MOŻNA WIĘCEJ!

0

Rozmowa z Anną Lewandowską, aplikantką radcowską z Okręgowej Izby Radców Prawnych w Gdańsku, ratownikiem medycznym i specjalistką języka migowego.

Anna Lewandowska

Doktorantka na Uniwersytecie Gdańskim oraz Uniwersytecie Morskim, nauczyciel języka migowego, aplikant radcowski w Okręgowej Izbie Radców Prawnych w Gdańsku. Jej zainteresowania naukowe skupiają się wokół języka migowego oraz środowiska osób z dysfunkcją słuchu. Autorka wielu publikacji naukowych i popularnonaukowych z zakresu socjologii, prawa oraz medycyny.

Uporządkujmy: skończyła pani studia językowe na Wydziale Slawistyki Uniwersytetu Gdańskiego, potem prawo, też na UG, i rozpoczęła dwa przewody doktorskie. Wiemy także, choćby z łamów „Radcy Prawnego”, że jest pani specjalistką – wykładowczynią języka migowego. A także – a może przede wszystkim (?) – ratownikiem medycznym. To zacznijmy od pomocy prawnej dla osób z dysfunkcją słuchu. Co było impulsem, który spowodował, że nauczyła się pani „migać”?

W szkole policealnej o kierunku ratownik medyczny spotkałam się z językiem migowym: każdy ratownik musi mieć podstawową umiejętność porozumiewania się przy pomocy tego języka. Wówczas postanowiłam nieco bardziej zgłębić ten problem. To było ponad 10 lat temu i wtedy jeszcze nie było zbyt wielu dostępnych kursów języka migowego. Ale, przy pomocy Polskiego Związku Głuchych, poznałam ten język. Jestem nawet jego certyfikowanym wykładowcą. Próbowałam w trakcie studiów slawistycznych zasiać tego językowego bakcyla wśród innych, studentów i wykładowców, ale bez większych efektów. Udało się to dopiero później, w trakcie studiów doktoranckich.

Jak dziś ocenia pani dostępność usług prawnych dla osób z dysfunkcją słuchu. W artykule, który opublikowała pani w „Radcy Prawnym” przed dwoma laty, jest wiele podstawowych wskazówek ułatwiających porozumiewanie się z głuchymi. Czy w ich przypadku można nadal mówić o wykluczeniu prawnym?

Myślę, że jest to nie tylko wykluczenie prawne, lecz często także wykluczenie w szerszym pojęciu. Przez wiele lat ludzie głusi byli traktowani jako gorsi, chorzy. W najlepszym razie spotykali się z ludzką obojętnością. Takie podejście do niesłyszących nadal nie jest czymś nadzwyczajnym w naszym kraju, ale nie tylko. Jako pierwsze zmianę podejścia do osób głuchych rozpoczęły Stany Zjednoczone jeszcze w latach 60. W Polsce też zaczyna to się powoli zmieniać, ale… Trudno jest zmienić przekonanie społeczne, że głuchota to jest eliminująca z życia społecznego choroba, że głusi muszą pozostać w swoim milczącym świecie. A przecież tak wcale nie jest! Nie muszą! Ludzie głusi niejednokrotnie mają wyostrzone inne zmysły. Nauka języka migowego powoduje rozwinięcie innych obszarów mózgowych. Można w tym dopatrywać się wartości, które niesie ze sobą niesłyszenie.

Dziś ludzie głusi nie są już chyba jednak spychani całkowicie na margines. Zaczęli walczyć o swoje prawa. Skutecznie?

Coraz bardziej. Już wiele programów telewizyjnych jest dostępnych w języku migowym. To efekt postulatów tego środowiska. Chodziło także o to, by tłumacz języka migowego był bardziej widoczny. Głusi biorą już udział w dyskusjach telewizyjnych, zaczęli być zapraszani do telewizji śniadaniowych. To oczywiście nie jest łatwe, bo język migowy ma bardzo wiele regionalizmów.

Naprawdę?

Choć w Polsce oficjalnym językiem jest Polski Język Migowy, to rzeczywiście występuje w nim wiele regionalizmów i znaki migowe mogą się różnić w różnych regionach, ba! nawet miastach sąsiadujących ze sobą. Tak jest np. w przypadku Gdańska i Wejherowa, gdzie słowo „Kaszuby” wyraża się przy pomocy nieco odmiennych znaków. Dlatego nawiązałam współpracę z Muzeum Kaszubskim w Wejherowie, by upamiętnić kaszubski język migowy. Generalnie można powiedzieć, że bardziej skomplikowane określenia powinny być wyrażane w sposób opisowy, o co trudno w przypadku nadawanych na żywo programów telewizyjnych. To ciekawe, że do bardziej powszechnego wejścia do mediów języka migowego przyczyniła się pandemia. Po prostu wszyscy więcej przebywali w domach i potrzebowali kontaktu ze światem.

A może w szkole, a nawet przedszkolu, powinno się uczyć podstawowych zwrotów języka migowego?

Od dawna o tym myślałam i przygotowuję teraz książeczkę dla dzieci z kompendium języka migowego. To da szansę – mam nadzieję – na nawiązanie kontaktu z głuchymi, ale także pozwoli dzieciom zobaczyć osoby z dysfunkcją słuchu jako normalnych ludzi, przybliży ich. To takie ważne.

Powiedziała pani, że z językiem migowym spotkała się w szkole policealnej o kierunku ratownik medyczny. I jest pani nadal ratownikiem?

Tak, choć z pewną przerwą. Był taki moment, akurat kończyłam studia językowe, kiedy uznano, że kobiety nie sprawdzają się w roli ratowników medycznych, że nie potrafią obsłużyć noszy, że są za słabe.

No i co?

Gdy zaczęło w tym zawodzie brakować mężczyzn, okazało się, że się jednak nadajemy. Rozpoczęcie aplikacji radcowskiej zbiegło się z ponowną aktywnością ratowniczą. I tak to trwa.

No właśnie, bo jeszcze były studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Gdańskiego…

Przedtem myślałam, że te studia nie są dla mnie, ale jak zaczęłam, to już poszło!

Pandemia to trudne doświadczenie. Jak ocenia pani sytuację?

Jest bardzo poważna. Jestem przerażona intensywnością jej rozwoju, a z drugiej strony niefrasobliwością ludzi, którzy nie tylko się nie szczepią, lecz także nie używają maseczek, nie myją rąk i nie przestrzegają dystansu społecznego. Chcemy lecieć na Marsa, a nie potrafimy przestrzegać tak prostych zasad. To pokazuje, jak krucha jest nasza rzeczywistość.

Czy spotyka się pani z wrogością osób, którym niesie pani pomoc?

To się zdarza, ale częściej jest tak, że nasi pacjenci rozczulają się nad sobą, a nie zdają sobie sprawy, że jesteśmy tylko ludźmi i też mamy ograniczone możliwości. Jeden z pacjentów, którego odtransportowaliśmy ze szpitala do domu, zażądał, bym go wniosła na czwarte piętro, choć wyszedł ze szpitala w stanie ogólnie lepszym od naszego… Ale można się dogadać – sam wszedł na to czwarte piętro. Ważne jest to, że choć składy ratowników się zmieniają, to zawsze mam pewność, wszyscy mamy pewność, że możemy na siebie liczyć. Że nie zostaniemy sami z pojawiającym się problemem. To pozwala lepiej znosić trudy ponad 24-godzinnego dyżuru i efektywnie nieść pomoc.

Jeden z doktoratów, które pani przygotowuje, ma związek z osobami z dysfunkcją słuchu. To, co nie udało się na studiach slawistycznych, ma szansę na zrealizowanie?

Taką mam nadzieję. Doktorat powstaje na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Gdańskiego i dotyczy stygmatyzacji osób z dysfunkcją słuchu. Rozmawialiśmy już o tym. Ta kwestia jest nadal otwarta, mimo pewnych pozytywnych zmian, które w ostatnich latach udało się odnotować.

A drugi doktorat?

Ten piszę na Wydziale Zarządzania i Nauk o Jakości Uniwersytetu Morskiego w Gdyni. Tematyka morska jest wśród moich najbliższych czymś naturalnym. To i ja nie mogłam być gorsza. Temat miał być zupełnie inny, ale czasem decyduje przypadek. Dodam: dobry przypadek.

To o czym pani pisze?

Dostałam propozycję, by napisać doktorat o jadalnych kwiatach…

To można jeść kwiaty?

Większość tak. Jemy całe kwiaty, nie tylko płatki. No i na surowo.

Które są najlepsze?

Najlepsze w smaku są bratki, nasturcje i stokrotki. Z kolei najbardziej intensywne są aksamitki. Polecam również róże, nie dość, że są romantyczne, to jeszcze bardzo delikatne w smaku, przez co mogą być dodane do czekolady, herbaty czy soku.

Czego mogę pani życzyć na zakończenie rozmowy? Bo nie konsekwencji i wytrwałości. Te cechy są dla pani czymś oczywistym…

Spełnienia marzeń. Chciałabym nieść pomoc tak długo, jak tylko będę mogła. Marzę także o zostaniu wykładowcą, żeby móc dzielić się z innymi swoją wiedzą, a jednocześnie zarażać fascynacją, zamiłowaniem do nauki.

Rozmawiał Krzysztof Mering