Wielki kompozytor Jan Sebastian Bach zapytany, jak to możliwe, że tyle stworzył, odpowiedział, że każdy, kto by tyle pracował, ile on, to wszystko by osiągnął. Czasy baroku co prawda dawno za nami, lecz praca nadal jest fundamentalnym zagadnieniem nie tylko w naukach ekonomicznych, lecz także innych.
Wystarczy tylko przypomnieć, że w ostatnim czasie wielką popularność zdobyło pojęcie „równowaga praca–życie” (work life balance).
Czy gotowi jesteśmy jednak zrezygnować przynajmniej częściowo z pracy?

pracownik naukowy Szkoły Głównej
Handlowej w Warszawe,
członek Rady Towarzystwa
Ekonomistów Polskich,
Fot. Archiwum
Zacznijmy od początku. W ekonomii ugruntowany jest pogląd, że Europejczycy pracują co do zasady mniej niż Amerykanie. Pozostawmy jednak na boku tę dyskusję i przyjmijmy za Amory`m Gethinem z Banku Światowego i Emmanuelem Saezem z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, że pracujemy średnio na świecie 42 godziny tygodniowo . Oczywiście to jedynie pewne uproszczenie, albowiem to, jak w poszczególnych krajach układa się tydzień pracy, zależy od wielu czynników, takich jak płeć, wiek czy też poziom rozwoju danego kraju. Ponadto w wielu krajach obowiązują przepisy określające czas pracy, lecz można zaobserwować wszechobecność 40-godzinnego tygodnia pracy w wielu miejscach na świecie.
Weźmy jednak pod uwagę równowagę praca–życie, która pozwala (przynajmniej teoretycznie) na próbę balansowania między nimi. Załóżmy, jak to zresztą uczynili Gregor Jarosch, Laura Pilossoph i Anthony Swaminathan z Uniwersytetu Duke’a, że pracownik mógłby dokonać wyboru między obniżeniem swoich zarobków z możliwością przeznaczania tak „odzyskanego” czasu na inne przyjemności . Pytania takie zostały zadane w trzech krajach, tj. w Niemczech, Wielkiej Brytanii oraz w Stanach Zjednoczonych, i okazuje się, że odpowiedzi nie były wcale takie same. W Niemczech oraz Wielkiej Brytanii pracownicy byliby w stanie zrezygnować z wyższego wynagrodzenia, obniżając swoje godziny pracy, lecz w Stanach Zjednoczonych odpowiedź była zgoła inna – Amerykanie gotowi są zwiększyć czas pracy, aby móc zarabiać więcej!
W obniżeniu godzin pracy nie zawsze można upatrywać tylko straty dla gospodarki, bo jeśli udałoby się pracować w krótszym czasie równie lub bardziej efektywnie jak w „normalnym” czasie, to wówczas wszyscy by na tym rozwiązaniu zyskali. Pewnego potwierdzenia tego można doszukać się w pracach Johna Pencavela z Uniwersytetu Stanforda, który badał produktywność pracowników w fabrykach produkujących amunicję w trakcie pierwszej wojny światowej w Wielkiej Brytanii . Zauważył, że istniało wówczas pewne optimum, tzn. 48 godzin w trakcie sześciu dni pracy, albowiem poziom 63 godzin w tym samym okresie nie prowadził już wcale do wyższej produkcji. Można więc stwierdzić, czego wielu z nas doświadcza, że przekroczenie pewnej granicy wcale nie przybliża nas do lepszych rezultatów.
Jaki z tego morał dla radców prawnych? Długie godziny to chleb powszechni i wiadomo też intuicyjnie, że po ich przekroczeniu nie udaje się wcale napisać znacząco więcej pism procesowych. Może zatem warto pójść drogą pracowników brytyjskich fabryk amunicji, a dokładniej badacza, który dostrzegł zależność między długością tygodnia pracy a produktywnością?























