Kiedy sukcesja jest sukcesem…

0

ROZMOWA Z WOJCIECHEM KRUKIEM, PRZEDSIĘBIORCĄ, PREZYDENTEM WIELKOPOLSKIEJ IZBY PRZEMYSŁOWO-HANDLOWEJ, BYŁYM SENATOREM I WSPÓŁTWÓRCĄ NOWEJ MARKI JUBILERSKIEJ

Co to jest sukcesja w biznesie?

Jest to przekazanie firmy rodzinnej – zarządu, władzy i majątku – następnym pokoleniom: dzieciom czy innym członkom rodziny. Należy jednak zauważyć, że to trwa, to jest proces, w którym trzeba przygotować następcę do przejęcia firmy. Im wcześniej się zacznie, tym lepiej. Najważniejsze jest, żeby, wychowując swoje własne dzieci, umieć tak zadziałać na ich podświadomość, żeby one w przyszłości chciały firmę przejąć. Często bywa tak, że w rodzinie np. prawnika dzieci nie chcą wykonywać tego zawodu. W takiej sytuacji cokolwiek ojciec zrobi, dziecko najprawdopodobniej nie zostanie prawnikiem, bo byłoby nieszczęśliwe. Mówię to na podstawie doświadczeń w mojej rodzinie. Patrząc na to z dzisiejszej perspektywy, bardzo wysoko oceniam moich rodziców, a szczególnie ojca. Oni mnie od małego wciągali w działalność firmy. 

Fot. Piotr Bedliński

Na czym to polegało?

Firma była wtedy mała: warsztat na terenie naszego domu, w piwnicy jakieś niewielkie biuro. Ale tam toczyło się życie. Jako siedmiolatek przychodziłem do tego biura i coś tam rysowałem na kartce. Któregoś dnia dali mi do ręki młoteczek do stemplowania biżuterii. Na co dzień zajmowała się tym pani Irena, która stemplowała pierścionki znakiem HK. Dostawałem do ręki młoteczek, którym uderzałem w taki stempel. Za każde uderzenie dostawałem 1 grosik. Po upływie godziny, może półtorej, bo przecież dłużej jeszcze nie pracowałem, musiałem wypisać rachunek: 120 × 1 grosz = 1,20 zł. 

A w którym momencie to przestała być zabawa?

Mniej więcej w dziesiątej klasie. Dostawałem już wtedy minimalne kieszonkowe, które starczało mi w miesiącu ledwie na dwa bilety do kina. W odpowiedzi na moje narzekania ojciec wskazał mi warsztat i powiedział: zarób sobie. 

To był warsztat rzemieślniczy? 

Tak. Proszę pamiętać, że ja byłem wychowywany na właściciela warsztatu rzemieślniczego. W PRL-u nie było prywatnego handlu czy przemysłu. Ojciec miał warsztat złotniczy. Wolno było zatrudniać najwyżej do czterech pracowników. Robiło się wprawdzie różne, typowe dla komuny, kombinacje. Gdy skończyłem 16 lat, zostałem zarejestrowany jako uczeń zawodu złotnika. Wykazywałem zdolności artystyczne, malowałem obrazy, rysowałem, rozważałem dalszą naukę na akademii sztuk pięknych, a nie na uczelni ekonomicznej, którą jednak ostatecznie wybrałem. W warsztacie zająłem się metaloplastyką. Dobrze mi to szło. Uzyskałem wszystkie niezbędne atesty i zacząłem na tym bardzo dobrze zarabiać. Ojciec uczył mnie też pewnych podstaw ekonomicznego myślenia. Dla przykładu: w domu, w zakresie rozliczeń z dziećmi, obowiązywała specjalna buchalteria w stylu książeczek oszczędnościowych. Ojciec naliczał mi atrakcyjne odsetki od wpisanej do takiego zeszyciku kwoty moich oszczędności. Z czasem zdałem po kolei egzaminy zawodowe, w tym egzamin mistrzowski. I wtedy zacząłem prawdziwą walkę w urzędach, żeby otworzyć swój własny warsztat. Udało się wreszcie w 1973 r. Rok czy dwa lata później poszedłem za ciosem. Kiedy mój ojciec kończył 72 lata, zaproponowałem mu, że przejmę całą firmę, a jemu będę wypłacał emeryturę. Trochę trwało, zanim ustaliliśmy jej wysokość, ale w końcu ojciec – ku mojemu zaskoczeniu – się zgodził. Wprowadził do naszej umowy wiele dodatkowych postanowień. Życzył sobie na przykład, aby jeden z pracowników pozostawał do jego dyspozycji. Emerytura miała być waloryzowana. Zgodziłem się oczywiście. Już wkrótce okazało się, że moje dochody przyrastały wystarczająco szybko, żeby spełnić życzenia ojca i jeszcze sporo odłożyć.

Na ile ta nauka wyniesiona z rodzinnego domu dała się zastosować w stosunku do własnych dzieci? 

Sądzę, że w 100%. Zmieniło się tyle, że moje dzieci nie były przygotowywane do rzemiosła, ale bardziej do biznesu. Inna była skala prowadzonych przeze mnie interesów, choć zasady pozostały te same. Od dziecka córka i syn uczestniczyli w życiu firmy. Syn, też Wojtek, bardzo lubił pracę w sklepie. Z kolei córka, Ania – bardzo uzdolniona plastycznie, od pracy w sklepie wolała projektowanie wyrobów firmy, mocno angażując się w te dziedziny działalności, w których mogła wykorzystać swoje zdolności. Zresztą z Anią to jest ciekawa historia, bo ona przez całe lata utrzymywała, że nie jest zainteresowana prowadzeniem firmy, a zdanie zmieniła dopiero po tych wszystkich historiach z Vistulą (w 2008 r. doszło do wrogiego przejęcia na Giełdzie Papierów Wartościowych, po wykupieniu 66% akcji Kruka kontrolę nad firmą jubilerską przejął zarząd Vis­tula & Wólczanka – przyp. red.). Kiedy jej powiedzieliśmy, że potrzebna jest nam nowa firma pod nowym szyldem i że ona ma na jej potrzeby oddać swoje imię, nazwisko, twarz i pozycję, zgodziła się nie bez trudu. A potem okazało się, że dała nie tylko to, czego oczekiwaliśmy, ale – przede wszystkim – duszę i serce. W pełni zaangażowała się w tworzenie firmy i zarządzanie nią. Dziś jest pełnoprawnym partnerem dla swojego brata. Muszę też podkreślić, że są bardzo zgodnym rodzeństwem. Obserwuję też, jak bardzo Ania nadaje ton firmie. 

Wojciech Kruk i Ania Kruk, Fot. Natalia Niedziela

Odezwały się geny?

Tak. Odzywają się geny babci Heleny. To zabawne, że córeczka Ani nosi hiszpańskie imię Elena, i kiedy jej powiedziałem, że to odpowiednik naszej polskiej Heleny, to się okazało, że nie wiedziała. 

Jak z dzisiejszej perspektywy oceniłbyś sprawę wrogiego przejęcia przez Vistulę? 

Dzisiaj już wiem, że postąpiłem wtedy źle. Po pierwsze nie doceniłem przeciwników. Wydawało mi się, że wszyscy są tacy jak ja albo podobni. Świat jest dużo bardziej drapieżny. Muszę filozoficznie stwierdzić, że nie mam w sobie pazerności pierwszego pokolenia. Mnie jest stosunkowo łatwo ograć przez takich bezwzględnych graczy biznesowych czy giełdowych, z jakimi miałem do czynienia w tamtej sytuacji. Niepotrzebnie się w to wszystko wpakowałem. Powinienem rzeczywiście te akcje sprzedać, wziąć pieniądze, wyjechać na trzy miesiące lub jeszcze lepiej na pół roku i po powrocie zacząć budować z dziećmi nową firmę. Gdy dzisiaj liczę, to mogliśmy od razu otworzyć 70 sklepów pełnych towaru i to bez złotówki kredytu. A ja zacząłem kupować akcje Vistuli po 5 zł, potem one staniały do złotówki i na tym straciłem. Bo tego, że ogramy ludzi, którzy zaplanowali to wrogie przejęcie, byłem pewien.

I to się udało. 

Tak, ale nie przypuszczałem, że ci, z którymi to zrobię, są tacy sami jak oni. Ja byłem następny do ogrania w tym rozdaniu. To się niestety moim przeciwnikom udało. Skończyło się procesami sądowymi – nie chcę o tym mówić – w większości wygranymi przeze mnie. I wszystko po to, żeby ostatecznie i tak skupić się na otwarciu firmy Ania Kruk.

Ja mam dzisiaj swoje 73 lata i – tak jak mój ojciec – powinienem już spokojnie przyglądać się sukcesom moich dzieci, dbając o stosowną waloryzację wypłacanej przez nie dla mnie emerytury (śmiech). 

Proszę o kilka słów o tej firmie. To w końcu realna sukcesja. 

Firma zatrudnia ok. 70 osób. Jest nietypowa, bo w zarządzie jest dwóch prezesów. Mamy 11 sklepów w całej Polsce i dużą sprzedaż w internecie. Ania jest osobą niesłychanie aktywną w mediach społecznościowych. Jest trendy, jest celebrytką. Pewnie za rzadko jeździ do Warszawy, ale jest jej dużo w prasie, udziela wywiadów, ma okładki w solidnych gazetach. Obroty systematycznie rosną. Najbardziej dynamicznie w internecie (tyle, ile łącznie w czterech sklepach stacjonarnych). To jest nowe pokolenie. Ania pracuje z Google’em. Wykorzystanie narzędzi Google’a w rozwoju sprzedaży jest wzorcowe. Jest ciągle zapraszana do udziału w europejskich konferencjach poświęconych tym technikom sprzedaży. Niedawno miała na ten temat wykład w Irlandii. Razem z Wojtkiem świetnie sobie poczynają. I naprawdę jestem – jak każdy tata – dumny ze swoich dzieciaków. 

Rozmawiał Tomasz Działyński

Wojciech Kruk – przedsiębiorca, ekonomista, polityk. W 1969 r. ukończył studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Poznaniu. W 1974 r. przejął rodzinny zakład jubilerski W. Kruk, istniejący od 1840 r. Na jego podstawie na początku lat 90. stworzył spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością, której prezesował do 1996, następnie spółkę akcyjną. Stał też na czele rady Krajowej Izby Gospodarczej oraz Wielkopolskiej Izby Przemysłowo-Handlowej, został członkiem Polskiej Rady Biznesu. Był senatorem II, III i IV kadencji z województwa poznańskiego. Należał do KLD i Unii Wolności. W 2001 r. bez powodzenia ubiegał się o reelekcję w wyborach do Senatu z ramienia Bloku Senat 2001.