy może wejść na Mount Everest? Niektórzy organizatorzy komercyjnych wypraw obiecują, że każdy znajdzie się na wymarzonym szczycie. Tłok pod szczytem był przyczyną śmierci wspinaczy. 
W którą stronę to wszystko zmierza?

Tłok w górach niesie ze sobą wiele negatywnych konsekwencji. To jest zaprzeczenie tego, że idzie się w góry, aby pobyć sam ze sobą. Everest jest rzeczywiście medialny i dobrze ilustruje tezę, że zdarza się tłok w najwyższych górach. Ale w grupie, w której się wspinamy, przy wieczornej kolacji rozmawiamy o wielu rzeczach. Także o wypadkach w górach. I muszę panu powiedzieć, że w znakomitej większości wypadki są spowodowane podstawowymi, tragicznymi błędami organizacyjnymi. Gdy słyszę, że przy wejściu na Grossglockner, przy górnych linach kogoś o godzinie 21 złapała burza, to pytam, co on tam robił o tej porze! To jest zaproszenie do wypadku.

Ile kosztuje alpinizm? Można liczyć na sponsorów?

Nigdy nie starałem się o sponsorów. Zawsze za wszystko płaciłem sam. Najdrożej jest na początku, bo oprócz kosztów organizacji wyprawy trzeba jeszcze zakupić sprzęt. Powiem tak: wyprawy na sześciotysięczniki nie są ekstremalnie drogie. Na koszt składa się podróż w dany zakątek świata. No i pomoc miejscowej ludności w transporcie bagażu do bazy. Co ciekawe, w trakcie naszej boliwijskiej wyprawy wspomagały nas w transporcie kobiety. Trzeba powiedzieć, że miały niesamowitą kondycję. Aklimatyzują się od urodzenia i wnoszenie bagażu jest ich zawodem, który wykonują perfekcyjnie.

Jest pan konsulem honorowym Republiki Litewskiej we Wrocławiu. Jak do tego doszło?

To wynika z osobistych relacji z ludźmi z otoczenia byłej już pani prezydent Dalii Grybauskaitė. Od słowa do słowa doszliśmy do wniosku, że będzie to dobre rozwiązanie. Zajmuję się organizowaniem kontaktów, przekazywaniem informacji biznesowych. Czasami są to większe wydarzenia, jak np. obchody rocznic niepodległości Litwy, a czasem taka pozytywistyczna działalność.

Jak widzi pan przyszłość rynku usług prawnych w Polsce? Czy nauczymy się korzystać z fachowych porad prawnych, czy widać może już ten przełom?

Nie widać. Wynika to oczywiście z nastawienia naszych potencjalnych klientów, lecz także z naszej postawy radców prawnych. Najważniejszą kwestią jest zrozumienie klienta, jego potrzeb. Najwyraźniej coś nie gra na tym polu, skoro Polacy nie korzystają masowo z pomocy prawników. Natomiast widzę, że wzrasta świadomość naszego środowiska, że trzeba być jeszcze bardziej otwartym na klientów. To znaczy być dostępnym, udzielać szybko odpowiedzi na zadawane pytania. O warsztacie merytorycznym i dobrej organizacji pracy nawet nie wspominam. Nasz zawód trzeba traktować, przynajmniej ja go tak traktuję, nie jako wyróżnienie, lecz jako służbę. Nasz klient musi otrzymać dobrą poradę, jednocześnie ma także wyjść zadowolony. 
A przecież nie wszystkie sprawy są do wygrania.

Fot: Archiwum Tomasza Kosonia

TOMASZ KOSOŃ

Radca prawny, od 2013 roku partner zarządzający CONSELION Prawo i Podatki, konsul honorowy Republiki Litewskiej w Polsce, a także inwestor w branży hotelowej. Jako radca prawny zajmuje się obsługą prawną sektora IT oraz prawem budowlanym. Prywatnie fan zdrowego rozsądku w działaniach, co objawia się równowagą na linii: życie osobiste-praca- zdrowie i rozwój osobisty.