Czasami muszę być rycerzem

0
Annoyed unhappy married couple arguing in lawyers office get divorced, angry family spouses split up having disagreement disputing about breaking up and divorce settlement, legal separation concept

Rozmowa z JOANNĄ HETMAN-KRAJEWSKĄ, radcą prawnym i adwokatem, autorką książki „Rozwód czy separacja? Poradnik praktyczny”

Zacznijmy od poważnego dylematu, który stał się tytułem pani książki – rozwód czy separacja?

Czasami klienci zadają mi to pytanie. Odpowiadam wtedy, że nie jestem zwolenniczką pośpiechu w podejmowaniu decyzji o rozwodzie czy w ogóle o rozstaniu. Uważam, że to musi być bardzo przemyślana decyzja i małżeństwo, w którym dzieje się coś nie tak, powinno zrobić coś, żeby ono przetrwało, np. udać się na terapię małżeńską. Jeżeli jednak rozpad jest nieodwracalny, to najlepszym rozwiązaniem jest rozwód. Dlaczego nie separacja? Bo poza jednym wyjątkiem – pozostawania w związku małżeńskim – ma ona takie same skutki jak rozwód. Separacja normuje prawo dziedziczenia, kwestie odpowiedzialności za zobowiązania małżonków, obowiązek alimentacji oraz opieki nad dziećmi, jeśli takie są w związku, ustanie wspólności majątkowej. 

Po separację sięgają przede wszystkim ludzie, którzy uznają, że rozwód jest niezgodny z ich światopoglądem, np. z nauką Kościoła katolickiego, co nie jest prawdą, bo stwierdzenia nieważności małżeństwa sakralnego może dokonać sąd kościelny. Czasami też na sądowe orzeczenie separacji decydują się małżonkowie, którzy nie wykluczają możliwości powrotu do wspólnego pożycia. To jednak jest prawie niemożliwe, bo takie twarde rozwiązanie, jakim jest separacja, nie służy ponownemu scaleniu pary. Tu raczej potrzebna jest pomoc miękka, psychologiczna, a nie kroki prawne. 

Jest pani mediatorem rodzinnym – czy to doświadczenie jest pomocne w sprawach rozwodowych? 

Faktem jest, że mam uprawnienia mediatora, ale nie zajmuję się mediacją w sposób czynny, bo doba ma tylko 24 godziny. Natomiast jestem wielką zwolenniczką mediacji i uważam, że mediatorzy są sprzymierzeńcami pełnomocników zawodowych, a nie ich konkurentami. Poza tym myślę, że nabycie umiejętności prowadzenia mediacji pomaga w prowadzeniu spraw z pozycji pełnomocnika zawodowego. Bardzo często też kieruję ludzi do mediacji czy to prywatnej, czy sądowej, bo uważam, że w procesie mediacji można zrobić wiele dobrego. Przede wszystkim może to pomóc w ustaleniu warunków rozwodu, a w niektórych przypadkach nawet pojednaniu małżonków i powrotu do wspólnego stadła. Z tego powodu wyodrębnia się mediację transformatywną, która ma w sobie komponent pracy terapeutycznej. Dobrzy mediatorzy potrafią tę jej funkcję znakomicie wykorzystać. 

Wydaje mi się, że w sprawach rodzinnych, rozwodowych trzeba być takim mediatorem, mimo że ma się przed sobą klienta, który liczy na skuteczny rozwód. 

Pełnomocnik w sprawach rodzinnych, a zwłaszcza rozwodowych, musi nieco szerzej patrzeć na obsługę prawną. Klienci często zapominają, że rozwód diametralnie zmienia ich życie, zwłaszcza kiedy są małe dzieci. Trzeba ich przekonać do tego, żeby oddzielili sferę relacji partnerskich od spraw rodzicielskich. Rolą pełnomocnika zawodowego jest więc doprowadzenie stron do porozumienia, które umożliwi współpracę rodzicielską w jak najszerszym zakresie po rozwodzie. Czyli powinien być to rozwód w miarę ugodowy, konstruktywny. Bo osiągnięcie nawet częściowego porozumienia jest dużo lepszym rozwiązaniem niż eskalowanie nienawiści w bardzo toksycznym procesie. Co nie oznacza, że to się zawsze udaje. Moim zdaniem rolą pełnomocnika jest pomóc ludziom w dojściu do porozumienia i nieeskalowanie nienawiści, wyciszanie konfliktu. Większość z nas tak pracuje, a tylko w sporadycznych przypadkach pełnomocnik podsyca konflikt. Czasami wynika to z postawy klienta. 

Czy dużo jest rozwodów „cywilizowanych”?

Moje doświadczenie wskazuje, a myślę, że tę opinię podzieli wielu moich kolegów, że dominują rozwiązania ugodowe, mimo że początki nie zawsze na to wskazują. Często bywa tak, że ludzie wymachują różnymi dokumentami – raportami detektywistycznymi, rachunkami świadczącymi o roztrwonieniu majątku, a potem rozwód jest orzekany ugodowo. To, że ktoś złożył „trzy kilogramy pozwu”, czyli obszerną dokumentację obciążającą drugą stronę, wcale nie znaczy, że przez trzy, cztery kolejne lata będziemy tkwić w procesie i wszystko rozbierać na czynniki pierwsze. Takie zachowanie to zazwyczaj zaproszenie do rozmowy, chociaż oczywiście bywa i tak, że jedna ze stron jest nieprzejednana i nie ma przestrzeni do mediowania. 

Jaka jest według pani najczęstsza przyczyna rozwodów?

Według Rocznika Statystycznego GUS należą do nich niezgodność charakterów, konflikty na tle finansowym, niewierność małżeńska, alkoholizm, naganny stosunek do członków rodziny, przemoc. Ja jednak uważam, że małżeństwa zabija brak rozmowy. Ludzie zatracają się gdzieś w codzienności i ich wzajemne relacje zaczynają sprowadzać się do czynności organizacyjnych. Zaczynają być obcy dla siebie. Myślę, że na tym polega paradoks życia małżeńskiego, którego punktem wyjścia są bliskość, akceptacja, dbanie o siebie, które z biegiem lat zanikają, a wspólne bycie zaczyna polegać wyłącznie na zaspokajaniu potrzeb bytowych. I kiedy pojawia się ktoś, kto może potrzebę tej bliskości zaspokoić, to małżeństwo się kończy. Oczywiście to nie musi być od razu zdrada, ale np. ucieczka w intensywne przygotowywanie się do maratonów albo w różne pasje, realizowane w nadmierny sposób. 

Czy łatwiej prowadzi się sprawy rozwodowe osób majętnych, czy też nie ma to znaczenia?

Z tym jest bardzo różnie. Tam, gdzie są pieniądze, tam budzą się demony, w związku z tym bywa, że kiedy w tle jest duży majątek, klienci mają mniejszą skłonność do ustępstw i walka jest ostra. Ale czasami jest wręcz odwrotnie i można łatwo dojść do porozumienia. To zależy od ludzi. Są takie osoby, które niezależnie od tego, ile mają pieniędzy, są bardzo przywiązane do wartości materialnych, a czasami im na nich nie zależy. Są też takie osoby, które niczego wartościowego nie mają, ale są w stanie walczyć o każdą rzecz. 

Przeglądając pani książkę, można odnieść wrażenie, że sprawy rozwodowe sprawiają pani wiele frajdy. Czy dla radcy prawnego to dobre zajęcie?

Oczywiście. Coraz więcej radców prawnych zajmuje się sprawami rodzinnymi i obecnie w sprawach rodzinnych na sali sądowej jest i zielono, i niebiesko. Więc to jest jak najbardziej zajęcie dla radcy prawnego. 

Myślę jednak, że do prowadzenia tych spraw trzeba mieć pewne predyspozycje. Musimy być jak psychoterapeuci – umieć się zaangażować, wczuwać się w sytuację klienta, być empatycznym i programować mu życie w sposób konstruktywny, a jednocześnie dbać o to, żeby jego problemy nie wpływały na nasze życie negatywnie. Tym bardziej że – zajmując się sprawami rodzinnymi – bardzo często dotykamy zła, np. krzywdzenia dzieci, przemocy domowej, łącznie z przemocą seksualną. 

Prowadziłam wiele spraw, gdzie w tle toczyły się sprawy karne. Byłam pełnomocnikiem oskarżyciela posiłkowego 
w sprawach o przemoc, o gwałt. To trudne chwile, z którymi trzeba sobie radzić wewnętrznie i oczywiście zewnętrznie. Na przykład mieć odwagę stanąć przed jakimś zwyrodnialcem i reprezentować interesy swojej klientki. Czasami muszę być rycerzem, chociaż jestem drobną kobietą. 

Czy są tacy klienci, których lepiej omijać z daleka, bo się człowiek tylko namęczy, a niewiele zarobi?

Tak. To osoby, które nie są stabilne emocjonalnie, czyli takie, które mają jakieś problemy psychiczne lub jakieś uzależnienia. W stosunku do nich trzeba być bardzo ostrożnym. Czasami pełnomocnik może się czuć jak w „Procesie” Kafki, kiedy racjonalność pewnych działań i rozwiązań w ogóle do klienta nie trafia.  

Czy pani zdaniem liczba rozwodów w Polsce będzie rosła? Czy pandemia będzie miała na nią jakiś wpływ?

W Polsce na 1 tys. nowo zawieranych małżeństw w roku przypada 300 rozwodów, a jeszcze 20 lat temu było ich 100. Więc ten wskaźnik bardzo wzrósł, ale od blisko 10 lat mamy sytuację stabilną – średnio ok. 60 tys. rozwodów rocznie. Natomiast obecnie jesteśmy w nieco innej rzeczywistości – lockdown, praca zdalna, brak możliwości wyjścia z domu to dla wielu małżeństw prawdziwy sprawdzian jakości związku. 

I są już covidowi klienci? 

Tak, zaczęły już do nas docierać stricte covidowe sprawy rozwodowe, w których główną przyczyną jest na przykład to, że z powodu epidemii małżeństwo mieszkało przez dwa miesiące poza Warszawą, u teściów. Tego typu stany faktyczne już są, ale trudno stwierdzić, jak powszechne jest to zjawisko. To dopiero wyjdzie w danych statystycznych za 2020 r. 

W Chinach, w których pandemia zaczęła się wcześniej, wzrost fali kryzysów małżeńskich i rozwodów jest wyraźny. Myślę, że w Polsce i w całej Europie może być podobnie. 

JOANNA HETMAN-KRAJEWSKA

Radca prawny od 2003 r., członek Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie, także adwokat, członek Izby Adwokackiej w Warszawie. Autorka książki „Rozwód czy separacja? Poradnik praktyczny” (Wolters Kluwer), w której pokazuje holistyczne podejście do rozwodu. Od lat interesuje się i zajmuje sprawami rodzinnymi, a także prawem autorskim. Pracuje w Kancelarii Prawniczej Patrimonium. Wkrótce ukaże się jej kolejna książka „Rozwód czy separacja? Wzory pism procesowych z komentarzem” (Wolters Kluwer).