„A Civil Action”, w dosłownym tłumaczeniu powództwo cywilne, to dramat sądowy z 1998 r. w reżyserii Stevena Zailliana, w którym większość wydarzeń rozgrywa się poza salą sądową, i to się sprawdza. Polski tytuł to po prostu „Adwokat”, jednak moim zdaniem nietrafiony. Zdecydowałem się napisać o tym filmie, ponieważ jest on jednym z moich ulubionych dramatów sądowych, chociaż nienajlepszym. Obejrzałem go ostatni raz w niedzielę 15 lutego. Po seansie przeczytałem, że tego samego dnia, w wieku 95 lat, zmarł Robert Duvall. Mistrz drugiego planu. Niezapomniany Tom Hagen z „Ojca chrzestnego” czy podpułkownik Bill Kilgore w „Czasie apokalipsy”.

Fot. archiwum R. Gąsiora
„A Civil Action” rozpoczyna się od starannie wyreżyserowanej sceny, gdy specjalizujący się w odszkodowaniach prawnik Jan Schlichtmann (John Travolta) wdaje się w ciche negocjacje z prawnikiem strony przeciwnej, wymieniając się notatkami w sądzie. Widzimy, jak Jan Schlichtmann skrupulatnie uwypukla niepełnosprawność swojego klienta, czym doprowadza do łez jedną z ławniczek. Prawnik reprezentujący stronę przeciwną widzi ten spektakl i w kolejnych minutach procesu podnosi wysokość proponowanej ugody. Po procesie Jan i jego wspólnicy z małej, niezwykle dochodowej firmy, świętują zwycięstwo.
Emocje wpływają na prawidłowe rozeznanie sprawy
Jan Schlichtmann prezentuje się jako cyniczny prawnik, który doskonale zna mechanizmy istniejące w procesach sądowych, i bezwzględnie je wykorzystuje. Jest skuteczny, czym się szczyci. Kiedy Jan otrzymuje propozycję sprawy, w której ośmioro dzieci z małego miasteczka Woburn w stanie Massachusetts zmarło na białaczkę, postanawia ją odrzucić, mimo że – jak stwierdził – docenia jej teatralną wartość. Zdaniem rodziców wycieki chemikaliów z lokalnej fabryki i garbarni skaziły wodę i spowodowały chorobę. Pobieżne dochodzenie wskazuje, że w sprawę mogą być zamieszane dwie niezwykle bogate korporacje. Ich zasobne portfele i perspektywa ogromnej wypłaty sprawiają, że prawnik zmienia zdanie. Wkrótce staje do walki w sądzie z Williamem Cheesemanem (Bruce Norris), niezbyt zaangażowanym w proces prawnikiem reprezentującym jedną z korporacji, oraz Jerome’em Facherem (Robert Duvall), przebiegłym i niebezpiecznym pełnomocnikiem drugiego przeciwnika procesowego rodzin zmarłych dzieci.
W trakcie procesu widzimy metamorfozę Jana Schlichtmanna. Przestaje być tym przebiegłym i twardo kalkulującym prawnikiem, którego mogliśmy obserwować w pierwszych scenach filmu. Zaczyna mu zależeć na zakończeniu sprawy wyrokiem, nie zadowala go żadna ugoda, nawet bardzo wysoka. Stawia warunki, które nie są do zaakceptowania przez obie korporacje. Wczuwa się, traci niezależny pogląd na sprawę, traktuje ją bardzo osobiście, co, wydaje się, uniemożliwia mu prawidłowe rozeznanie. Jedną z ikonicznych scen filmu jest ta, w której siedząc przed salą sądową, otrzymuje od Jerome’a Fachera propozycję ugody w wysokości 20 milionów dolarów. Odrzuca ją, mimo że Facher przekonuje go podczas rozmowy, iż w przypadku jego klienta sprawa zostanie zaraz zakończona na jego korzyść. Podczas tych negocjacji Jan Schlichtmann nie jest taki pewny siebie, jak w pierwszej scenie filmu. Wydaje się sparaliżowany, czuje zbyt duży ciężar, nie jest w stanie unieść prowadzonej sprawy. Boi się podjąć decyzję. Z punktu widzenia swojej sytuacji finansowej Schlichtmann popełnia dwa błędy. Po pierwsze, uznaje, że w sprawie chodzi wyłącznie o poczucie sprawiedliwości odczuwane przez rodziców dzieci. Po drugie, zaczyna zbytnio angażować się emocjonalnie w proces, odnosimy wrażenie, że prowadzi własną sprawę. Jego mało profesjonalne podejście powoduje zaburzenie optyki. Popada w długi, rozstają się z nim najbliżsi współpracownicy.

Wydawać się może, że największym problemem prawnika jest pełnomocnik drugiej korporacji, Jerome Facher. Pozbawiony wszystkich obciążeń, które paraliżują Jana. Robert Duvall, grając Fachera, wydaje się świetnie bawić i zapewnia widzom mnóstwo wytrawnej gry. Doskonale łączy cechy złowrogiego i pozornie roztargnionego w jedną ekscentryczną osobę. Wie mniej więcej, co wydarzy się na każdym etapie sprawy. Czyta fakty, świadków, sąd i stronę przeciwną. Duvall za rolę Fachera został nominowany do Oscara w kategorii rola drugoplanowa.
Niestety zdecydowanie mniej przekonujący występ daje John Travolta. Z trudem nadaje głównemu bohaterowi życie. Jako prawnik przed metamorfozą jest solidny. Łatwo uwierzyć, że to taran w garniturze. Ale jako misjonarz Travolta nie potrafi nas przekonać do swojej sprawy. Wydaje się, że zbyt emocjonalnie podszedł do tematu. W jego nowym wizerunku nie ma nic wiarygodnie ciepłego ani ludzkiego. Jest on od początku do końca sztywny.
Solidny dramat prawniczy
„A Civil Action”, napisany i wyreżyserowany przez Stevena Zailliana, nie upraszcza problemów, które podejmuje, nie czyni też z Jana romantycznego bohatera. Stykamy się z tym samym, co on. Emocjami w głosie jednej z matek (Kathleen
Quinlan), która prosi go, aby zajął się sprawą, ponieważ wszystkiego, czego chce, to przeprosiny za śmierć dzieci. Rozdzierającą serce historią o śmierci jednego z chłopców, opowiedzianą przez jego ojca (David Thornton) w tak smutnych szczegółach, że Schlichtmann jest bardzo głęboko poruszony, co, wydaje się, nie jest najlepszą rzeczą dla jego klientów. Widz niby patrzy z uznaniem na współczucie prawnika prowadzącego sprawę, ale czy faktycznie klient oczekuje od pełnomocnika nadmiernej empatii, czy jednak surowej analizy i reprezentacji swoich interesów?

Reżyser jasno wyraża przesłanie swojego dzieła. To nie jest film, w którym bohater prawnik triumfuje nad złoczyńcami w kulminacyjnej scenie. Film nie kończy się nawet sceną sądową. Żadna z głównych postaci nie jest przedstawiona w czarno-białych barwach, a już na pewno nie Facher, czujemy, że nie jest on człowiekiem pozbawionym emocji i współczucia, ale po prostu prawnikiem, którego wieloletnie i mądre doświadczenie zapewniło mu pozycję ponad konfliktem. Jest zafascynowany prawem, jego możliwościami i manewrami, jego realiami. Jak szachista wie, że aby wygrać turniej, czasami warto zaproponować remis w partii, nawet jeśli wydaje się, że można ją wygrać.
Ponieważ film jest istotnie zainteresowany procesem, poświęca sporo czasu zeznaniom, problematyce biegłych, rozpatrzeniu wniosków stron i negocjacjom ugodowym. Powoduje to, że struktura filmu jest proceduralna, napięcie narracyjne wynika z pozyskiwania informacji, tworzenia strategii. Dla widza przyzwyczajonego do nadmiernego melodramatyzmu część scen może wydawać się nużąca. Wolniejszy rytm nagradza ujawnienie, jak skutki prawne są kształtowane przez pracę, pieniądze i taktyczne wybory, a nie przez czystą moralność. Jeśli szukasz dramatu prawniczego, który traktuje proces sądowy jak intelektualną i etyczną pracę, a nie teatralne widowisko, film Zailliana pozostaje pozycją obowiązkową.





















