O kodeksie spółek niekoniecznie handlowych

0

Jakiś czas temu prowadziłam w Zakopanem szkolenie z Kodeksu spółek handlowych. Jest to miejscowość tyleż urocza, ile szczególna. Bo gdy uczestnicy dojadą już „pod samiuśkie Tatry”, cudowny klimat sprawia, że w niektórych odzywa się gen wędrowania. Zaczynają czuć nieodpartą potrzebę wyjścia na Gubałówkę czy też przejścia się Krupówkami, a w konsekwencji na zajęcia nie docierają wcale (sądzę, że każdy radca prawny, który choć raz był na szkoleniu w tej miejscowości, wie, co mam na myśli). 

fot. Blog historyczno-obyczajowy, www.lisak.net.pl/blog

Pewnego razu podczas obiadu miałam sposobność siedzieć przy stoliku z panią, która uległa nieodpartej potrzebie spaceru. Przedstawiła mi się grzecznie, powiedziała, że jest ze spółki z o.o., której nazwę przemilczę, i dla zagajenia zapytała, z czego było szkolenie. Odpowiedziałam równie grzecznie, że z Kodeksu spółek handlowych. Pani pomyślała chwilę, po czym odpowiedziała rozbrajająco. – „To dobrze, że mnie nie było, bo handlem to my się nie zajmujemy”. Za jej sprawą zaczęłam się zastanawiać, dlaczego kodeks ten tak się nazywa, skoro normuje kwestie związane z funkcjonowaniem wszystkich spółek, a nie tylko tych od handlu. Sprawa ta przez kilka lat nie dawała mi spokoju, aż w końcu postanowiłam zajrzeć do dawnych aktów prawnych.

Spory wynikające ze… „spółkowania”

Pierwszym wydanym w XIX w. kodeksem, który regulował w naszym kraju problematykę prawa spółek, był „Kodeks handlowy” Napoleona z 1807 r. Od 1809 r. obowiązywał on w Księstwie Warszawskim, potem w Królestwie Polskim, a także w Wolnym Mieście Krakowie (do 1863 r.). Przewidywał istnienie trzech rodzajów „towarzystw handlowych”, to jest:

  • towarzystwa pod imieniem zbiorczym (będącego odpowiednikiem spółki jawnej),
  • towarzystwa pod imieniem komandytowym,
  • towarzystwa bezimiennego (będącego odpowiednikiem spółki akcyjnej). 

Wszelkie spory wynikające ze „spółkowania”, czyli stosunku spółki, rozstrzygać miały sądy polubowne, od których wyroków „kompaniści handlowi” mogli odwołać się do sądu powszechnego. Treść kodeksu nie pozostawia wątpliwości, że był on dedykowany osobom „bawiącym się handlem”. Zgodnie z art. 1 kupcami byli ci, „którzy się czynnościami handlowymi trudnią i to zatrudnienie za ciągły sobie do życia sposób obierają”. 

Kodeks regulował także kwestie związane z branżami pokrewnymi, które wspierać miały wymianę towarów, takimi jak: usługi furmanów, działalność agentów „wexlowych”, komisantów i „stręczycieli”, czyli pośredników (w tym w zakresie transportu). Były w nim także rozdziały poświęcone zasadom zawierania umów kupna-sprzedaży i „wexlom”. Istne pomieszanie z poplątaniem. 

Prawo sklepikarzy nie tylko dla sklepikarzy

Akt wydany przez cesarza Francuzów bardzo szybko spotkał się z krytyką. Zauważono bowiem, że nie samym handlem człowiek żyje, w konsekwencji nie można tworzyć prawa tylko dla jednej grupy zawodowej. Z tego też powodu zwano go niekiedy złośliwie prawem sklepikarzy[1]

fot. Blog historyczno-obyczajowy, www.lisak.net.pl/blog

Niestety przez cały XIX w. twórcy kolejnych kodeksów obowiązujących na naszych ziemiach powielali ten sam błąd systemowo-językowy wywodzący się jeszcze z czasów Napoleona, tworząc kodeksy dedykowane „handlownikom”, czyli kupcom. Tymczasem na rynku działały jeszcze firmy budowlane, inżynierowie, lekarze, architekci, hotele… Liczba wynikających z takiego ujęcia problemów była ogromna. By się o tym przekonać, wystarczy zajrzeć do komentarzy i podręczników prawa, w których niezależnie od zaboru i dekady autorzy rwali sobie włosy z głowy, by wytłumaczyć biednemu czytelnikowi, co to jest to prawo handlowe, dlaczego daną działalność należy do niego zaliczyć, ewentualnie z niego wyłączyć. Nie chciałabym wchodzić w szczegóły związane z poszczególnymi systemami prawnymi, tak by nie zadręczyć czytelnika nadmierną kazuistyką. Pozwolę sobie jednak pokazać przykładowy kierunek rozważań.

Powielany błąd pradziadków

fot. Blog historyczno-obyczajowy, www.lisak.net.pl/blog

Dla większości elementem nieodzownym handlu był wcześniejszy zakup towaru, bo tylko w ten sposób dochodziło do „spekulacyi”, czyli pośrednictwa w wymianie dóbr. To kazało niektórym wyłączać spod zakresu prawa handlowego produkcję płodów rolnych i ich sprzedaż. Bo może i rolnik sprzedał, ale wcześniej nie nabył, tylko sam wyprodukował. Podobne założenie miało dotyczyć wydobywania na własnym terenie piasku, wody mineralnej, kamienia, uprawiania ogrodnictwa, chowu bydła, górnictwa, wyrębu lasów, produkcji nafty czy też wina z własnej winnicy. Nie mniejsze problemy nastręczało nabycie przez spółkę zakładu produkcyjnego, które jednak nie następowało w celu odsprzedaży. Z drugiej jednak strony nie można było wykluczyć, że odsprzedaż taka nastąpi w terminie późniejszym. Czy była to zatem czynność handlowa? 

Błąd naszych pradziadków powielamy do dzisiaj. Gdy w 1934 r. tworzono kodeks poświęcony spółkom, nazwano go „Kodeksem handlowym”, pomimo że nikt wtedy już nie miał wątpliwości, że reguluje on kwestie związane z funkcjonowaniem wszystkich spółek, a nie tylko tych od handlu. 

A jak się nazywa kodeks obowiązujący obecnie? Ni mniej, ni więcej jest to Kodeks spółek handlowych. Tak więc może i czasy się zmieniają, ale skłonność do powtarzania błędów pozostała ta sama.Dlatego też, drodzy autorzy podręczników dla biednych i nic nierozumiejących studentów, sugeruję nie tytułujcie swoich książek „podręcznikami do prawa handlowego”, bo pojęcie to już w XIX w. było problematyczne, nieostre i nieadekwatne do rozmiarów prowadzonej działalności zarobkowej na terenie naszego kraju. Czy podręczniki wasze aby na pewno poświęcone będą tylko zagadnieniom związanym z handlem i zasadom działalności kupców? Nie? No to dlaczego mają się tak nazywać. Zachęcam do lektury ustawy o swobodzie działalności gospodarczej. Dzisiaj mamy działalność gospodarczą, mamy obrót gospodarczy i w konsekwencji prawo gospodarcze.


[1]    A. Klimaszewska, Francuskie prawo handlowe na przełomie XIX i XX wieku. Kodeks handlowy Napoleona z 1807 r. a jego kodyfikacja, „Zeszyty Prawnicze” UKS 2011, nr 11/2, s. 194.