NA NARTY DO ZAKOPANEGO POCZĄTKU XX W.

0

Nic tak nie poprawia zdrowia jak ruch. Dlatego na ferie chciałabym zaprosić Państwa na narty do Zakopanego początku XX w. Łatwo nie będzie – amatorów białego szaleństwa czekają wielogodzinne wychodzenie pod górę z deskami na plecach i odpoczynek w nieczynnym
i zasypanym śniegiem schronisku, ale obiecuję, że wyjazd ten każdy zapamięta do końca życia.

Agnieszka
Lisak
-radca prawny,
autorka prowadzi blog historyczno-obyczajowy www.lisak.net.pl/blog

 

Przez cały XIX w. do Zakopanego jeżdżono góralskimi wozami, co sprawiało, że przybywano tu tylko latem. Trudno było telepać się półtora dnia (bo tyle trwała podróż z Krakowa) w prowizorycznych furkach na mrozie. Wszystko zmieniło się, gdy w 1899 r. doprowadzono kolej. W konsekwencji miejscowość ta okrzyknięta początkowo letnią stolicą Polski powoli stawała się zimową, a na ulicach można było zobaczyć ekscentrycznych turystów niosących dziwne deski na plecach.

Początki nart giną w mrokach przeszłości. W źródłach rodzimych od XVI do XIX w. można znaleźć słowo „narty”, lecz w kontekście używania ich przez inne narody. Termin ten pojawia się m.in. w słowniku S. Lindego z 1809 r., który opisuje je jako „łyże do ślizgania”[1]. Ponieważ słowo to trafiło do nas z różnych stron świata, funkcjonowało kilka równoległych nazw. Z rosyjska narty zwano „łyżwami”. Innym razem posługiwano się określeniem „sci” lub „ski” („specjaliści” zalecali wymawiać je jako „szi”). Tymczasem górale używali określenia „skije”. Jeszcze więcej problemów nastręczało nazywanie tych, którzy na deskach ślizgali się po śniegu. W dziewiętnastowiecznej literaturze znaleźć można pojęcia: „jeźdźcy”, „łyżwiści”, „łyżwiarze śniegowi” czy „nartowcy”. Górale natomiast mówili o „spuscocach” (od „spuszczania się”).

Za ojca polskiego narciarstwa zwykło uważać się Stanisława Barabasza, ponieważ nie tylko jako jeden z pierwszych jeździł on na nartach, lecz także miał ogromny udział w ich rozpowszechnianiu. Po przeprowadzeniu się do Zakopanego w 1901 r. zaczął organizować wycieczki, podczas których raczej chodzono na deskach i podziwiano okolice, niż jeżdżono. I trudno się dziwić, skoro prymitywne wiązania nie pozwalały na szybką wyczynową jazdę. S. Barabasz traktował swoje zajęcie niemal jak misję: „uczyłem tedy chętnie każdego, kto zechciał, pod warunkiem że przynajmniej jedną osobę zjednał dla tego sportu…”.

Puszczanie się w dół na długich deskach

Z czasem w górach zaczęli pojawiać się amatorzy, którym spacery na deskach nie wystarczały. Szukali silniejszych wrażeń, przyjemności w „puszczaniu się w dół” na łeb na szyję i w „jeździe zakolami”. W czasach bez wyciągów wymagało to nie lada wysiłku. Józef Schnaider, opisując swoją wycieczkę na Howerlę w 1897 r., podaje, że trwała ona dziewięć godzin, z czego sześć zajęło wchodzenie ze sprzętem i ekwipunkiem pod górę. Przez godzinę i czterdzieści minut zjeżdżano, resztę zajął odpoczynek.

Przesadą byłoby twierdzenie, że tylko S. Barabasza interesowały „ski” i tylko on zabiegał o popularyzację tego sportu. Pod koniec lat 90. XIX w. na nartach zaczęli jeździć „urzędnicy lasowi” w Beskidach Wschodnich, a sprzęt ten był u nich w powszechnym użyciu[2].

W 1898 r. J. Schnaider wydał książkę pod tytułem „Na nartach skandynawskich. Podręcznik dla zwolenników sportu narciarskiego”. Jak z niej wynika, narty, których wtedy używano, były zdecydowanie dłuższe niż współcześnie. Przyjmowano, że powinny sięgać palców wyciągniętej w górę ręki. Do dnia dzisiejszego takie osobliwe eksponaty można znaleźć w muzeach czy przyczepione do ściany w niejednej karczmie góralskiej.

Na zbyt długich nartach o zbyt słabych wiązaniach trudno było sprawnie skręcać. Nie dziwi więc, że poradnik Schnaidera polecał jako jedną z metod hamowania rzucanie się w śnieg na bok. Drugą było tak zwane wsiadanie na kij[3]. „Bez obawy złamania się kija, siedząc na tymże, jechać można” – zapewnia autor. Chodziło o wkładanie go między nogi i napieranie nań tak, aby końcem przyciśniętym do ziemi z tyłu stawiać opór. Znana była także „kombinacja hamowania z zataczaniem łuków”.

W omawianym okresie wielu narciarzy korzystało tylko z jednego kija, którego długość dochodziła do 2 metrów, co widać na licznych zdjęciach. Praktykowano też technikę jazdy o dwóch kijach mających około 1,40–1,60 metra. Istniały zatem dwie szkoły, co sprawiało, że narciarze mogli prowadzić niekończące się spory o wyższości jednego kija nad dwoma lub na odwrót.

J. Schnaider włożył wiele wysiłku w rozpowszechnianie narciarstwa. Niestety jego porady nie trafiły na urodzajny grunt. Książka, jako pozycja poświęcona osobliwym zagadnieniom, nie sprzedawała się i przez wiele lat zalegała zakurzona na półkach księgarń. Tak więc należy stwierdzić, że pod koniec XIX w. w kraju wokół nart coś się działo (z naciskiem na „coś”), choć trudno mówić o ruchu na masową skalę. Roman Kordys podaje, że jeszcze w 1904 r. narty należały do „przyrządów” raczej egzotycznych (pomimo organizowania pierwszych narciarskich wycieczek), a pojawienie się na ulicy pasjonata z deskami wywoływało spore zainteresowanie.

Bałwany śnieżne niosące śmierć

Schronisk działających zimą nie było (poza tym nad Morskim Okiem), urządzano więc popasy w góralskich szałasach. Aż w końcu Towarzystwo Tatrzańskie postanowiło udostępnić narciarzom schroniska zamknięte w sezonie zimowym. Klucze wydawano za kaucją. Nieraz trzeba było nieźle się napracować, by odkopać wejście do budynku i pozostałe sprzęty zawiane śniegiem. S. Barabasz wspomina, jak kiedyś on i jego towarzysze zastali wnętrze zasypane tak, że wystawały tylko blaty stołów i końce łóżek. Jakże inny był to świat od tego, który znają współcześni narciarze, rozpieszczeni wygodami! Cieszyły znaleziony szałas, ciepło ogniska i herbata pachnąca dymem. A dziś wszystko takie śmiertelnie poważne. Cepry, „jak ponure robactwo”, rozkładają się po górach. „Ani piosenki, ani miłego przywitania nigdzie nie usłyszysz” – narzekał S. Barabasz.

O zagrożeniu lawinowym nikt nie dyskutował, choć samo zjawisko znano i nazywano „bałwanami śnieżnymi”. Zimą, poza myśliwymi, a potem garstką turystów, mało kto chodził po górach, więc lawiny obserwowano raczej z bezpiecznej odległości. Pierwsi narciarze nie zdawali sobie sprawy, jak łatwo deskami podciąć śnieg. S. Barabasz wspomina, że aż dziw bierze, że nigdy nie padł ofiarą nieszczęścia, wziąwszy pod uwagę lekkomyślność, z jaką poruszał się po śniegu. Szczęścia zabrakło kompozytorowi Mieczysławowi Karłowiczowi, który w wieku 32 lat zginął pod lawiną podczas samotnej wycieczki górskiej na „skijach”. Był to pierwszy w Tatrach lawinowy wypadek z udziałem turysty. Na miejscu zdarzenia postawiono na pamiątkę granitowy kamień.

Tekst stanowi częściowo fragment książki autorki pt. „Sielankowanie pod Tatrami. Życie codzienne i niecodzienne Zakopanego w XIX w.”


[1] S. B. Linde, Słownik języka polskiego, Warszawa 1809, s. 254.

[2]R. Kordys, Rozwój narciarstwa polskiego, „Taternik”,  15 czerwca 1909 r., s. 54.

[3]J. Schnaider, Na nartach skandynawskich. Podręcznik dla zwolenników sportu narciarskiego, Kraków 1898, s. 90.